Policja na spektaklu teatralnym. Dyrektor: groteska, dowód na pogubienie służb

24.10.2019 12:34
Teatr Wybrzeże w Gdańsku
fot. "Śmierć białej pończochy"/Facebook/Teatr Wybrzeże

To groteska i dowód na duże pogubienie służb – tak dyrektor gdańskiego Teatru Wybrzeże komentuje dla Radia ZET niecodzienne wydarzenie z ubiegłego weekendu. Na spektakl „Śmierć białej pończochy” ktoś wezwał policję, twierdząc, że może on demoralizować oglądającą go młodzież. Patrol wylegitymował opiekuna grupy i pracownika teatru, ale podstaw do wystawienia mandatu nie było.

„Śmierć białej pończochy” to adaptacja dzieła Mariana Pankowskiego, w której pojawia się scena gwałtu Władysława Jagiełły na Jadwidze. Gdańska policja zapewnia, że wbrew temu, co pisał o sprawie portal Trójmiasto.pl, patrol nie pytał nikogo o stopień nagości w sztuce. Z dyrektorem Teatru Wybrzeże i zarazem reżyserem sztuki Adamem Orzechowskim rozmawiał Maciej Bąk.

Maciej Bąk, Radio ZET: Często miewa pan interwencje policji w teatrze?

Adam Orzechowski, dyrektor Teatru Wybrzeże: Nie, chyba nie.

M.B.: Ta była pierwsza?

A.O.: Pierwsza może nie, w końcu różne rzeczy się dzieją w teatrze. Musieliśmy już usuwać np. pijanego osobnika z widowni, kiedyś ktoś coś ukradł, zdarzają się więc interwencje. Mieliśmy też kiedyś instalację artystyczną przed wejściem i w nocy jakiś marynarz z Francji próbował wynieść jedną z rzeźb. Takie rzeczy się dzieją, jesteśmy miejscem publicznym, więc policja obserwuje to, co się dzieje wokół naszej instytucji.

M.B.: Ale badania kontrowersyjności sztuki jeszcze nie mieliście...

A.O.: Nie mieliśmy. Nie mieliśmy również badania możliwości dostępu do odbioru sztuki albo tego, czy wiek danego widza jest właściwy albo niewłaściwy. Ani myśmy tego nie robili, ani nie prosiliśmy o to policji, która – tak myślę – nie jest do tego uprawniona.

Zobacz także

M.B.: Odbiera pan takie pojawienie się umundurowanych funkcjonariuszy jako formę cenzury? A może wykorzystywania instrumentów, które nie do końca są do tego przeznaczone?

A.O.: To na pewno nie są te narzędzia i na pewno nie te instrumenty. Natomiast ja wiem, że modne teraz jest używanie hasła „cenzura”, ja jednak myślę, że to jest raczej dowód na takie duże pogubienie różnych służb publicznych. Już nie wiemy, co do końca należy do naszych obowiązków albo czym naprawdę powinniśmy się zajmować. Ja nie czuję się w żaden sposób cenzurowany, przedstawienie się odbyło, młodzież je obejrzała, zostało nagrodzone owacjami.

M.B.: Mówi pan o tym z uśmiechem, bo widzę, że dla pana to przede wszystkim groteskowa sytuacja...

A.O.: Bo ona jest na swój sposób groteskowa. Jeśli w ślad za tym będą przychodzili ludzie, którzy będą uważali, że nie wolno kogoś wpuszczać albo należy zakazać pokazywania takich czy innych przedstawień, no to rzeczywiście wtedy stanie się to groźne. Ale jakoś na razie widzę, że tylko dmuchamy w te żagle, ale to się chyba jeszcze nie dzieje.

M.B.: Dla pana jako reżysera tej sztuki to – jak często w takich przypadkach bywa – darmowa reklama...

A.O. Nigdy nie myślałem o tym, żeby sztukę reklamować aż w taki sposób i tak szeroko. Natomiast okazuje się, że media są łakome, żądne i potrafią taką reklamę nam zapewnić.

Rozmawiał Maciej Bąk