"Pierwsza taka sytuacja od 13 lat". Przedszkola pustoszeją
Przenoszenie sześciolatków z zerówek w podstawówkach do przedszkoli, łączenie najmłodszych grup i rok do roku zmniejszanie liczby oddziałów. Samorządy dwoją się i troją, żeby ocalić pustoszejące przez niż przedszkola. Ale jak przyznają nauczyciele, to jak przelewanie z pustego w próżne. Demografia jest nieubłagana, a widmo zamykania - zwłaszcza prywatnych przedszkoli - powoli staje się faktem.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Ile wolnych miejsc pozostało po naborach do przedszkoli w różnych miastach.
- Jakie działania zamierzają podjąć samorządy wobec niżu demograficznego.
- Jak konkurują o dzieci przedszkola prywatne.
- Rok temu otworzyliśmy o jedną grupę mniej. Teraz zdecydowaliśmy, że otworzymy o trzy mniej, czyli ubyło 75 miejsc. A i tak mamy jeszcze 48 wolnych miejsc. Do tego po drodze zamknęliśmy jedno przedszkole – wylicza Katarzyna Fijałkowska, zastępca dyrektora biura edukacji w urzędzie miasta w Zduńskiej Woli.
- W tym roku po raz pierwszy od 13 lat zostały nam miejsca w trzylatkach i mamy rekrutację uzupełniającą. Rok temu zapełniło się wszystko i kolejni chętni jeszcze czekali – mówi w podobnym tonie Dorota Kuchta, dyrektorka Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 2 w Legionowie.
Nawet w dużych miastach, jak Warszawa, nie jest lepiej. Tuż po rozpoczęciu rekrutacji władze stolicy odpowiedzialne za edukację usunęły 3,3 tys. miejsc w przedszkolach, wiedząc, że chętnych na nie nie znajdą. Po pierwszym etapie rekrutacji i tak zostało niemal 2,8 tys. wolnych miejsc w przedszkolach miejskich i 1,6 tys. w niesamorządowych. To oznacza, że rok do roku ubyło blisko 8 tys. dzieci.
Prawie 2 tys. wolnych miejsc
Jeszcze niedawno po miejsca w przedszkolach ustawiały się długie kolejki chętnych. To, że dziecko dostanie miejsce i to w placówce wybranej przez rodziców, nie było oczywiste. Teraz niektóre przedszkola, które jeszcze kilka lat temu pękały w szwach, powoli zaczynają świecić pustkami. Samorządy chwalą się: "wszystkie dzieci uczestniczące w tegorocznej rekrutacji znalazły miejsca w publicznych placówkach". Albo "przeważająca większość dostała się do przedszkola pierwszego wyboru." Ale za tym "sukcesem" stoi potężny niż demograficzny, który wkracza do przedszkoli.
Dotyczy to przede wszystkim mniejszych miejscowości. Np. w Raciborzu (woj. śląskie) po zakończeniu rekrutacji pozostało 95 wolnych miejsc z oferowanych 337. Jak podaje Rafał Krzyżok z UM Racibórz, jest to liczba większa niż w poprzednich latach. Dla porównania pięć lat temu, w 2020 roku, w naborze do przedszkoli brało udział 424 dzieci, teraz 257. W Starachowicach (woj. świętokrzyskie) przygotowano 826 miejsc w miejskich przedszkolach oraz 240 miejsc w oddziałach zerowych w szkołach. Po rekrutacji w tych pierwszych pozostało 107 miejsc, w drugich - 100. Czyli również, jak słyszymy w urzędzie, więcej niż w ubiegłych latach.
Niż nie omija też większych miast. W Lublinie ostatnie etapy rekrutacji jeszcze trwają, ale władze miasta już widzą, że w stosunku do lat ubiegłych w rekrutacji liczba wolnych miejsc będzie większa niż w latach ubiegłych. Jak porównuje Justyna Góźdź z UM Lublin, w rekrutacji właściwej oraz rekrutacji uzupełniającej na rok szkolny 2020/2021 złożono 3159 wniosków. Teraz - 2503. W Łodzi w naborze podstawowym do przedszkoli miejskich pięć lat temu brało udział ok. 17,8 tys. kandydatów (w tym również kontynuujących opiekę przedszkolną). Na rok szkolny 2025/2026 w naborze podstawowym (nabór uzupełniający dopiero przed rodzicami) brało udział łącznie ok. 15,8 tys. kandydatów.
Jeszcze gorzej statystyki wyglądają w Katowicach. Po naborze podstawowym i uzupełniającym pozostało 1454 miejsc. Jak podaje Dariusz Czapla z katowickiego urzędu miasta, liczba ta jest prawie dwukrotnie wyższa niż rok temu i pięciokrotnie wyższa niż w roku szkolnym 2023/2024, kiedy to pozostało 359 wolnych miejsc po rekrutacji uzupełniającej. "W rekrutacji na rok szkolny 2021/2022 brało udział 2084 wychowanków. W bieżącym roku - 866 wychowanków" - porównuje dalej Czapla.
W Gdańsku po zakończeniu rekrutacji pozostało 850 miejsc. Pięć lat temu było ich 47. Trzeba tu zaznaczyć, że miasto przez ten czas zwiększało liczbę miejsc dla dzieci (z prawie 12,8 tys. do 13,6 tys.) w przedszkolach, stąd może wynikać różnica w liczbie wolnych miejsc. Ale spadek chętnych widać też w innych statystykach – w 2020 roku o miejsca w przedszkolach ubiegało się ponad 5,4 tys. kandydatów, teraz 4,2 tys.
Podobna sytuacja jest we Wrocławiu. Na rok 2025/2026 pozostało tu obecnie ok. 1,7 tys. miejsc. - Dla porównania po przeprowadzonej rekrutacji na rok 2024/2025 pozostało do dyspozycji rodziców ok. 1,3 tys. wolnych miejsc – podaje Monika Dubec z wrocławskiego urzędu. Tu też miasto powiększało przez ostatnie lata przedszkolną bazę - budowało nowe placówki i modernizowało już istniejące. Ale niż demograficzny - znów - widać przy porównywaniu liczby podań w elektronicznym systemie rekrutacji. - W 2020 r. na pierwszym etapie rekrutacji rodzice złożyli 6747 wniosków zatwierdzonych przez placówki. W 2024 r. takich wniosków było 5338, a w 2025 - 4520, co oznacza wyraźny spadek liczby dzieci – informuje Dubec z wrocławskiego magistratu.
Centrum wymiera
Dlaczego miasta mimo niżu otwierają nowe placówki? Są one wciąż potrzebne, ale w najbardziej rozwijających się rejonach miasta, gdzie budują się nowe osiedla mieszkalne. Na razie pustoszeją takie jak to, w którym pracuje Joanna, czyli położone w centrum. - Centrum się starzeje, jeśli rodzice nie dostaną miejsc tam, gdzie mieszkają, to dopiero zapisują syna czy córkę do nas, bo np. w pobliżu pracują – opowiada nauczycielka. Rok temu uczyła grupę trzylatków, w której było 22 dzieci (limit to 25 miejsc). W tym roku, jak mówi, najmłodsza grupa też się nie wypełniła.
Taki stan uważa akurat za optymalny. - Im mniejsza grupa, tym dzieci mają bardziej tego nauczyciela dla siebie. Łatwiej jest pomóc takiemu dziecku, jeśli ma jakieś trudności – mówi. Ale nie chciałaby, żeby poszło to dalej, a wszystko na to wskazuje. - Od ok. pięciu lat widać spadek rok do roku. Gdy zaczynałam pracę blisko 15 lat, nawet w przedszkolach w centrum trudno było o miejsce dla dziecka - wspomina.
W takim samym trudnym rejonie położone jest przedszkole nr 84 w Łodzi. Wokół są głównie biurowce, stare osiedle, nieatrakcyjne dla młodych rodzin. Na razie są tu dwie grupy po ok. 15 osób. Do limitu więc daleko. - Liczymy na rekrutację uzupełniającą i 2,5-latków, którzy mam nadzieję dołączą w trakcie roku szkolnego – nie ukrywa Jakub Szewc, dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 8 w Łodzi. Przypomnijmy, 2,5 latki można zapisać do grup przedszkolnych, jeśli są w nich miejsca.
W Warszawie np. na Bemowie w przedszkolu Edulica według internetowego systemu rekrutacji w grupie trzylatków pozostało 17 wolnych miejsc. W tej samej dzielnicy przedszkole „Miś Krzyś” może przyjąć jeszcze 31 trzylatków, a "Nasze Ananasy" – 20. Podobna sytuacja jest w Śródmieściu czy na Woli. Nawet Białołęka, w której przez lata zdobycie miejsca dla dziecka było nie lada wyzwaniem, wciąż ma luki. - Cyfry są nieubłagane. Mówi się o tym już na każdej konferencji pedagogicznej. Dyrektorzy i wydziały edukacji już zastanawiają się, co dalej – komentuje Joanna Poselt, dyrektorka przedszkola "Galileo" i "Familijna łódka".
Łączone grupy w przedszkolach, zerówki już nie w szkołach
Zatem co dalej? W Starachowicach ze względu na zauważalny spadek liczby dzieci pierwszy raz, jak podaje Marta Woźniak, dyrektor Centrum Usług Wspólnych, które obsługuje tu m.in. przedszkola, w jednej takiej placówce nie zostanie w ogóle utworzona grupa najmłodsza. Czyli będzie o jeden oddział mniej w porównaniu z ubiegłym rokiem. - Zwiększy się również liczba szkół bez oddziału zerowego. Zostaną one utworzone w nie więcej niż połowie szkół – tłumaczy Woźniak. Obecnie miasto prowadzi osiem przedszkoli i osiem oddziałów przedszkolnych w szkołach podstawowych.
W Raciborzu oprócz zmniejszenia liczby grup w przedszkolach władze miasta starają się wypełnić te pozostałe i przyciągnąć dzieci z pobliskich mniejszych miejscowości. Niedawno np. podpisano współpracę z gminą Rudnik, by mieszkający tam rodzice mieli miejsca w raciborskim żłobku (w pobliskiej gminie nie ma takiego miejsca). Miasto liczy, że dzięki temu rodzice, zwłaszcza pracujący w Raciborzu, zostawią potem dzieci w tutejszych przedszkolach.
Z tej drugiej perspektywy - mniejszego miasta zjadanego przez większe - patrzy z kolei Legionowo. - Bliskość Warszawy powoduje ogromną konkurencję w postaci prywatnych przedszkoli i żłobko-przedszkoli, które przyjmują jeszcze trzy- i czterolatków – mówi Dorota Kuchta. Liczy, że dzieci zostawione w żłobkach jako starsze grupy, „wrócą” do tutejszych przedszkoli w wieku 5,6 lat, jak będą miały przygotowanie przedszkolne. Patrząc na demografię, nie wyklucza jednak, że w przyszłości i jej placówkę dotkną ograniczenia. - Przedszkole było budowane na cztery oddziały, teraz jest siedem. Pewnie będzie tak, że te dodatkowe oddziały będą likwidowane – mówi.
W Zduńskiej Woli dyrektorzy starają się rozdzielać grupy ze względu na wiek, ale coraz częściej ratują się grupami mieszanymi, czyli razem uczą się np. trzy- i czterolatki, dzięki czemu chociaż jedna grupa się wypełnia. Wrocław nie wyklucza z kolei w dłuższej perspektywie powstawania mniej licznych grup. Podobnie jak Katowice, ale pod pewnymi warunkami. "W związku ze wzrostem liczby wychowanków posiadających orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego Prezydent Miasta Katowice podjął decyzję o zamianie oddziałów ogólnodostępnych w oddziały specjalne, bądź integracyjne. W wielu przedszkolach będą funkcjonowały oddziały ze zmniejszoną liczebnością, czyli liczba wychowanków w takich przedszkolach będzie niższa niż 25" - wyjaśnia nam Dariusz Czapla z UM Katowice.
Oprócz tego od 1 września 2025 roku utworzonych zostanie tu aż o 15 oddziałów mniej niż w roku ubiegłym. - Z uwagi na brak chętnych w niektórych przedszkolach nie będzie możliwości utworzenia oddziałów – to z kolei sytuacja z Lublina. Jak zaznacza Justyna Góźdź z lubelskiego ratusza, dopiero po zakończeniu rekrutacji uzupełniającej w lipcu będzie można oszacować kwestie związane z zatrudnieniem w danym przedszkolu, czy szkole podstawowej.
Będą zwolnienia nauczycieli i pracowników obsługi?
Niż demograficzny, mieszane grupy, czy zmniejszanie liczby oddziałów oznacza bowiem zwolnienia nauczycieli. I nie tylko. Bożena Gozdalska-Macuba, dyrektorka Przedszkola nr 15 w Lublinie, przypomina, że liczba urodzeń przekłada się nie tylko na pracę dla nauczycieli, ale też obsługi, np. kucharek czy woźnych. - W celu minimalizowania skutków niżu demograficznego będziemy zbierać informację z innych placówek dotyczących wakatów, potrzeb kadrowych. W dbałości o jak najlepsze zabezpieczenie pracowników przedszkoli przed skutkami niżu demograficznego tworzymy zespoły szkolno-przedszkolne, co da możliwość uzupełniania etatów nauczycieli i pracowników niepedagogicznych - zaznacza Góźdź.
Taką możliwość mają duże miasta. We Wrocławiu, jak opowiada Joanna, nauczycielka wychowania przedszkolnego, wciąż o etat w przedszkolu w miarę łatwo. Sama niedawno zmieniała pracę i miała z czego wybierać. W mniejszych miejscowościach o to trudno. Stąd w Legionowie, jak mówi Dorota Kuchta, w jednym z publicznych przedszkoli zamknięto jeden oddział. Zlikwidowało się też przedszkole niepubliczne. - W naszej okolicy też zamknięto przedszkole prowadzone przez fundację – dodaje Joanna.
Wydaje się więc, że niż na początku dotknie przede wszystkim przedszkola niepubliczne. Widać to na przykładzie Ostródy. - Mamy trzy przedszkola publiczne i 11 niepublicznych. Mimo naszych dotacji opłaty dla rodziców są tam wyższe niż w miejskich placówkach. Nasze przedszkola zapełniają się więc błyskawicznie, na pewno ich likwidacja nie będzie nam grozić – słyszymy w tutejszym Wydziale Oświaty i Spraw Społecznych.
Walka przedszkoli niepublicznych
Przedszkola niepubliczne muszą więc mocno ze sobą konkurować i walczyć o klienta. - Kiedyś przedszkole prywatne to była raczej ostatnia deska ratunku dla dzieci, które nie dostały miejsca w placówkach publicznych. Teraz można przebierać – mówi Joanna Poselt. W obu prowadzonych przez nią przedszkolach niepublicznych chętnych jest wciąż więcej niż miejsc. - Dobra opinia procentuje, jakość ma znaczenie – stwierdza Poselt i to jej zdaniem jeden z nielicznych plusów niżu – ci, którzy dbali o jakość, nie mają się czego bać.
Potwierdza to Aleksandra Janicka, nauczycielka wychowania przedszkolnego, wicedyrektorka publicznego przedszkola Misia Uszatka w Strzyżowicach. - Niż nie jest widoczny, ale mocno wyróżniamy się planem daltońskim i sporo dzieci przychodzi do nas nawet z gmin ościennych – mówi. Do jakości dodałaby lokalizację – w okolicy jej przedszkola budują się domy, niedaleko jest też lotnisko, gdzie pracuje spora część mieszkańców.
Joanna Poselt zauważa, że wszyscy – czy publiczne czy prywatne jednostki - szukają sposobu na to, żeby się teraz reklamować, promować. Nie chciałaby jednak, by poszło to w złym kierunku. Zwłaszcza, że już kiedyś taki okres w edukacji przeżyła. - W latach 90. gdy był moment niżu, placówki w „dziki” sposób konkurowały ze sobą o dziecko, przez co traciło na tym i dziecko, i rodzi i jakość. Wciąż zbieramy owoce tego. Mamy obowiązek słuchać klientów, ale to my jesteśmy ekspertami, tymczasem widziałam placówki, które pod hasłem otwartości ustępowały rodzicom we wszystkim tak, że ci rodzice przebywali w tych placówkach, chodzili między dziećmi - opowiada.
Według niej to pokazuje, jak rodzic jest lękowy i nie umie rozstać się z dzieckiem ze szkodą dla obojga. - Nie na tym polega edukacja instytucjonalna, boję się tego rodzaju pomysłów – przyznaje. Zaznacza, że trzeba dbać o jakość, ale realną i dla dobra dziecka. - Musimy uzbrajać przedszkolaki w umiejętności uniwersalne, które będą zawsze aktualne, jak samodzielność, umiejętność współpracy. Rodzic ma prawo nie wiedzieć, ale rolą świadomego pedagoga jest to, żeby tego rodzica pokierować i pokazać swoją postawą, że wiemy co robimy, a nie ustępować lękowym potrzebom – zaznacza.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET