`

Widmo wielkiej powodzi wróciło do Wrocławia. "Odruchowo spoglądam pod ten wiadukt"

5 min. czytania
14.09.2024 06:00
Obserwuj nas na Google

Minęło 27 lat, a wychodząc z domu, odruchowo spoglądam pod wiadukt na Trzebnickiej, gdzie zauważyłem pierwszą wodę w lipcu 97. Na razie są tam zwykłe kałuże. Ale podobno najgorsze jeszcze przed nami. 

Powódź 1997 r., Wrocław
fot. Aleksander Sikora, J.M.K. Kokot/Wikimedia Commons

Wrocław. Powódź z 1997 roku powraca

Krzysztof w dzieciństwie śnił o niewielkim oknie na drugim piętrze. Wystawiał przez nie nogi i pluskał się w wodzie. Było przyjemnie, wakacyjnie. W lipcu 1997 roku miał już 27 lat i spoglądając przez podobne, choć prawdziwe okno, obserwował deszcz z papierówek. Spadały do "wielkiej wody" pełnej gwiazd. - To było magiczne. Tak samo jak dachy pełne życia i ekscytacji, atmosfera zbliżającej się przygody - mówi. Z tamtego lata pamięta też helikoptery, białe prześcieradła, pośpieszne robienie zapasów wody. I małżeństwo, które na czarną godzinę nakupowało wódki zamiast chleba.

Dziś te wspomnienia są wyraźniejsze niż kiedykolwiek. We Wrocławiu zwołano sztab kryzysowy, IMGW bije na alarm w związku z intensywnymi opadami deszczu, rzeki szykują się na przekroczenie stanów alarmowych, a niektórzy eksperci ostrzegają, że może być jeszcze gorzej niż prawie 30 lat temu, kiedy Wrocław nawiedziła wielka powódź.

- Obecna sytuacja bardzo mocno i w sposób niezależny od woli przywołuje wspomnienia z 1997 roku. Wychodząc z domu, odruchowo spoglądam pod wiadukt na Trzebnickiej, gdzie zauważyłem pierwszą wodę w pamiętnym lipcu. Na razie są tam zwykłe kałuże. Mam stale otwarte dwie zakładki z informacjami lokalnymi, które kompulsywnie odświeżam - opowiada Krzysztof. Robiąc zakupy, włożył do koszyka trochę więcej niż zwykle. Sam do końca nie wie, dlaczego. Przecież w domu zawsze jest zapas baterii, świeczek i suchych produktów. - Cały czas mam nadzieję, że nie będą potrzebne - mówi.

Mimo wyraźnych przebłysków sprzed 27 lat wiele rzeczy się zmieniło. - O ile pamiętnego lata byliśmy zalewani od dołu, tak teraz pierwszy skutek ciągłego deszczu widzę już w domu w postaci zacieków na ścianie spowodowanych pęknięciem elewacji - skarży się, ale bez nadmiernego pesymizmu. Jeszcze przez chwilę obserwuje sprawy "na chłodno", dopóki nie wraca niepewność. - Właściwie to mamy dopiero początek weekendu. Podobno najgorsze przed nami. 

Wielka niewiadoma

Ewelina w lipcu 97. kładła się spać z szumem doniesień o nadchodzącej fali, o których rozmawiali dorośli, myśląc, że nie przenikną do świata siedmiolatki. Gdy otworzyła oczy, wszystko było już inne. - Widziałam bezkres brunatnej wody. Sięgała pierwszego piętra. Tkwiliśmy w tej rzeczywistości przez tydzień - opowiada. - Pływały amfibie, pontony. Moja mama pływała na tych amfibiach. Wojsko rozdzielało chleb, wodę w woreczkach po mleku i płatki miodowe dla dzieci - dodaje.

Po powodzi tysiąclecia został jej strach, dziś bliższy niż kiedykolwiek wcześniej. - Boję się o mamę i brata, którzy dalej mieszkają na Kozanowie, jednej z najbardziej zagrożonych zalaniem dzielnic. Groźnie to wszystko wygląda i jestem tego świadoma - mówi. Cierpliwie czeka do poniedziałku lub wtorku, bo może już wszystko się wyjaśni i zniknie "wielka niewiadoma". Na wtedy meteorolodzy zapowiadają koniec opadów. Na razie nie chce słyszeć o powodzi. Kiedy puszczają piosenkę "Moja i twoja nadzieja", Ewelina wyłącza radio. 

Przystań dla pontonów

Wspominając powódź sprzed 27 lat, Paweł się rozpromienia. Dla niego, jeszcze nie do końca świadomego zagrożenia, to była wielka przygoda. - Mieszkałem wtedy z rodzicami, mieliśmy na parterze taras. Brakło nam 10 cm do zalania - opowiada. - Zrobiliśmy tam z kolegami przystań dla pontonów. Później był grill na dachu bloku przy Gołężyckiej i wielki transparent z napisem "Słoneczny Patrol". Cały świat nas widział, bo wokół latał helikopter CNN - wspomina. Ponoć Niemcy jak przyjechali pomagać, to nie mogli uwierzyć w to 40-tysięczne osiedle. - I że Polacy wybudowali coś takiego na terenach zalewowych - dodaje Paweł.

Ale teraz nikt nie rozpala grilla na dachu, nie buduje przystani dla pontonów. Napisy z transparentu dawno wyblakły. - Teraz martwię się głównie o brata. Mieszkam w Trzebnicy, na górce, więc mnie nigdy nie zaleje. Rodzice też mieszkanie sprzedali. Tylko jeden brat został i to na Kozanowie. 

Chodzą plotki, że jest lepiej

- Słyszałem taką plotę, że po pracach nad Odrą - pogłębianie, umacnianie brzegów i wycinka dużej liczby drzew - przepustowość kanałów jest lepsza niż w 97. - mówi Krzysztof. Jednocześnie wzdryga się na wieść o wydawanych od 11 września alertach, posiedzeniach sztabu kryzysowego, zaangażowaniu wojska i zagrożeniu powodziowym na Dolnym Śląsku.

Dziś jest inaczej, niż w 97. Wtedy, jak wspomina, chodziło się z garnkami po lody, które rozdawały na rynku lodziarnie. Sam pomagał też dorosłym w heroicznej obronie rynku i z trudem podnosił worki z piaskiem. Później obserwował, jak ludzie przyjeżdżali żukami, nysami, różnymi autami transportowymi i przywozili jedzenie i napoje dla ludzi broniących. 

- Gdyby dziś ziścił się czarny scenariusz, to największy problem byłby z pospolitym ruszeniem. W 97. Wrocław stał się jednością. To było jego największą siłą. Czułem to już jako 10-letnie dziecko. Teraz nie czuję nic - dodaje z odrobiną nadziei, że w obliczu zagrożenia miasto znowu stanęłoby wspólnie do heroicznej obrony rynku. I Kozanowa, bo to - jak podkreśla Krzysztof - teren zalewowy, na którym właściwie nigdy nie powinno powstać osiedle. - Nie wiadomo też, jaki los czeka resztę Dolnego Śląska. Pewnie na wioskach dojdzie do zalań i podtopień - spekuluje. Sam Wrocław, jego zdaniem, chyba jest bezpieczny. W końcu chodzą plotki, że jest lepiej. 

Redakcja poleca

Przerwane wakacje

To były spokojne wakacje. W lipcu jeszcze nikt nie wierzył w powódź. Anna miała już zresztą plany. Razem z kuzynką wybierały się nad morze. - Do ostatnich chwil liczyłyśmy, że uda nam się wyjechać - opowiada. Ale z każdym dniem wody przybywało. - Wkrótce wszyscy zrozumieliśmy, że fala już nadchodzi. Wtedy pojawił się strach. Dzień przed zalaniem zapanował kompletny chaos. Ludzie biegali, każdy starał się jakoś pomóc. My też. Chodziłyśmy z kuzynką układać worki z piaskiem. W drodze powrotnej nad ranem zobaczyłam, że na naszym skrzyżowaniu wybijała studzienka. To było dziwne, nigdy wcześniej się nie zdarzało - wspomina.

Nikt już nie wątpił wtedy w nadejście powodzi. - Wcześniej trochę padało, później było sucho, ale wiedzieliśmy, że fala już nadchodzi. A teraz? Sama nie wiem. Trochę niepokoi mnie to, co się obecnie dzieje we Wrocławiu. Pada, ale bywały większe ulewy w tym mieście. Nawet ostatnio w sierpniu. Może rzeczywiście nie wiem o wszystkim - waha się Anna. Koleżanka opowiedziała jej, że podniósł się poziom wody w rzece Oława. - Może to właśnie te małe rzeczki są największym zagrożeniem. Odkąd mi to powiedziała, zaniepokojenia jest trochę więcej.

Nieprzespane noce

W lipcu 1997 roku Marta układała worki z piaskiem na pętli Kozanów. Była godz. 4.35. Woda szła na ul. Kolistą przez Wiślańską. - Spora i szybka fala. Później były amfibie, które przywoziły jedzenie. Zostało mi mnóstwo wspomnień z tego czasu - opowiada. Dziś już prawie wcale nie wracają. Nawet na wieść o sztabie kryzysowym i widmie powodzi, które krąży nad Dolnym Śląskiem. - Nie przejmuję się aż tak bardzo. Tamta fala z 97. chyba nie wróci. Nie zrobiłam zapasów jedzenia jak inni - zaznacza.

Marta wie o ostrzeżeniach wydawanych przez miasto. Czyta komunikaty. Widzi alerty o możliwych zalaniach. Mimo to wspomnienia zostawiła w 1997 roku. Trzyma je schowane głęboko i nie chce, by wracały.

Źródło: Radio ZET

Nie przegap

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET