Polska zacznie rozdawać karty w Europie? "Może odegrać większą rolę niż kiedykolwiek"
Upadające rządy, wcześniejsze wybory i polityczny chaos – tak wygląda pejzaż polityczny we Francji i w Niemczech. Czy rolę lidera kontynentu, zwłaszcza w obliczu wojny w Ukrainie, zagrożenia ze strony Rosji oraz niepewności związanej z prezydenturą Donalda Trumpa, może przejąć Polska?
Europejska lokomotywa bez maszynistów? Tak w skrócie można podsumować gorącą jesień w dwóch najważniejszych unijnych ośrodkach: Paryżu i Berlinie. Mieliśmy – i wciąż mamy – do czynienia tam z największymi kryzysami politycznymi od lat. We Francji rząd Michela Barniera – wyłoniony po wielomiesięcznym impasie spowodowanym brakiem jednoznacznej większości parlamentarnej po czerwcowych przedterminowych wyborach – upadł po zaledwie trzech miesiącach. Choć prezydent Emmanuel Macron wyznaczył już następcę Barniera, Francois Bayrou’ego, nikt nad Sekwaną nie łudzi się, że jego gabinet przetrwa do końca kadencji.
W Niemczech zaś rząd Olafa Scholza nie uzyskał w poniedziałek, 16 grudnia, wotum zaufania w Bundestagu. Kanclerz zwróci się więc do prezydenta o rozpisanie wcześniejszych wyborów, które odbędą się pod koniec lutego. Takiego rezultatu można się było spodziewać, bo w listopadzie Scholz zdymisjonował ministra finansów, a tym samym ostatecznie wysadził w powietrze już i tak dogorywającą koalicję socjaldemokratów, zielonych i liberałów. Nowym szefem rządu najpewniej zostanie tu lider chadeków z CDU Friedrich Merz.
Polska z większą rolą niż kiedykolwiek
Czy chaos w dwóch najistotniejszych politycznie europejskich stolicach może wykorzystać Polska? Czy Warszawa ma szansę stać się głównym rozgrywającym czy wręcz liderem w UE? A jeśli tak, to w jakim obszarze i kto odegra w tym największą rolę? - Unia, która wchodzi w tej chwili w nowe rozdanie interpersonalne, bo mamy m.in. nową Komisję Europejską, nie będzie miała lidera w takim znaczeniu, w jakim np. byli Niemcy pod rządami Angeli Merkel, albo jakim próbowali być Francuzi za sprawą Macrona – zwraca uwagę Mateusz Mazzini, komentator i reporter, piszący m.in. dla „Gazety Wyborczej” i „Polityki”.
Jego zdaniem Polska ma jednak duże szanse, by w czasie swojej prezydencji w UE przypadającej na pierwszą połowę 2025 roku odegrać większą rolę i mieć realny wpływ na ogólną politykę unijną bardziej niż kiedykolwiek w historii swojego członkostwa. Podobnego zdania jest dr Michał Matlak, politolog pracujący w Parlamencie Europejskim, związany z Europejskim Centrum Badań Ustrojowych Uniwersytetu Łódzkiego.
- Dziś Polska może proponować Unii rozwiązania i strategie, szczególnie w obszarze bezpieczeństwa, ale też zarządzania europejską gospodarką i rozszerzenia Unii - ocenił. Zwrócił uwagę na fakt, że Europa jest zmęczona Scholzem, a prawdopodobny nowy kanclerz, czyli Merz, ma świetne relacje z Donaldem Tuskiem - w końcu są z tej samej frakcji, czyli Europejskiej Partii Ludowej (EPP).
Tusk liderem UE?
Tusk to zresztą kluczowa postać w tej dyskusji. Obaj eksperci uważają, że obecny premier to polityk „ciężkiego, europejskiego kalibru”, mający zadatki na jednego z liderów Unii. - Licząc obydwa okresy jego premierostwa [lata 2007-14 i od 2023 – red.], a także pięć lat na czele Rady Europejskiej i trzy w EPP, można powiedzieć, że Tusk od kilkunastu lat jest obecny na najwyższym szczeblu polityki europejskiej. Uczestniczył w obradach RE, świetnie zna kulisy i dynamikę negocjacji oraz rozmów między państwami członkowskimi, z których przecież każde ma różne interesy – tłumaczył dr Matlak.
Zdaniem Mazziniego Tusk jest naturalnym kandydatem na kogoś, kto może wypełnić próżnię powstałą w wyniku chaosu w Paryżu i Berlinie. - Jest głęboko zakorzeniony w mainstreamie rządzącym Unią. Nie chodzi tylko o stanowiska, które piastował, ale np. o to, że bardzo dobrze zna się z szefową Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen czy z sekretarzem generalnym NATO Markiem Ruttem – komentuje Mazzini. Według niego w strukturach UE panuje niewyobrażalne wręcz pragnienie tego, by pojawił się ktoś, kto zajmie miejsce Merkel, Macrona czy wcześniej Jacquesa Delorsa, szefa Komisji Europejskiej w latach 1995-99. - Tusk zbudował sobie legendę, będąc pierwszym europejskim politykiem, który prawicowych populistów, za jakich w Brukseli uchodzi PiS, pokonał za pomocą demokratycznych wyborów – dodaje Mazzini.
Nie pomija przy tym roli Radosława Sikorskiego. Szef MSZ, regularnie prostujący na forum ONZ kłamstwa i propagandę przedstawicieli Rosji, to obecnie - według eksperta - jeden z najważniejszych europejskich dyplomatów i ogromny kapitał dla rządu. - To też działa na korzyść Polski i jej relacji z Unią, a także na korzyść samej UE, która, np. za pośrednictwem Polski, będzie sobie układać relacje z nową administracją w Waszyngtonie – podkreśla Mazzini.
Powrót Donalda Trumpa do Białego Domu na nowo określi stosunki między USA a Europą i rozpisze role dla poszczególnych aktorów. Prezydent-elekt, który niejednokrotnie straszył wycofaniem swojego kraju z NATO i radykalnym zmniejszeniem łożonych na sojusz pieniędzy, sprawi, że wróci w polityce zagranicznej tzw. podejście transakcyjne. Trump coś da lub obieca, ale w zamian za to, w myśl zasady America First, chętnie uzyska jakieś korzyści bądź przynajmniej nie dopuści do tego, by Ameryka traciła – gospodarczo, militarnie, politycznie – w imię wyższych wartości.
Co z Ukrainą? Kluczowe kwestie na 2025 rok
Kolejnym wątkiem, który przewija się w dyskusji o przyszłej geopolityce, jest wojna w Ukrainie i zbliżająca się perspektywa rozpoczęcia rozmów pokojowych z Moskwą. I tutaj bez Warszawy nie da się tego rozwiązać. - Tusk spotyka się z prezydentem Zełenskim. Jest bardzo zaangażowany w przygotowanie rozmów pokojowych, choć oczywiście ich szczegóły wciąż nie są znane. Wiele zależy bowiem od Trumpa - przyznaje dr Matlak, nawiązując do szumnych zapowiedzi przyszłego przywódcy USA, który sprzeciwia się dalszemu dozbrajaniu naszych wschodnich sąsiadów, tak jak czyniła to administracja Joe Bidena, i obiecuje rychłe zakończenie trwającego od niemal trzech lat pełnoskalowego konfliktu.
Dr Matlak nie ma wątpliwości, że kwestia bezpieczeństwa i gwarancji pokojowych dla Ukrainy będzie "absolutnie kluczowa" w nadchodzącym roku. - Walka rozgrywa się o to, w jaki sposób Ukraina będzie zabezpieczona, gdzie powstanie linia demarkacyjna i kto będzie jej strzegł. M.in. dyskusji na ten temat służył ostatni szczyt w Szwecji, na którym Tusk spotkał się z przywódcami krajów bałtyckich i nordyckich, a także rozmowy premiera z prezydentem Macronem w Warszawie – wyjaśnia Matlak. Politolog przypomina tu wypowiedzi osób z otoczenia Trumpa sugerujące, że linii demarkacyjnej, za którą miałyby się znaleźć terytoria zajęte przez Rosję, powinni strzec żołnierze z Europy, a nie USA.
W ocenie Mazzinego Polska może odegrać też rolę „szczerego przyjaciela, który przekaże złe wiadomości”. - Tusk albo Sikorski będą tymi, którzy pojadą do Kijowa i powiedzą Zełenskiemu: „słuchaj, myślę, że i tak już to wiesz, ale prawda jest taka, że trzeba zacząć rozmawiać z Rosją” - przewiduje Mazzini.
Prezydencja w UE w kampanię prezydencką
Polska już drugi raz będzie przewodniczyć pracom Rady Unii Europejskiej – poprzednio miało to miejsce w drugiej połowie 2011 roku. Kolejną naszą unijną prezydencję zdominuje teraz wątek ukraiński? - Ukraina zawsze może liczyć na nasze wsparcie w procesie przystąpienia do Unii Europejskiej i NATO. Gdyby to zależało od Polski, trwałoby to nie dłużej niż dzień. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby perspektywa członkostwa Ukrainy w NATO była coraz bliższa – zapowiadał już wcześniej Donald Tusk. Podkreślił przy tym, że w Ukrainie nie trzeba nikogo przekonywać, że polska prezydencja to także przyspieszenie negocjacji akcesyjnych.
Nie można jednak zapominać o przyszłorocznych wyborach prezydenckich w Polsce. Nasza prezydencja potrwa sześć miesięcy, z czego aż pięć będzie się pokrywać z kampanią wyborczą. - Przewodnictwo w UE na pewno będzie mocno wykorzystywane w kampanii Koalicji Obywatelskiej w dużej mierze też po to, by Rafał Trzaskowski zbudował się w kontekście międzynarodowym. Tusk będzie w jego kampanię zaangażowany – przewiduje Mazzini.
Na inny element zwraca uwagę dr Matlak. - Prezydencja może pomóc skrystalizować nowy model członkostwa Polski w Unii Europejskiej. Przechodzimy już bowiem z okresu korzystania z funduszy spójności i wspólnego rynku do etapu, gdzie będziemy nadawać ton - mówi. I podkreśla, że Unię czekają wyzwania w trzech obszarach: bezpieczeństwa, kwestii klimatyczno-energetycznych oraz konkurencyjności na rynku globalnym względem USA czy Chin. - Szczególnie w kwestii bezpieczeństwa możemy być liderem, biorąc pod uwagę to, że wydajemy na nie aż 4,7 proc. PKB, podczas gdy wiele krajów europejskich ma kłopot, żeby osiągnąć NATO-wskie minimum, czyli 2 proc. - zaznacza politolog.
Unia sprawczości, a nie unia wartości
Kryzysy wewnętrzne w Berlinie i Paryżu, z których pierwszy zażegnany zostanie za kilka miesięcy, a drugi nie wiadomo kiedy (konstytucja zezwala na przeprowadzenie kolejnych przedterminowych wyborów do parlamentu dopiero rok po poprzednich, czyli w czerwcu), mogą stać się dla Polski szansą, by mówić donioślejszym głosem, nadawać ton europejskim debatom, ale też sprawić, że słowa i wartości zostaną przekute w konkretne czyny. Przez lata funkcjonował bowiem mit o wspólnocie europejskiej jako o politycznym organizmie, wewnętrznie niespójnym, pełnym sprzecznych interesów państw członkowskich, które tylko w ekstremalnych sytuacjach, jak pandemia czy rosyjska agresja na Ukrainę, potrafią mówić jednym głosem
Zdaniem Mazziniego podczas zbliżającej się rezydencji Polska ma szansę sprawić, że UE będzie unią sprawczości, a nie tylko unią wartości. - Ten zestaw polityków, który mamy, zwłaszcza Tuska i Sikorskiego, może być odpowiedzią na bezzębną unijną politykę, np. w kwestii rozszerzenia UE, czy represji w Gruzji albo wojny hybrydowej w Mołdawii. Tu zarzutów, słusznych zresztą, pod adresem opieszałości Unii, jest całkiem sporo – podsumowuje Mazzini.
Przez lata m.in. lekceważono oligarchizację krajów, które były w bezpośrednim sąsiedztwie UE. Mazzini wymienia tu również zaniedbania w związku z powolnym procesem akcesji krajów bałkańskich, które są coraz bardziej ekonomicznie uzależnione od Rosji i Chin. - Serbia, Bośnia, Czarnogóra, Albania. Te kraje są w poczekalni już od 10-15 lat. Nie jestem przekonany, że stać nas na to, by trzymać je tam jeszcze dłużej. Nawet jeśli nie pójdą one całościowo w kierunku Pekinu czy Moskwy, to rosyjskie oligarchiczne wpływy zakorzenią się, co będzie potem wysadzać od środka całą strukturę unijną – ostrzega.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET