Tego dnia wszystkie psy płakały. “Jak zobaczyłam łzy Reksa, to pomyślałam: nie ma już nadziei”

13 min. czytania
24.12.2024 07:05
Obserwuj nas na Google

W schronisku mieliśmy Reksa. Dużego, mądrego, spokojnego psa, który bardzo mocno płakał. Tego dnia wszystkie psy płakały, ale jak zobaczyłam jego w takim stanie, to pomyślałam: nie ma już dla nas nadziei. Brodziłam do pasa w wodzie, w deszczu przez blisko osiem godzin. Świat na chwilę się wyłączył, rozmył razem z falą.

Psy w schronisku
fot. Wiktoria Szydło

W piątek trzynastego do schroniska w Konradowej (woj. opolskie) pod Nysą przyjechała suczka ze szczeniakami. - Bała się ludzi jak diabeł wody święconej. Nie można było jej dotknąć. Chroniła tylko swoje maluszki. Miały najwyżej dwa tygodnie. Same jeszcze nie były w stanie niczego zrobić - opowiada Małgorzata Jurkowska, kierowniczka schroniska. - I tego dnia, w piątek 13 września, po raz pierwszy otworzyły oczka. Następnego dnia zobaczyły już powódź.

Trzy miesiące po kataklizmie, który nawiedził we wrześniu południowo-zachodnią Polskę, pojechaliśmy do najbardziej zniszczonych schronisk na Dolnym Śląsku, by zobaczyć, jak dziś wyglądają te miejsca i jak zimą radzą sobie mieszkające tu zwierzęta.

Wiem, że się boisz, ale tutaj zginiecie

- Wody Polskie cały czas uspokajały, że Nysa nie będzie zalana, bo w zbiornikach jest potężny zapas miejsca, więc za bardzo się nie stresowaliśmy. W sobotę jeden z naszych pracowników przyszedł jednak do mnie i mówi: „słuchaj, psy są jakieś nieswoje, niespokojne, dziwnie się zachowują” - wspomnienie powodzi u Małgorzaty jest wciąż żywe.

Padał deszcz, robiło się coraz ciemniej. Pracownicy obserwowali, jak rów przy ogrodzeniu, który zwykle stoi pusty, zaczyna się napełniać. Chwilę przed zmierzchem woda dostała się do schroniska. - Pamiętam doskonale 97. rok, ale tak szybko wdzierającej się do środka wody jeszcze w życiu nie widziałam. To był moment – wspomina kobieta. Pracownicy musieli jak najszybciej ewakuować zwierzęta. Małgorzata zadzwoniła do kierowniczki w Opolu, czy w razie czego będzie możliwość zabezpieczenia około 10 psów. Tych, które mają najniżej położone kojce. - Naiwna. Jeszcze nie wiedziałam, że do ewakuacji będzie cały obiekt, 50 zwierząt - mówi.

Po chwili schronisko, do którego przez lata przywykli pracownicy, przestało istnieć. Psy, które zwykle są “szefami podwórka”, truchlały i przeraźliwie płakały, a te wycofane i bojaźliwe zaczęły gryźć pracowników. - Kiedy wdzierała się woda, na miejscu było około 50 osób, ale ewakuować psy z kojców mogliśmy tylko my. Zostaliśmy z tym we trójkę – wspomina Małgorzata. Wieczorem szczeniaki, które dopiero co otworzyły oczy, obserwowały z ambulatorium wdzierającą się do ośrodka falę. - Brodząc w wodzie myślałam tylko o tym, że jeśli choćby jeden wyślizgnie mi się z rąk, to już go nie uratuję - opowiada kobieta.

Redakcja poleca

W tym czasie na ratunek czekała ich matka. Wody było już po kolana. - Suczka do niej wskakiwała, już ją prawie przykrywało. Gryzła, walczyła ze mną – mówi Małgorzata. - W naszym schronisku rozmawiamy ze zwierzętami. Mimo że nie rozumieją wielu słów, potrafią zrozumieć intencję. Gdy zapakowaliśmy szczeniaki do transportera, powiedziałam jej wprost jak dorosłej babie: “Nie masz wyjścia, po prostu musisz stąd uciekać. Wiem, że się boisz, ale tutaj zginiecie” – wspomina. Przeszły ją ciarki, kiedy suczka sama, bez niczyjej pomocy weszła do transportera.

Zabrana nadzieja

Podczas ewakuacji psy wchodziły na budy i bezradnie patrzyły, jak do boksów znajdujących się na podwyższeniu wdziera się woda. Wiedziały, że z tym nie wygrają. I wyły, jakby już się poddały. - W schronisku mieliśmy Reksa. Dużego, mądrego, spokojnego psa, który bardzo mocno płakał – wspomina Małgorzata. Tego dnia wszystkie psy płakały, ale jak zobaczyła akurat jego w takim stanie, to pomyślała: „nie ma już dla nas nadziei”. Jeśli Reks tak wyje, to znaczy, że już się z tym pogodził.

W “Titanicu” jest taka scena - małżeństwo, które już wie, że nie ma ratunku, kładzie się wtulone do łóżka, czekając razem na koniec. - Żabka zrobiła dokładnie to samo - wspomina kolejne zwierzę Małgorzata. Mówiła suczce: „chodź, uciekamy”, bo dookoła jej legowiska szybko przybywało wody, a ona nic. Położyła się w budzie z całkowitym spokojem. Małgorzata musiała ją wydzierać, bo akurat buda nie miała otwarcia z góry. - Przez zimno i adrenalinę nie czułam ani jednego jej ugryzienia – opowiada.

Wydawało się, że to wszystko było jednym mrugnięciem oka, kroplą deszczu na suchym ubraniu. Dopiero później zorientowała się, że stała w deszczu, do pasa w wodzie przez blisko osiem godzin. Świat na chwilę się wyłączył, rozmył razem z falą. Wokół było mnóstwo ludzi, strażacy rozkładali worki z piaskiem, przyjechał wiceburmistrz, ktoś próbował ratować rzeczy materialne. - Wszystko zlewało się w tle, słyszałam tylko płacz poszczególnych zwierząt. Miałam w głowie tylko tę myśl: “niech wszystko szlag trafi, ale jeśli ucierpi choć jeden pies, to tego nie przeżyję” – wspomina.

Redakcja poleca

Ta sama myśl wróciła, gdy podczas ewakuacji wskoczył na nią spory pies. - Gdyby mógł, to z tej paniki wszedłby mi na głowę. Byłam przekonana, że jeśli mnie przewróci, to zginiemy oboje. Wokół ciemność, nie miałam kogo zawołać. A przecież za chwilę pod stopami pojawi się próg. Nic nie widzę. I wtedy coś mnie złamało. Zaczęłam płakać i wołać do tego psa: “Pomóż mi, co robisz? Zabijesz nas!”. Popatrzył chwilę na tę moją bezradność i wskoczył do wody. Płynął tuż obok, dopóki nie przeprowadziłam go w płytszy rejon. – opowiada pełnym emocji głosem.

“Złapałam Odiego na ręce i rozryczałam się”

W schronisku w Konradowej mieszka też Odi. Kiedy po raz pierwszy do niego przyjechał, Małgorzata wyciągała mu śruty i robiła zastrzyki. I Odi przywiązał się do niej jak żaden inny pies. Niestety, przez to czuje wszystkie jej emocje - jeśli u Małgorzaty dzieje się coś niedobrego, to stara się nawet do niego nie podchodzić. - Na wiosnę mieliśmy kontrolę z NIK-u. To dodatkowa robota, nie wiedziałam, czego się spodziewać, chodziłam zestresowana. Odi się wtedy strasznie pochorował – mówi. Podczas powodzi siedział w swoim pokoiku. - A ja wyłam. Musiałam co pół godziny wypuścić z siebie potężny strumień łez, żeby nie zwariować w tej ewakuacji i uniknąć zespołu stresu pourazowego – przyznaje kierowniczka schroniska.

Gdy tylko Odi zobaczył, że płacze, wyszedł ze swojego bezpiecznego miejsca, przeszedł przez wejście i wskoczył do wody. - Próbował do mnie przypłynąć, a to starszy pies. Ma paraliż tylnych łapek, jeździ na wózku. Utopiłby się – wspomina do dziś łamiącym się głosem. Małgorzata szybko złapała go i rozpłakała się się jeszcze bardziej. Zaniosła go w bezpieczne miejsce i poszła ratować resztę. Brodząc w wodzie, otwierała budy i wyjmowała z nich 40-kilogramowe psy. Po twarzy płynęło trochę deszczu, trochę łez. Mówiła do zwierząt: “Pomóż mi, przecież muszę jeszcze ratować resztę”. - A one rozumiały. Mimo paniki robiły wszystko, żeby nam to ułatwić - mówi.

Po ewakuacji zwierząt pracownicy krążyli wkoło. Trzeba było 50 razy sprawdzić, czy o nikim nie zapomnieli. Gdy Małgorzata odjeżdżała spod schroniska w Konradowej, jej samochód był już do połowy opon zanurzony w wodzie. - Zapaliłam światła, wiązka padła na ogromnego dęba, który rósł w pobliżu. Wspinała się po nim chmara myszy. Wszystkie zwierzęta próbowały ratować życie – stwierdza.

Redakcja poleca

Część psów z Konradowej trafiła do schroniska w Opolu, reszta została zabezpieczona przez pracowników obiektu i pobliskiej lecznicy. - Musieliśmy też zaufać prywatnym osobom. Nie było czasu na wypełnianie kwitów. Chociaż, gdy woda zaczęła opadać, niektórzy opiekunowie zdążyli się już w psach zakochać i je adoptowali – Małgorzata nie kryje radości, bo w takie miejsca trafiły psy z tzw. “staruszkowa”, miejsca z pokoikami, kanapami i świętym spokojem na starość. Podczas powodzi wszystko szlag trafił. I akurat starsze psiaki, które być może nigdy nie znalazłyby domów, zostały już u nowych właścicieli.

Gołe mury

Schronisko przez trzy dni znajdowało się pod wodą. Dopiero potem pracownicy ujrzeli całość strat: zalało im kosiarkę, meble, to, tamto. Zalane było wszystko, łącznie z budynkiem administracyjnym i mieszkaniem służbowym dla pracowników. - Ale to są tylko rzeczy martwe. Bardziej martwiłam się o 26 psów przyjętych przez Opole. Byliśmy w ciągłym kontakcie. “Krzysiu nie widzi, jest ślepy. Musicie dać mu kołderkę, bo on lubi na miękkim”, “Ten musi siedzieć z tym, bo inaczej się boi”. “Tamten chce samotności” – recytowała Małgorzata przez telefon. Wytrzymała niecały tydzień i pojechała je zobaczyć, dotknąć, upewnić się, że wszystko jest w porządku. - One też potrzebowały wiedzieć, że po nie wrócę – mówi.

Wróciły szybko, ale remonty trwają do tej pory. Cały czas wychodzi coś nowego. - Wtedy nie mieliśmy ani jednej budy, nawet koca. Po trzech dniach stania w wilgoci wszystko było przesiąknięte zapachem powodzi. To była jedna wielka zaraza - opisuje. W budynku administracyjnym wszystko poszło do wymiany: podłogi, drzwi, ściany, meble. - Zostaliśmy wtedy z gołymi murami – mówi Małgorzata. Pomoc ludzi była jak objawienie. Przyjeżdżali z różnych części Polski, z Krakowa, Wałbrzycha, Poznania. - My Polacy umiemy w kryzysy - śmieje się Małgorzata, chociaż jej zdaniem dopiero zima pokaże skalę zniszczeń. Nie wiadomo, czy jak chwyci mróz, to nie rozsadzi ścian.

- Najważniejsze, że psy mają już odświeżone koce, budy i wszystko, co potrzebne, by zapomnieć o powodzi. One są mądrzejsze niż ludzie. Psy nie siedzą i nie rozmyślają o przeszłości, żyją tu i teraz. Jak to mówią: "nie patrz wstecz, bo nie idziesz już w tamtą stronę" – stwierdza.

Martwa cisza

W pobliżu “Azylu” są stawy. Wolontariusze często zabierają tam psy na spacery. - Niektóre taplają się w wodzie, wskakują do niej, pływają i wszystko jest w porządku. Kiedy we wrześniu woda zaczęła się wdzierać do naszych hal – mimo że miały tylko zmoczone łapki - w oczach zwierząt pojawił się taki strach, jakiego jeszcze nigdy nie widziałem. A pracuję w tym miejscu już 20 lat – opowiada Jerzy Thomalla, prezes schroniska Azyl w Dzierżoniowie (woj. dolnośląskie).

Redakcja poleca

Zanim zdążyli uciec, wszystko wokół zaczynało pływać. Woda najpierw wydostała się na ulicę. Wtedy rozpoczęli ewakuację pierwszego budynku. Na wszelki wypadek na piętrze, gdzie znajdują się gabinety lekarskie, mieli przygotowane bezpieczne schronienia dla zwierząt. - Mimo wszystko byłem przerażony, bo jak je tam upilnujemy? - zastanawiał się. Rów melioracyjny coraz szybciej się wypełniał. Kiedy pięciu pracowników ratowało zwierzęta, woda była już na hali.

- Wcześniej przygotowaliśmy sobie koce, żeby można było bezpiecznie złapać, owinąć i przenieść psy. Zwłaszcza takie, które nigdy nie pozwalały się dotknąć. Psiaki tak się bały, że same pchały nam się na ręce. Chciały tylko, żebyśmy je stamtąd jak najszybciej zabrali. - mówi prezes schroniska. Po pół godzinie, gdy już się udało, w nowym miejscu zapanowała martwa cisza. Zwierzęta milczały tak przez trzy dni, ze stresu w ogóle się nie załatwiały. Ale były bezpieczne.

W końcu przestało padać. - Staliśmy z pracownikami na schodach i zastanawialiśmy, czy woda się cofa, czy to nasze urojenia. Głównym wyznacznikiem stała się postawiona doniczka z kwiatkiem - wspomina Jerzy. Pod wieczór, kiedy fala zaczęła się oddalać w stronę koryta rzeki, pracownicy dokładnie wysprzątali i zdezynfekowali ogromną halę. Niestety, po sześciu godzinach pracy woda się cofnęła i schronisko zalało z powrotem.

Dzień i noc, dzień i noc

Budowanie nowego-dawnego świata okazało się mokre, chłodne i bezsenne. W pamiętny wrześniowy piątek Jerzy Thoalla przyjechał do pracy o godz. 6, do domu wrócił w następnym tygodniu, w czwartek. Bez godziny snu. - Czasami chodziłem specjalnie po deszczu, żeby przemoczone ubrania nie pozwalały mi zasnąć. W pewnym momencie spojrzałem na dwójkę pracowników, oni na mnie i pomyślałem: "Boże, co my zrobimy?" - opowiada. Sprzątali schronisko po nocach, z włączonymi latarkami z telefonów. Psy były mokre. Jeśli na czymkolwiek się położyły, od razu przemakało.

Psy
Fot. Wiktoria Szydło
Psy w schronisku

Z domu Jerzy przywiózł pompę do oczka wodnego. Agregat załatwił znajomy, ktoś dowiózł jedzenie. - Nie było nic, więc kombinowaliśmy, jak się dało – wspomina. Hale były zalane na 70 cm. Gdy woda opadła, pracownicy schroniska zobaczyli jeden wielki bałagan i brud. Nikt się wtedy nie zastanawiał, ile pochłonęła woda. Dopiero później zaczęły się wyliczenia: drukarki, komputery, meble, pralka, lodówka. Wszystko zabrała woda.  Gromadziliśmy to wszystko latami. Na szczęście z pomocą ludzi udało się częściowo odkupić zniszczony sprzęt. Dostaliśmy własny osuszacz, pompę, agregat. W przyszłości będziemy już bardziej bezpieczni - mówi.

“Azyl” zalewany był już wcześniej. - Nauczeni doświadczeniem zdecydowaliśmy, że powstanie tu hala powodziowa dla zwierząt – oświadcza Jerzy. Pieniądze na ten cel są już zbierane, z ministerstwa przyznano blisko 20 tys. zł. Na razie powstały boksy, po nowym roku rusza dalszy remont. Jerzy przewiduje, że do wiosny hala, która pomieści około 150 zwierząt, będzie już gotowa. Być może dzięki temu w przyszłości powroty do normalności będą prostsze. - Byłem odpowiedzialny za Hermesa, Saszę, Kazika, Urbana i wiele innych zwierząt. Trudno wyrazić słowami, jak trudno przez kilka dni dźwigać taki ciężar odpowiedzialności i myśli: “co by było, gdyby” - mówi Jerzy.

Na pierwszy rzut oka w murowanych budynkach i lśniących kafelkach nie widać śladu po wielkiej wodzie. Zostały pojedyncze odciski: karma przywieziona we wrześniu przez darczyńców z Krakowa, kolorowe koce, kołdry i merdające ogony Kazika i Urbana, który znów ma spokojne oczy. Do tego głośne, dźwięczące szczeknięcia - po martwej ciszy z września nie ma śladu.

Zejść na ziemię

-Tego dnia nie było mnie w Kłodzku. Brałem udział w pucharze Gordona Bennetta, w zawodach balonowych. Leciałem akurat nad Francją i jakimś cudem złapało na chwilę zasięg. Na wysokości 3 tys. metrów zadzwonił telefon – wspomina Andrzej Olszewski z fundacji "Pod psią gwiazdą", jeden z założycieli schroniska w Kłodzku. Odebrał komórkę i usłyszał po drugiej stronie: “Marzena tonie, trzeba ją ratować!”. - Zgłupiałem. Dopiero po chwili było jasne, co tam się dzieje – opowiada i jak mówi, to było błyskawiczne zejście na ziemię i jeszcze szybszy powrót do Polski.

- Wcześniej sam uspokajałem dziewczyny, które zostały w schronisku, powtarzając im to, co sam słyszałem od specjalistów m.in. z Wód Polskich i Centrum Zarządzania Kryzysowego: “Spokojnie, jesteście bezpieczni. Będzie dobrze” – wspomina. I było - do momentu pęknięcia tamy w Stroniu Śląskim. Wokół znów powtarzano, że nie ma najmniejszych szans, by wody było tyle co w 97. Rzeczywiście. Było jej więcej. Jakoś o 2 metry.

Schronisko w Kłodzku powstało z inicjatywy fundacji “Pod psią gwiazdą” w 2016 roku. Obiekt znajduje się na terenie zalewowym, dlatego grunt został podniesiony o 40 cm względem poziomu maksymalnego powodzi z 1997 roku. - Wyszedłem z założenia, że gorzej niż wtedy być nie może. Aż przyszła wrześniowa fala. To był krótki moment, ale bardzo niszczący. Zaczęło się około godz. 14 – opowiada Andrzej. Gdy fala rosła w siłę, pracownicy przyprowadzali psy na nasyp. Kiedy oddalali się, żeby ratować kolejne, zwierzęta wskakiwały do wody i próbowały płynąć za nimi. - To były dramatyczne sceny. Cztery psiaki musieliśmy puścić luzem, bo nie było już innego wyjścia. Panicznie się bały i gryzły, nie mieliśmy czasu. Następnego dnia były już z powrotem pod schroniskiem. Wróciły do domu - opowiada założyciel schroniska.

Podczas powodzi trzeba było ratować łącznie 30 psów i 10 kotów. Część zwierząt została wywieziona do Polanicy-Zdroju. Znajduje się tam niewielki ośrodek w siedzibie fundacji “Pod Psią Gwiazdą”. Z pomocą przyszły też schroniska ze Świdnicy, Wrocławia i Sosnowca. - Najpiękniejsze jest to, że większość zwierząt, która do nich trafiła, znalazła już nowe domy. I to był najpiękniejszy przebłysk nadziei w tej zabłoconej, ponurej rzeczywistości - stwierdza Andrzej.

Portos chce do domu

Jednym z czterech psów, które uciekły, gdy woda wdarła się do kłodzkiego schroniska, był Portos. - Zabraliśmy go później do Polanicy, następnego dnia wrócił do nas. Kiedy kolejny raz go odwieźliśmy, przestał jeść. Nie było wyjścia, wrócił do Kłodzka. Razem z nim humor i apetyt – mówi Andrzej. Portos urzędował na miejscu z panami, którzy zajmują się remontem obiektu. Jednego dnia przyjechała do schroniska ekipa telewizyjna na krótki reportaż z sytuacji w Kotlinie Kłodzkiej. Na następny dzień pracownicy fundacji dostali telefon: państwo z zupełnie innej części Polski zobaczyli w TV Portosa, zakochali się i koniecznie chcą go adoptować. - Z tego domu Portos do Kłodzka już nie wrócił - cieszy się Andrzej.

Dziś, trzy miesiące po powodzi, Portos przy wejściu ubrudziłby sobie łapki w sporej ilości błota. Musiałby ominąć pozostawione worki z piaskiem, walające się po ziemi deski i płyty. Za budynkiem obwąchałby kilkadziesiąt butelek wody mineralnej - każda z innym zapachem po ludziach, którzy po powodzi rzucili się na pomoc i zwozili do schronisk najpotrzebniejsze rzeczy. Portos nie byłby sam. W kłodzkim schronisku wokół swojej budy krąży właśnie jeden przestraszony pies, któremu kilkanaście dni temu zmarł właściciel - i jeszcze dwa, odebrane w trybie interwencyjnym od oprawcy. Z bólu skóry i bolesnych doświadczeń szczekają głośniej niż zazwyczaj.

Schronisko w Kłodzku
Fot. fot. Wiktoria Szydło/Radiozet.PL

Wkrótce do schroniska w Kłodzku przyjedzie więcej zwierząt. - Polanica jest pełna, musimy przyspieszyć z remontem mimo wielu opóźnień. Na razie wszystko jest chaotyczne, bo jesteśmy jedynym schroniskiem w powiecie - przyznaje Andrzej. Remontowane są kojce zewnętrzne, drugie piętro i pierwsze, które w całości zrujnowane przez żywioł, poszło do rozbiórki. Trzeba było robić wykopy, bo przez nagromadzony muł całkowicie zatkały się rury kanalizacyjne. Do zrobienia są ściany działowe, wstawienie okien, drzwi, wylewanie płyt betonowych i instalacja mini domków dla psów, a także montaż mat grzewczych na zimę. O malowaniu na razie nikt nie myśli. Było robione w schronisku niecały tydzień przed powodzią.

- Wielką wodę w Kłodzku po raz pierwszy zobaczyłem, będąc jeszcze we Francji. Wpatrywałem się dłuższą chwilę w zdjęcia i pomyślałem: “Jesteśmy bez szans. Schroniska nie da się już uratować, podnieść z gruzów” – przyznaje Andrzej. Dopiero, jak mówi, ogromna fala pomocy przywróciła mu wiarę i poczucie misji. Telefony kończyły się o godz. 2 w nocy, a zaczynały o 6 rano. Schronisko uzbierało kilka ton karmy. Ktoś nawet obliczył, że na twierdzy w Kłodzku jest taki zapas wody, że wystarczyłby dla wszystkich mieszkańców powiatu kłodzkiego do końca roku.

- Tak naprawdę przeżyliśmy dwie powodzie, bo za drugim razem zalała nas fala dobroci, znacznie silniejsza i trwalsza od tej pierwszej. Z całego serca jestem też wdzięczny pracownikom, którzy brali udział w bezpośredniej akcji ratowniczej. Podczas ewakuacji był taki moment, że zrobiło się naprawdę niebezpiecznie i sama pani prezes powiedziała: „dziewczyny, uciekajcie stąd”. Wtedy padła odpowiedź: “Co prawda nie umiemy pływać, ale prędzej się razem utopimy niż zostawimy tu nasze psy” - wspomina Andrzej.

Mimo heroicznej walki i zaangażowania wolontariuszy w zalanych schroniskach jest jeszcze wiele do zrobienia, a zwierzęta wciąż czekają na pomoc. Nadchodząca zima tylko pogłębia trudną sytuację – brak infrastruktury, zapasów i funduszy to wyzwania, którym bez wsparcia darczyńców schroniska nie podołają. Trzy najbardziej poszkodowane miejsca – Fundacja Pod Psią Gwiazdą, schroniska w Konradowej i Dzierżoniowie – potrzebują łącznie 1,3 miliona złotych, by wrócić w pełni do działania. W ramach kampanii „Woda opadła, psy zostały”, w których uczestniczą trzy opisane przez nas miejsca, zbierane są datki na odbudowę schronisk zniszczonych podczas wrześniowej powodzi. Link do zbiórki: https://pomagam.pl/hygphc.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET