Nawet kilkadziesiąt wiadomości od rodziców i kolejki do poprawy. W szkołach koniec semestru
Do Doroty, matematyczki, co przerwa ustawia się kolejka uczniów z pytaniami o możliwość poprawy ocen. Niektórzy chcą ponownie napisać testy z października, by zyskać wyższy stopień. W tej samej sprawie do Beaty, nauczycielki francuskiego, przychodzą rodzice z pytaniem, co dziecko może zrobić, żeby poprawić ocenę? To wszystko zwiastuje jedno: zbliżający się koniec semestru, walkę o stopnie i sporo innych problemów edukacyjnych.
- Przed końcem semestru do nauczycieli przychodzi coraz więcej uczniów z pytaniami o możliwość poprawy. Niektórzy chcą pisać ponownie sprawdziany czy klasówki z początku roku szkolnego.
- Nauczyciele nie mają wątpliwości, że wiele z tych popraw wynika z nacisków i ambicji rodziców. - Od jednej z mam dostałam 20 wiadomości z pytaniem o możliwość poprawy jej syna - opowiada nauczycielka matematyki.
- - Koncentracja na ocenach i średnich to absurd. Chodzi o to, żeby uczniowie zdobywali nowe umiejętności, wiedzę, a nie żeby patrzeć jedynie na wymierne efekty tego - komentuje pedagog prof. Bogusław Śliwerski.
„Co mi wyjdzie na semestr?”, „czy mam szansę na czwórkę?”, „co muszę zrobić, żeby mieć piątkę?”. Od połowy grudnia co przerwa przy biurku Doroty, matematyczki z Warszawy, ustawia się średnio 10-osobowa kolejka z podobnymi pytaniami. Po lekcjach przychodzą z kolei wiadomości na librusie (dziennik elektroniczny) od rodziców, również w sprawie możliwości poprawy ocen. Od jednej z mam, rekordzistki, dostała 20 takich maili. - Bardzo chciała, żeby jej syn poprawił sprawdzian z prostopadłościanów, który klasa pisała w październiku – opowiada matematyczka.
Marcin, nauczyciel WF w małej podstawówce na Lubelszczyźnie, dłuższych kolejek po wyższe oceny spodziewa się w czerwcu, chociaż i teraz ma już za sobą rozmowę z mamą ucznia, też nauczycielką, której długo nie zapomni - Chciała, żebym podwyższył jej synowi ocenę i postawił piątkę, bo „WF jak religia, to nie przedmiot” – opowiada z irytacją.
W I LO w Zgierzu pierwsze przebudzenie nastąpiło w połowie grudnia po zebraniu z rodzicami, na którym przekazano kartki z ocenami. Zaraz po tym zaczęły się spotkania z nauczycielami rozpoczynające się najczęściej od pytania: „co syn/córka ma zrobić, żeby poprawić ocenę?” - Wiadomo co ma zrobić, ma się uczyć, ma pracować systematycznie na miarę swoich możliwości – odpowiada na takie słowa Beata Pośpiech, dyrektorka szkoły i nauczycielka francuskiego. - Są dwa znienawidzone okresy w życiu nauczyciela. To semestr i koniec roku, kiedy trzeba postawić oceny – podsumowuje Aneta Tołoczko-Hordyj, dyrektorka SP nr 28 w Warszawie. Właśnie zaczyna się pierwszych z nich, który skupia w sobie jak w soczewce kilka problemów edukacji.
Poprawa ocen w szkole. A może się uda?
Jak tłumaczy Dorota, matematyczka z Warszawy, w jej podstawówce wszystkie prace klasowe muszą być wcześniej zapowiedziane w dzienniku elektronicznym, więc każdy uczeń wie, kiedy jest sprawdzian i z jakiego materiału. Dorota zapowiada także kartkówki – chociaż zgodnie ze statusem szkoły nie musi – bo chce, żeby dzieci dobrze się przygotowały. - Termin, zakres materiału jest ustalony, wszystko jest zapowiedziane. Mimo to nie przygotowują się - opowiada. Jej zdaniem w wypadku niektórych rolę odgrywa świadomość tego, że zawsze można później się poprawić.
Choć z tym „później” bywa różnie. - Wielokrotnie zdarza się, że dzieci podchodzą do poprawy na zasadzie „a może się uda” i dostają jeszcze gorszą ocenę niż za pierwszym razem. Idą na żywioł. Jest to niepokojące – opowiada matematyczka. Co wtedy zrobić? Dorota wstawia obie oceny, ale bierze lepszą pod uwagę. Nie do końca zgadza się jednak z takim rozwiązaniem. - Skoro uczeń miał np. czwórkę, podchodzi do poprawy i pisze ją na trójkę, to dla mnie ma obecnie wiedzę na trzy – stwierdza.
Innego zdania jest Katarzyna Urbaś, matematyczka z Zespołu Szkół Rzemiosła w Łodzi. Jak przyznaje, nie preferuje tego, by wpisywać niższą ocenę i brać ją pod uwagę, bo wychodzi z założenia, że ma oceniać przyrost wiedzy. Jednocześnie zaznacza, że poprawiać u niej się można tylko raz, bo taka osoba musi wziąć odpowiedzialność za to, na co się decyduje. Do możliwości tylko jednej poprawy sceptycznie jest z kolei nastawiona dyrektorka SP nr 28 w Warszawie. - Nauczyciele boją się, że przyjdzie pół szkoły na poprawę. Nie jest tak. Poprawiają się raczej ci ambitni. Trzeba dzieciom zaufać – mówi Tołoczko-Hordyj.
Uczyć czy poprawiać?
- Jeśli ktoś nie nauczył się na sprawdzian i na pierwszą poprawę, to nie nauczy się na kolejną – opowiada z kolei o swoich doświadczeniach Anna, nauczycielka przyrody, biologii i geografii z podstawówki w woj. świętokrzyskim. Przyznaje, że trudno się pracuje, gdy uczniowie w kółko coś poprawiają. Zwłaszcza, że akurat jej przedmioty są tylko raz w tygodniu po godzinie. Dlatego u niej również, zgodnie ze statutem szkoły, obowiązuje system jednej możliwości poprawy - Tu kartkówka, tu sprawdzian, tu poprawa, potem druga poprawa, jeśli akurat kogoś nie było. Mało czasu zostaje na samą lekcję. Kiedy mam uczyć, jak będą się co chwila poprawiać? – mówi.
- Non stop jest coś. Zapowiadam sprawdzian z ułamków zwykłych. Piszą. Nie nauczyli się, źle im poszło. Piszą jeszcze raz, jeszcze gorzej im poszło. Albo uczeń nie był na pierwszym terminie, bo chorował. Pyta więc, jak zaliczyć. Umawiam się z nim, zapomniał. Przypominam mu więc i tak w kółko. Niestety, to nie jest tak, że sumiennie się przygotowują, podchodzą i zaliczają. Mają zakodowany schemat ciągłego poprawiania – opowiada o swoich lekcjach Dorota.
Nauczyciele nie są zgodni też co do terminu popraw. Jedni np. Anna ustalają poprawę w ciągu dwóch tygodni od rozdania pierwszych sprawdzianów. Z kolei Katarzyna, matematyczka z Zespołu Szkół Rzemiosła w Łodzi, nie narzuca terminu. Uczniowie sami do niej przychodzą i mówią, że chcą coś poprawić, nawet klasówkę z września czy z października. - Może uczeń potrzebował więcej czasu, potrzebował dojrzeć do tego – wyjaśnia, dlaczego się na to godzi.
Dorota uważa jednak, że takie poprawy nie do końca są sprawiedliwe wobec uczniów, którzy systematycznie i rzetelnie pracują cały rok i są przygotowani na czas. - Nie chcę, żeby patrząc na kolegów, zastanawiali się, czy warto, czy nie warto pracować systematycznie – mówi. - Ale dlaczego im na to nie pozwolić? Przecież takie dziecko też musi wykonać masę pracy, żeby cofnąć się do jakiegoś działu, który był dawno temu. Nauki ma wręcz więcej – odpowiada z kolei Aneta Tołoczko-Hordyj.
Bo mojemu dziecku się należy
Co do jednego nauczyciele są zgodni: najwięcej popraw jest w ósmych klasach. - Prawie każdy uczeń i każdy rodzic się odzywa – przyznaje matematyczka z Warszawy. A że przy ocenach rocznych patrzy też na te semestralne, to już dopytują, co im wyjdzie. - „Potrzeba mi jeszcze jednej oceny”, „chciałbym jeszcze to poprawić”. W czerwcu była masakra, nie wiedzieliśmy, jak się nazywamy, tak nas załatwili ósmoklasiści. Dlatego powiedziałam „nigdy więcej” i dlatego od września powtarzam, że poprawiamy na bieżąco – wspomina Anna. Uczniom z ósmych klasach wyjątkowo zależy na ocenach, bo te są brane pod uwagę przy rekrutacji do szkół ponadpodstawowych.
Dlatego Dorota nie ukrywa, że na ósmoklasistów zawsze patrzy łagodniej. - Mam świadomość, że czwórka, piątka ode mnie nie jest adekwatna do czwórki, piątki czy szóstki z innej szkoły – mówi. Z drugiej strony nie może pominąć tego, że matematyka będzie kontynuowana w kolejnych klasach. Nawet więc gdyby postawiła wyproszoną czwórkę dwójkowemu uczniowi, to szybko wyjdzie u niego brak wiedzy. - Uczeń łatwiej przyjmie taką odpowiedź niż rodzic – stwierdza Dorota. I to jest kolejny element, który mnoży poprawy ocen – rodzice.
Uczniowie, jak zauważa Pośpiech, umiejętność kalkulacji opanowaną mają do perfekcji, więc doskonale wiedza, jakiej oceny mogą się spodziewać. Dlatego Aneta Stankiewicz, dyrektorka SP nr 152 w Łodzi już wie, że gdy pytanie o oceny i możliwość poprawy pojawia się w ostatniej chwili, to wiadomo, że zadziałały tu ambicje rodziców, nie dziecka. Anna przy takich rozmowach zawsze powtarza, że połowa sukcesu jest wtedy, gdy rodzic wie, kogo ma w domu, to znaczy, na ile dziecko jest zdolne i ma predyspozycje do danego przedmiotu.
Niestety, nie brakuje rodziców, którzy usilnie twierdzą, że ich dziecko jest idealne i powinno odnosić sukcesy z wszystkiego. - Jedna mama uważa, że piątka to najgorsza ocena, którą jej syn może dostać. Gdy raz z klasówki dostał pięć plus, przyszła sprawdzić dlaczego i szukała punków do szóstki – opowiada. Często też rodzice przewidując oceny końcowe syna czy córki, wyliczają średnią arytmetyczną cząstkowych stopni dziecka. Dla nauczycieli ważna jest jednak średnia ważona, bo można dostać piątkę za błahostkę, np. plakat, a można z trudnej klasówki. - Trudno to wytłumaczyć niektórym rodzicom. Są coraz bardziej roszczeniowi. Kiedyś jak dziecko dostało czwórkę, to przyznawało: „bo mało się uczyłem”, albo „nie przeczytałem tego”. Teraz mówią: „bo pani mi postawiła czwórkę” – porównuje Anna.
Gdy przychodzi do takiej dyskusji z rodzicami, Dorota zastawia się jak może przepisami. Pokazuje, jakie ma opcje zgodnie ze statutem. Chociaż i tak pojawiają się hasła typu: „bo mojemu dziecku się należy”, „bo ono jest zdolne”. - Rodzicom wydaje się, że wiedzą lepiej od nauczyciela, jak dziecko pracuje na lekcji. Gdy już nic nie działa, informuję, że mogą składać wniosek o egzamin, który zweryfikuje wiedzę ucznia – mówi. Nikt jeszcze tego nie zrobił. - Wiedzą, że mogłoby to jeszcze obniżyć ocenę, zamiast ją podnieść – stwierdza Dorota.
Rodzice, a potem matura
- Mam dziecko w podstawówce i widzę na grupie w mediach społecznościowych, ile uwagi rodzice poświęcają ocenom, jak o nie walczą. Dzieci mniej się tym przejmują – zgadza się Katarzyna Urbaś, matematyczka w Zespole Szkół Rzemiosła w Łodzi. Przyznaje, że w liceach czy technikach walki o oceny i interwencji dorosłych jest już zdecydowanie mniej. Rodzice przychodzą i pytają nauczyciela, „co może zrobić dziecko, żeby poprawić ocenę”, albo dopytują, na jakich zasad są wystawiane oceny głównie w pierwszych klasach. To niejako spadek, przyzwyczajenie po podstawówce. - Tłumaczymy im wtedy, że to uczeń musi rozmawiać z nauczycielem, bo to jemu musi zależeć na postępach w nauce – mówi matematyczka.
Beata Pośpiech, dyrektorka I LO w Zgierzu, zauważyła, że uczniowie i rodzice uruchamiają się przede wszystkim, gdy wystawiane są zagrożenia jedynką. Wtedy mnożą się prośby, by coś zaliczyć. - Nasz statut jest tak skonstruowany, by nie było tygodnia cudów, czyli nie da się wszystkiego zaliczyć w ostatnim momencie. Uczeń ma pracować systematycznie, na miarę swoich możliwości, bo nie chodzi też o to, by miał same czwórki czy piątki. Nie może być tak, że przez całe półrocze nic nie robi, a potem przychodzi mama z pytaniem, co dziecko ma zrobić – mówi. Przyznaje, że niestety, wciąż takie sytuacje się zdarzają.
- Ci, którym zależy, to skorzystają. Tym, którym nie zależy, to co cokolwiek by się im nie zaproponowało poza zrobieniem plakatu z matematyki, to tego nie zrobią – dodaje Urbaś. Jak obserwuje Pośpiech, w wypadku części uczniów o motywacji wewnętrznej do uczenia się trudno mówić. Motywację zewnętrzną zapewniają więc rodzice. - Czasem same piątki nie wystarczą. Bez rzetelnego powtórzenia niewiele dadzą na maturze – tłumaczy takim rodzicom Pośpiech.
Grzegorz Wróblewski, anglista z III LO w Lublinie, ma podobne spostrzeżenia. Jeśli ktoś z rodziców interweniuje w sprawie ocen, to głównie w pierwszych klas. On sam uczniom stara się tłumaczyć, że oceny w liceum nie są takie ważne. - Liczy się przede wszystkim matura, to czy uczeń potrafi się porozumieć po angielsku, napisać wypracowanie, czy zna słówka z danego działu, a ocena jest, bo jest – mówi. Dlatego jak ktoś nie opanował materiału, to prosi, żeby się poprawił - nie ocenę, tylko żeby opanował materiał. Tak samo Katarzyna Urbaś stara się powtarzać uczniom, że muszą opanować pewne umiejętności, a nie zaliczyć kartkówkę czy klasówkę. Jasno zaznacza na początku zasady oceniania i cyklicznie je przypomina.
Zdaniem Wróblewskiego oprócz klarownych wytycznych omówionych na początku roku, pomaga też systematyczne ocenianie – gdy uczeń ma kilka stopni, ocena na koniec semestru jest mocno umotywowana. Anglista propozycje takich ocen wystawił w połowie grudnia, licznych próśb o możliwość poprawy nie było. - Za mocno w ogóle fiksujemy się na ocenach. Na angielskim liczą się: umiejętności, wiedza. Ocena jest jedynie wymierną tego – stwierdza.
Szkoła bez ocen możliwa?
I tu przechodzimy do coraz częściej podnoszonej dyskusji o tym, czy oceny w szkole są konieczne. - Obecny system nie jest motywujący. Poważnie myślimy nad zmianą i wprowadzeniem np. systemu procentowego, by każdy nawet jeden punkt się liczył – mówi Pośpiech. Zwolenniczką takiego rozwiązania jest też Dorota, matematyczka z Warszawy. U niej w szkole czwórkę może dostać uczeń, który zdobył od 71 do 85 proc. ze sprawdzianu. - Rozstrzał jest spory, a jednak inną wiedzę reprezentuje ktoś, kto uzyskuje 71 proc. i ten, kto ma 85 proc. Procenty byłyby bardziej adekwatne – uważa i jak przyznaje, jest przeciwna ocenom w szkole. Taki sam przykład podaje Beata Pośpiech. W jej liceum aż 15 proc. może dzielić uczniów, którzy mają dwójkę.
Dlatego jak mówi Wróblewski, w tym roku u niego w liceum matematycy postanowili właśnie procentowo ustalać wyniki w nauce i cenią sobie ten system. Bez ocen cyfrowych uczy Aneta Tołoczko-Hordyj, dyrektorka SP nr 28 w Warszawie i nauczycielka chemii w klasie siódmej. - Moi uczniowie pisali bardzo dużo wejściówek, większość sprawdzali sobie sami. Przygotowywałam wersje łatwiejsze i trudniejsze. Uczciwie wybierali i uczciwie sobie sprawdzali – opowiada. Sami też wskazywali dla siebie ocenę na semestr. - Powpisywali sobie różne, to nie jest tak, że od razu każdy wybierze piątkę – zapewnia.
Do tego, jak mówi, potrzeba jednak zaufania do siebie i do uczniów. - Wprowadziliśmy też w klasach czwartych i piątych system bez ocen, ale niektórym nauczycielom trudno jednak oderwać się od przyzwyczajeń i ocenozy – nie ukrywa. Przypuszcza, że gdyby zrezygnować z ocen cyfrowych nie byłoby takich problemów, z jakim np. ostatnio się spotkała. - Jedna mama poprosiła mnie o pomoc. Chłopiec ma korepetycje, ćwiczy z mamą. Jest przygotowany, ale idzie na klasówkę i dostaje jedynkę. Nie wie, dlaczego tak się dzieje. Poprosiłam nauczycielkę, by może spróbowała odpowiedzi ustnej, innej sytuacji, mniej stresowej, ale spotkałam się z murem – opowiada. - Być może dziecko rzeczywiście się nie uczy i nie przykłada, ale może to też wynikać z innych powodów, o których nawet nauczyciel czy rodzic nie wie – dodaje.
To, jak działają oceny, widać najlepiej w klasach maturalnych. - Zupełnie inaczej się wtedy pracuje. Uczniowie są aktywni, pytają, więcej się zgłaszają. Ale nie robią tego dla ocen, tylko chcą jak najwięcej powtórzyć do matury – dodaje Urbaś.
Nauczyciel, rodzic, uczeń
W podobnym tonie mówi prof. Bogusław Śliwerski, kierownik Katedry Teorii Wychowania Uniwersytetu Łódzkiego, Honorowy Przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN. - Szkoła jest m.in. po to, by potwierdzała wiedzę i kompetencje dzieci i młodzieży. Możliwość poprawiania się nie powinna być więc ograniczana do określonych interwałów czasowych – komentuje. Nie ukrywa, że jest zwolennikiem tego, by wychodzić naprzeciw oczekiwaniom uczniów, którzy chcą poprawić stopień. - Być może niektórzy potrzebowali na to więcej czasu, być może przyszedł moment, w którym rzeczywiście im na czymś zależy. Dlaczego więc mieliby nie potwierdzić zdobytej wiedzy? Za to się m.in. płaci nauczycielom – mówi prof. Śliwerski.
Nie pomija jednak kwestii rodziców, którzy nieraz oczekują wyższych not od dziecka, więc wywierają presję na nauczycielu. - Roszczenia rodziców wynikają ze słabej znajomości poziomu wiedzy, motywacji do uczenia się i kompetencji własnego dziecka. Niektórzy być może mają przerost ambicji w stosunku do potencjału rozwojowego swojego syna czy córki. Każdy przypadek jest inny – zaznacza prof. Śliwerski.
Przypomina jednak, że po to są pewne standardy i diagnozy edukacyjne, których nauczyciele powinni się trzymać, by unikać niejasności. Po to są też konsultacje dla rodziców i spotkania z nauczycielami, by rozwiewać wszelkie wątpliwości. - Jestem zwolennikiem tego, by rozmowy na temat dziecka odbywały się z rodzicem i z udziałem tego dziecka, by można było na bieżąco wszystkie sprawy wyjaśniać – mówi prof. Śliwerski. Jak zauważa, wciąż mamy jednak spory problem z tworzeniem wspólnoty komunikacyjnej rodziców z uczniami i nauczycielami.
- Są nauczyciele, którzy boją się rodziców, albo są nieprzygotowani do pracy z rodzicami, więc prezentują postawę władzy albo dystansu. Pedagogika wymaga jednak bezpośredniości i relacyjności. Ta komunikacja powinna wynikać z rzeczywistego zainteresowania dzieckiem – mówi i dodaje: - Koncentracja na ocenach i średnich to w ogóle absurd. Chodzi o to, żeby uczniowie zdobywali nowe umiejętności, wiedzę, a nie żeby patrzeć jedynie na wymierne efekty tego. Jeśli czuwanie nad rozwojem dziecka sprowadza się do wpisów w dziennik elektroniczny i odczytywania ich, to z edukacją ma niewiele wspólnego.
Mimo to Anna już czeka na wizytę mamy, która nie dopuszcza niższych ocen u syna niż piątka. Podejrzewa, że zjawi się 7 stycznia, bo do wtedy trzeba u niej w szkole wystawić propozycje ocen. Dorota z kolei po semestralnych kolejkach już szykuje się na pielgrzymki na koniec roku szkolnego. - Wtedy to dopiero jest presja rodziców i budzenie się niektórych ze snu – mówi.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET