Prof. Bralczyk: „Dobra zmiana, gorszy sort na jakiś czas jeszcze z nami zostaną”
- Określenia nazistowski, faszystowski, albo pojawiające się w różnych kontekstach nazwisko Hitlera jest granicą, do której się dochodzi i której przekroczyć nie można. Bo za nią już nic nie ma - o zmianach w języku polityki w rozmowie z RadioZET.pl mówi prof. Jerzy Bralczyk, językoznawca.
Aleksandra Pucułek: - Czy określenie dobra zmiana wróci do pierwotnego znaczenia i zacznie się nam kojarzyć z czymś dobrym, bez żadnych podtekstów?
Prof. Jerzy Bralczyk*: - Jeszcze długo nie. Musi przejść swoistą kwarantannę, czyli przestać być używanym w takim odniesieniu, jakie utrwaliło nam się przez ostatnie lata. W neutralnych kontekstach, kiedy będziemy mówili o dobrej zmianie np. w danej sferze, może powrócić dawne znaczenie. W publicznym języku wciąż jeszcze będzie miało negatywną konotację, przynajmniej dla niektórych.
Co się właściwie takiego stało w języku polityki w ostatnich latach? Jak pan profesor go ocenia?
- To zależy, na które podmioty polityczne spojrzymy. Charakterystyczne dla wielu stało się jednak szukanie poklasku przez sformułowania mocne, wyraziste. Jednych one rażą, innych pobudzają. Dla mediów, niestety, są atrakcyjne i przez to są często powtarzane.
W 2016 roku prof. Jerzy Bartmiński po odebraniu od prezydenta Andrzeja Dudy nagrody "Zasłużony dla Polszczyzny" przyznał, że najbardziej niepokoi go to, że język zaczął przeciwstawiać "swoich" i "obcych" na sposób wojenny. A co najmocniej zwróciło pana profesora uwagę w ostatnich latach?
- Wyraźna tendencja do polaryzacji w języku. Różnicuje on bardziej niż fakty, z którymi nie mamy zresztą często bezpośrednio do czynienia. A z językiem tak. Taka polaryzacja „swój” i „obcy”, czy wręcz „dobry” i „zły” niesie ze sobą piętnowanie za różne - wymyślone mniej lub bardziej – cechy. To jest szczególnie naganne.
Inna zasada języka polityki z ostatnich lat, która może początkowo nie zwracała uwagi, ale jest wyraźna, to personalizacja, używanie nazwisk. Te nazwiska same w sobie miały przywoływać negatywne konotacje. Po jednej stronie był oczywiście Tusk. Telewizyjne „Wiadomości” obracały tym nazwiskiem w negatywnym kontekście, jak tylko się dało. Po drugiej stronie nazwisk było trochę więcej, ale też wiązano je z negatywnymi cechami. To m.in. nazwiska Kaczyński, Macierewicz, Sasin, Ziobro.
W ogóle nazwy własne odgrywały wyjątkową rolę. Np. nazwy państw jak Niemcy, Rosja i od nich określenia niemiecki agent czy rosyjski agent, które często się pojawiały. Ten podział na „swój” i „obcy” nabierał w ten sposób konkretnego wymiaru.
Celem było...
- Straszenie, dzielenie. Nazwy własne wywołują konotacje przez swoistego rodzaju stereotypizację. Myślimy kliszami. Dlatego też nazwiska, nawet użyte tutaj, nie wymagają szczególnych uzasadnień, a działają.
Czyli można powiedzieć, że dziennikarze czy politycy, powtarzając obok siebie Tusk i niemiecki agent, liczyli na to, że takie zestawienie zacznie się odbiorcom kojarzyć i utrwali się?
- To byłoby jednak zbyt proste. Ludzie mówią, że w każdej plotce jest ziarno prawdy. Nieprawda. Nie musi być ziarna prawdy. Tak jak skłonni są myśleć, że jeżeli coś jest powtarzane, to coś musi być na rzeczy. Nieprawda. Nie musi być. Ale rzeczywiście często idziemy na łatwiznę. Zwłaszcza w sytuacjach wymagających decyzji.
Prawdopodobnie liczono więc na to, że ludzie niespecjalnie skłonni do refleksji, kiedy pojawią się przed urną wyborczą, to zachowają się zgodnie z odruchami pierwotnymi. Jak się okazało niezupełnie. A może wręcz przeciwnie? Może właśnie nastąpiło, i chciałbym tak właśnie sądzić, zmęczenie agresją? Ludzie mają dosyć szczucia, narzucania pewnych stereotypowych wizji świata. A jak mają dosyć, to nawet mogą nieracjonalnie działając, odwrotnie decydować, czy głosować.
Czyli język wolny od wulgaryzmów, nawet na swój sposób elegancki, może jednocześnie dzielić, pozycjonować, stygmatyzować.
- Tak jak pani powiedziała „na swój sposób elegancki”, bo elegancki on wcale nie jest.
W ostatnich latach ja z kolei najbardziej zwróciłam uwagę na zmianę znaczenia słów, poddawanie ich manipulacji, przeinaczanie. Np. polityczny kojarzy się już nie z tym, co jest związane z polityką, ale z czymś złym.
- Tak, już w okresie PRL-u kiedy mówiło się, że ktoś ma w czymś polityczny interes albo robi coś z politycznych powodów, to umniejszano w ten sposób jego działaniu. Dezawuowano je. Po drugie obnażano coś, co inni chcieli ukryć. Czyli ta polityczność była czymś ukrytym, czego ludzie nie chcieli ujawniać, a więc była związana z jakimiś ciemnymi interesami. Wcześniej polityczny znaczyło tyle co grzeczny, kulturalny, więc rzeczywiście to słowo charakterystycznie zmieniło swoje znaczenie.
To też - może w odległy sposób, ale jednak - łączy się z przywoływaniem historii, z analogiami historycznymi. Weźmy np. słowo komuniści. Niejednokrotnie używano go w sposób zupełnie niezwiązany z treścią realną, ale słowo przywoływało jednak historię. Podobnie jest ze stanem wojennym, ostatnio dosyć często wspominanym i z jednej, i z drugiej strony. Zresztą działa tu też zasada nazw własnych, bo jednocześnie pojawiało się nazwisko Jaruzelskiego jako zła wcielonego i robiono do tego analogię historyczną.
Albo wróćmy do tego, co ostatnio powiedział Jan Pietrzak. Zarówno analogie historyczne, jak i nazwy własne odegrały tu rolę. Auschwitz i inne nazwy obozów koncentracyjnych wciąż w Polakach wywołują mocne wrażenie. Analogią najmocniejszą jest analogia związana z faszyzmem, nazizmem i Hitlerem. Określenia nazistowski, faszystowski, albo pojawiające się w różnych kontekstach nazwisko Hitlera jest granicą, do której się dochodzi i której przekroczyć nie można. Bo za nią już nic nie ma.
Czemu ma to wszystko służyć?
- Wywoływaniu emocji oczywiście. Zazwyczaj wywoływanie emocji jest narzędziem ludzi, którzy nie mają argumentów. Albo takich, którzy uważają, że ich argumenty nie przemawiają do odbiorców. Zostaje im więc sięganie po emocje.
Te zabiegi językowe, np. używanie słów w zmienionym znaczeniu, wynikają z nieświadomości językowej czy jest to celowe działanie?
- Trudno powiedzieć. Pewne impulsy płyną pewnie ze strony spin doktorów i tych, którzy organizują tzw. przekazy dnia, czyli zwracają uwagę na to, co trzeba eksponować jako główny przekaz. Szczególną rolę odgrywają tu wtórne nazwy własne. To znaczy, jak my się określamy i jak innych określamy. Czy jesteśmy koalicją 15 października czy koalicją 13 grudnia? Takie próby przyklejenia na stałe danego określenia jest świadomym działaniem. Nazwijmy coś 13 grudnia i będzie się tak ludziom kojarzyło.
Czy sformułowania, którymi byliśmy karmieni przez ostatnie lata typu gorszy sort, reasumpcja głosowania, wejdą na stałe do języka?
- To są w ogóle sformułowania odwrócone, to znaczy używane przez jedną ze stron. W tym przypadku akurat przeciwników ówczesnej władzy. Jeżeli ktoś powie „bez żadnego trybu”, czy „reasumpcja głosowania” to wchodzi to do języka, ale nie zwolenników Prawa i Sprawiedliwości, ale do języka jego przeciwników. Takie czy inne niezręczne, nieszczęśliwe sformułowania są podchwycone oczywiście najpierw przez media.
Hasło dobra zmiana używane było przez jednych i przez drugich, ale w innym znaczeniu. Dla ówczesnej władzy oznaczało zmianę o pozytywnym charakterze. Dla grupy, która nie popierała rządzących, zwrot ten miał wydźwięk prześmiewczy. Czyli dobra zmiana oznaczała tak naprawdę zmianę na gorsze. Dlatego na początku powiedziałem, że dla niektórych będzie miało negatywną konotację.
Stwierdzenie gorszy sort jest o tyle szczególne, że określa grupę ludzi i oznacza coś w rodzaju pogardy. Jest to wykorzystywane populistycznie. Czyli to są elity, które nas nie lubią, ludzie, którzy nami pogardzają.
Znów dzielenie ludzi.
- Oczywiście, że tak. Tylko trzeba się liczyć z tym, że użycie określeń piętnujących albo wyraźnie przypisujących jakąś wyższość lub niższość jak np. stwierdzenie Sikorskiego sprzed wielu lat o „dorżnięciu watahy”, czy Schetyny o „PiS-owskiej szarańczy” może być wykorzystywane odwrotnie.
Te liczne określenia z języka polityki z ostatnich lat na razie więc z nami zostaną?
- Na jakiś czas tak. Potem będą funkcjonowały jako coraz mniej rozumiane cytaty, ale w historii będą obecne. Tak jak np. „TKM” (teraz, k..., my - przyp. red.), którego pod koniec lat 90. użył Jarosław Kaczyński po to, żeby krytykować tych, którzy wtedy mieli władzę i chcieli jej jak najwięcej dla siebie. To hasło bywa czasem przypominane. Odgrzewa się więc pewne sformułowania - wydawałoby się już nieaktualne - ale w innym odniesieniu, z innym autorem. Hasła często powtarzane są dosyć żywotne.
Da się cofnąć zmiany, które zaszły w języku? Zmieni się język polityki? Bo już słychać próbę utrwalania kolejnych haseł, np. koalicja chaosu.
- Mogę sobie wyobrazić idealny stan, w którym jedna strona, najczęściej ta pokonana, jeszcze używa takich mocnych sformułowań. Natomiast druga strona nie idzie tą drogą. Nie krzyczy, nie używa określeń wyraźnie piętnujących, ale operuje konkretem. Jeśli jeszcze media by w tym pomogły, nie uczestniczyły w wyścigu inwektyw, to może po jakimś czasie nasz język przerodziłby się w język parlamentarny.
Tylko jest to idealny stan, bo media zwracają uwagę na to, co mocne, wyraziste, agresywne, populistyczne. Zapowiedzi, że wszystko wraca do normalności, też już przecież były. Z obu stron pojawiały się wezwania do pojednania, ale były one słabe i raczej mało znaczące. W zamian chętnie bym widział inne zabiegi, jak ironię, pewną dawkę złośliwości.
Marszałek Szymon Hołownia wydaje się preferować takie zabiegi.
- To również są sformułowania mocne, w pewnym sensie nawet agresywne, ale są atrakcyjne intelektualnie. Zwiększałyby poziom naszego dyskursu politycznego. Mam nadzieję, że spokojniejszy język będzie miał jednak teraz o tyle lepiej, że - jak się okazało, choćby po wynikach wyborów - język agresywny, który piętnował przeciwników, nie znalazł dużego poklasku i nie odniósł sukcesu. Chociaż polaryzacja „swój” „obcy”, „dobry” „zły” jeszcze pewnie nie minie i zostanie.
Wiem, że to pytanie z typu, co było pierwsze jajko czy kura. Ale jestem ciekawa, czy większy poziom agresji w społeczeństwie wpłynął na język? Czy ta brutalność i podziały zaczęły się od języka?
- Nie sądzę, żeby brutalny język polityki był bardzo zaraźliwy, poza polityką. Tyle tylko, że polityka zajmuje dużą część naszych rozmów. Dlatego też mając tendencję do upraszczania rzeczywistości, kiedy mówimy o polityce, to sięgamy po schematy, wzorce.
Na koniec krótkie pytanie: minister, ministra czy ministerka?
- Pani minister.
*Prof. Jerzy Bralczyk – wybitny językoznawca, specjalista w zakresie języka mediów i polityki. Na swoim koncie ma dziesiątki książek i publikacji poświęconych zagadnieniom związanym z językiem polskim. Zasiada w Radzie Języka Polskiego. Za liczne zasługi dotyczące badań nad mową polską był wielokrotnie nagradzany. Otrzymał m.in. Złoty Krzyż Zasługi, czy Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski.
Źródło: Radio ZET
- Co studiować, by szybko znaleźć pracę i dobrze zarabiać? Informatyka już nie jest numerem jeden
- Wyniki PISA 2022. Jak wypadli polscy uczniowie? "Sygnał alarmowy dla systemu edukacji"
- Psychiatra dziecięca po pracy. „Zatrzymuję się w połowie drogi do domu i krzyczę”
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET