Te zmiany w edukacji i pomysły na szkołę okazały się fikcją. "Oderwane od rzeczywistości"
Godziny czarnkowe, łacina jako drugi język obcy, czy ustawa Kamilka. Nauczyciele jednym tchem wyliczają zmiany i przepisy wprowadzane w ciągu ostatnich lat przez MEN, które są zupełnie oderwane od rzeczywistości, rozmijają się z praktyką albo w ogóle pozostają tylko na papierze. Lista szkolnych fikcji z każdym rokiem się wydłuża.
Gdy pada hasło "przepisy dla przepisów", Edycie Książek, polonistce z Częstochowy, od razu przychodzi do głowy przepis sprzed dwóch lat, czyli tzw. godziny czarnkowe. - Kompletnie oderwane od rzeczywistości – wciąż słyszy takie sygnały od nauczycieli. Ostatnią rozmowę na ten temat miała zaledwie kilka tygodni temu. - Byłam w szkole syna. Przy okazji załatwiania innej sprawy poszłam do wuefisty. Przyznał, że od czasu wprowadzenia tzw. godziny czarnkowej pojawił się jeden rodzic i tym rodzicem jestem właśnie ja – opowiada.
Przepis obowiązuje od września 2022 roku. Według niego każdy nauczyciel zatrudniony na cały etat, nawet bibliotekarz, ma spędzać jedną godzinę w tygodniu na konsultacjach z uczniami lub ich rodzicami. Ci, którzy mają niepełny etat, mają być do dyspozycji rodziców i uczniów raz na dwa tygodnie. Tzw. godziny czarnkowe według pomysłodawcy, czyli Przemysława Czarnka, byłego ministra edukacji, miały służyć lepszemu kontaktowi rodziców czy dzieci ze szkolną kadrą. - To nie jest tak, że nauczyciele nie mieli kontaktu z rodzicem albo tego unikali. Jeśli ktoś chciał mieć kontakt, to on zawsze był. Przez wiele lat byłam wychowawcą klasy i zawsze udało nam się spotkać z rodzicami, jeśli była taka potrzeba – zapewnia Książek i podkreśla: - Taki czas powinien służyć uczniowi, rodzicowi, a nie być tylko na papierze.
Bo w praktyce sporo nauczycieli podaje oficjalne terminy konsultacji, ale i tak potem indywidualnie w razie potrzeby spotyka się z uczniami czy ich rodzicami w zupełnie innym czasie. Część kadry ustala sobie tzw. godziny czarnkowe w okienkach, np. o godz. 11, kiedy zazwyczaj rodzice są w pracy. Poza tym, jak opowiadają nauczyciele, w szkołach przepełnionych podwójnymi rocznikami po reformach zwyczajnie brakuje miejsca, by każdy miał osobny kąt na spotkanie. Przy wprowadzaniu przepisów zapomniano także o nauczycielach, którzy, żeby uzbierać etat, pracują np. w trzech szkołach i w każdej musieliby mieć dodatkowe godziny.
„Zmuszenie nauczycieli do dyżurowania w sztywno ustalonych godzinach tworzy szkolną fikcję i nie odpowiada na żadną potrzebę - ani uczniów, ani rodziców” – potwierdziła internetowa grupa „Protest z Wykrzyknikiem" w liście do rządu i MEN i z okazji Dnia Edukacji Narodowej poprosiła o zlikwidowanie tzw. godzin czarnkowych. Na razie nic w tej kwestii się nie zmieniło.
Łacina obok angielskiego
A jeśli mowa o pomysłach poprzedniego szefa resortu edukacji, to mało kto pamięta, ale za jego kadencji wprowadzono też możliwość uczenia się łaciny jako drugiego języka obcego. Konkretnie od września 2023 mogą z niej skorzystać uczniowie w klasach siódmych i ósmych w podstawówkach oraz młodzież z liceów i techników. - Znajomość języka łacińskiego, a więc umiejętność obcowania z tekstami, spuścizną naszych przodków jest naszym dobrem narodowym – argumentował resort edukacji.
Dyrektorzy szkół nawet dobrze nie zastanawiali się, jak wprowadzić nowy przepis i kto będzie uczył tego przedmiotu. - Po co? Pomysł ministerstwa to sztuka dla sztuki. To nie będzie nawet procent, tylko promil szkół, które to wprowadzą – komentował Maciej Rusiecki, dyrektor V LO im. Poniatowskiego w Warszawie. Niewiele się pomylił. Resort edukacji owszem wprowadził zmiany, ale nie znaleźliśmy szkoły, w której uczniowie uczą się łaciny jako drugiego języka obcego (niektóre klasy biologiczno-chemiczne lub prawnicze mają przedmiot język łaciński i kultura antyczna, ale wybór łaciny jako drugiego języka obcego jest opcją niezależną od tego).
- Młodzież myśląc perspektywicznie, wybiera języki, które mają jej ułatwić życie, być przydatne na co dzień, np. francuski, niemiecki, hiszpański – mówi Rusiecki o swoich uczniach. Zgodnie z jego przewidywaniami chętnych na łacinę nie było. Poza tym nawet jeśli znalazłby się ktoś taki, to uzbieranie grupy na lekcję graniczyłoby z cudem, podobnie jak znalezienie nauczyciela z odpowiednimi kwalifikacjami. Przepis więc obowiązuje, ale tylko na papierze. - Nikt nie wybrał łaciny – potwierdza Małgorzata Michalska, dyrektorka Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 1 w Łodzi.
Ustawa Kamilka a rzeczywistość
Jako przykład przepisów, w których teoria rozmija się z praktyką, dyrektorka ZSO wskazałaby jednak w pierwszej kolejności standardy ochrony małoletnich, czyli tzw. ustawę Kamilka. Szkoły, ale także baseny, hotele, czy związki harcerskie - wszystkie miejsca, w których dzieci znajdują się bez opieki rodziców - miały czas na ich wprowadzenie do 15 sierpnia 2024 roku. Zgodnie z nowymi przepisami musiały one jasno ustalić m.in. procedurę interwencji w przypadku podejrzenia krzywdzenia dziecka, zasady bezpiecznego korzystania z Internetu, czy zasady bezpiecznych relacji pracowników z dziećmi. Znów w teorii wygląda to niemal idealnie. A w praktyce?
Jeśli szkoła chce zaprosić np. rodzica lekarza, by poopowiadał o swojej pracy w ramach doradztwa zawodowego, najpierw musi on mieć dokument, że nie znajduje się rejestrze sprawców przestępstw na tle seksualnym. Nauczyciele nie mogą utrzymywać prywatnych kontaktów w mediach społecznościowych z uczniami, nie wolno też im wchodzić w fizyczny kontakt z dzieckiem, a rozmowy z uczniem powinny toczyć się przy otwartych albo przeszklonych drzwiach.
MEN i rzeczniczka praw dziecka, pomysłodawczyni standardów, przekonują, że nowe przepisy trzeba traktować zdroworozsądkowo i np. nie trzeba każdego gościa zapraszanego z wielkim trudem do szkoły sprawdzać w rejestrze karnym. Dozwolone są także grupy w mediach społecznościowych, gdzie klasa z nauczycielami przekazują sobie informacje. - Kontrole uważają często jednak odwrotnie – mówi Michalska. I tak np. Edyta Książek zna szkołę, w której nauczycielka na godzinie wychowawczej poświęconej hejtowi w internecie nie mogła się połączyć online z przedstawicielem fundacji, bo okazało się, że osoba ta nie miała potrzebnych zaświadczeń. Inne szkoły zgłaszają problemy z wyjazdem na basen, bo według nich rodzice nie mogą już pomagać w szatni dzieciom.
- We wrześniu większość warsztatów i zajęć dodatkowych nie odbyła się – potwierdza Natalia Pacocha, dyrektorka SP nr 7 w Łodzi. - Mamy wątpliwości co do interpretacji tych przepisów. Niektóre są niedostosowane do dzisiejszej rzeczywistości – dodaje.W ZSO nr 1 wielu nauczycieli poprosiło uczniów, by ci na wszelki pousuwali ich ze znajomych w mediach społecznościowych. - Wszelkie komunikatory spowodowały przyspieszenie wymiany informacji, teraz robimy krok w tył – uważa Michalska. - Młodzież cały czas siedzi w mediach społecznościowych, tak najłatwiej i najszybciej się z nimi skontaktować – potwierdza Magdalena Siejka, dyrektorka XI LO w Łodzi.
Michalska zastanawia się też, jak udzielić wsparcia kilkulatkowi, który przewróci się albo jest nieszczęśliwy, skoro nie można go dotknąć. - Idee rozumiem. Sama jestem z Częstochowy, więc historia Kamilka jest mi szczególnie bliska. Pomysł, żeby chronić dzieci i dać im wsparcie, nie podlega dyskusji, ale nowe przepisy momentami sparaliżowały działalność szkoły, wylano dziecko z kąpielą – podsumowuje Książek.
Brak prac domowych. "Wielkie nieporozumienie"
Podobnie według niej stało się z ograniczeniem prac domowych. - To wielkie nieporozumienie. Decyzję podjęto bez głębszej analizy i przemyślenia. Populizm i wykazanie się realizacją obietnic wyborczych zwyciężyły – ocenia Książek.
Od kwietnia 2024 zgodnie z rozporządzeniem MEN (już pod kierownictwem Barbary Nowackiej) nauczyciele w klasach 1-3 w podstawówkach nie mogą zadawać prac praktyczno-technicznych i pisemnych (poza tymi związanymi z ćwiczeniem tzw. małej motoryki). W klasach 4-8 prace domowe pisemne i praktyczno-techniczne mogą być, ale nieobowiązkowe i nie na ocenę. Jeśli dziecko odrobi takie ćwiczenia, to nauczyciel ma obowiązek przekazania informacji zwrotnej dziecku, jak sobie z nimi poradziło.
To rozporządzenie akurat działa, ale coraz częściej rodzice szukają sposobu na jego ominięcie i sprowadzenie go jedynie do przepisu na papierze. - Na ostatnim zebraniu rodzice pytali, czy mogłabym dzieciom w jakiś sposób przekazać, że karty pracy, które mają do zrobienia, są jednak obowiązkowe – opowiadała w rozmowie z RadioZET.pl Pacocha. W Zespole Szkolno-Przedszkolnym nr 2 w Legionowie rada rodziców na zebraniu również dyskutowała, czy nie można by przywrócić systemu z pracami domowymi. - Też znam szkołę, w której rodzice napisali petycję, w której domagają się, by nauczyciele zadawali jednak pracę domową – dodaje Książek. Wydaje się jednak, że MEN na razie z tej zmiany nie ma zamiaru się wycofywać.
Dodatek za warunki pracy i laboratoria przyszłości
Małgorzata Pucułek, dyrektorka LXV LO w Warszawie, z przepisów nie nadążających za rzeczywistością, wskazałby z kolei ten dotyczący dodatków specjalnych. To znaczy, jeśli uczeń ma orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego oraz nauczanie indywidualne, to nauczycielowi, który z nim pracuje, przysługuje 20 proc. dodatek specjalny za trudne warunki pracy. Kiedyś takie nauczanie odbywało się w szkole, potem w domu. W związku z pandemią wprowadzono formę online (musi na to wyrazić zgodę organ prowadzący).
- Dodatek za trudne warunki pracy dostaje zarówno nauczyciel, który prowadzi nauczanie indywidualne siedząc przed ekranem w swoim domu, jak i ten, który pracuje z uczniami w systemie klasowym. Nie do końca jest to sprawiedliwe – mówi Pucułek. Uważa, że przepisy nie nadążyły za rzeczywistością i brak im jest krótkiego dopowiedzenia o „warunkach stacjonarnych”. - Dobrze, że nauczyciel ma możliwość pozyskania większych pieniędzy, ale jest to nie fair w stosunku do tych, którzy naprawdę mają trudne warunki pracy – podkreśla Pucułek.
Jeśli jesteśmy przy pieniądzach, to ponad 1 mld zł ministerstwo edukacji jeszcze pod rządami Przemysława Czarnka wydało na Szkolne Laboratoria Przyszłości. „Program został przygotowany nierzetelnie, w trakcie jego realizacji doszło do nieprawidłowości, minister nie monitorował i nie oceniał rezultatów programu, nie wiadomo, w jakim stopniu zostały osiągnięte jego cele” – to wnioski z kontroli NIK, która sprawdzała, jak zaplanowano i jak wykorzystano w ciągu dwóch lat (od września 2021 r. do listopada 2023 r.) największe w historii wsparcie finansowe dla szkół podstawowych.
Po pandemii resort zapowiedział wyposażenie podstawówek w urządzenia i sprzęty, które miały wzmocnić i uatrakcyjnić zdobywanie wiedzy oraz praktycznych umiejętności przez dzieci. Wystarczyło, że szkoła złożyła wniosek i mogła dostać pieniądze na m.in. drukarki 3D, kamery, mikrofony, aparaty fotograficzne, mikrokontrolery, czy stacje lutownicze. Skontrolowane podstawówki miały jednak trudności i z zakupem wskazanego przez ministerstwo wyposażenia i z jego wykorzystaniem. Wiązało się to według raportu NIK m.in. z: „małą dostępnością na rynku polecanych urządzeń i sprzętów, brakiem fachowego doradztwa na etapie zakupów, wzrostem cen i opóźnionymi dostawami.”
Jeśli już sprzęt udało się kupić narzędzia, to często mało kto potrafił z nich korzystać. Co prawda edukatorzy mieli zawitać do szkół, by pokazać i uczniom i nauczycielom, w jaki sposób wykorzystać zakupione wyposażenie, ale okazało się to "nieefektywne i nieadekwatne do potrzeb oraz liczby szkół uczestniczących w programie". Do 30 czerwca 2023 r. mobilne laboratoria odwiedziły jedynie 42 proc. zgłoszonych do projektu placówek, a działalność takich laboratoriów - zdaniem NIK - miała bardziej charakter promujący sam program niż szkoleniowy. Same szkoły wskazywały też niewystarczającą liczbę godzin lekcyjnych pozwalających na pełne wykorzystanie sprzętu albo brak pomieszczeń do przechowywania zakupionego wyposażenia. NIK pokazał to wszystko na przykładzie jednej z podstawówek w Szczecinie.
„W roku szkolnym 2022/2023 niezgodnie z przepisami jej uczniowie nie korzystali z hafciarki z akcesoriami, jednej drukarki 3D i z 12 sztuk gogli Wirtualnej Rzeczywistości VR. Sporadycznie (podczas 2 godzin lekcyjnych w roku szkolnym) korzystano z jednej drukarki 3D i z 16 sztuk gogli Wirtualnej Rzeczywistości VR (4 godziny lekcyjne), robotów Photon (14 godz.), zestawu do filmowania i fotografowania (18 godz.). Dyrektor szkoły wyjaśnił, że sprzęt był kupowany zgodnie z zapotrzebowaniem konkretnych nauczycieli posiadających umiejętności i chęci do doszkolenia się w wykorzystaniu tego sprzętu. W kolejnym roku szkolnym sytuacja kadrowa znacznie się zmieniła - duża część tych nauczycieli nie pracowała już w szkole, a pozostali zostali obciążeni dodatkowymi obowiązkami i nie byli w stanie doszkolić się z obsługi zakupionego sprzętu” - czytamy w raporcie NIK.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET