Szkoła uczy, jak robić, żeby się nie narobić. Nie da się wszystkiego opanować

6 min. czytania
17.01.2024 09:13
Obserwuj nas na Google

SZKOŁA OCZAMI UCZNIÓW. - Szkoła uczy nieadekwatnych rzeczy do życia, schematu i omijania pewnych zadań - punktuje polską edukację Przemek, tegoroczny maturzysta. Przyznaje, że najchętniej z tego systemu już by wyszedł. Tęsknić mocno nie będzie.

Maturzysta
fot. Pawel Marcinko/KFP/REPORTER

Szkoła oczami… - to nasz autorski cykl, w którym przedstawiamy historie uczniów, nauczycieli i rodziców z różnych miast i szkół. Kolejni nasi bohaterowie opowiadają nam, jak wygląda ich szkolny tydzień, co odpowiada im w polskiej edukacji, co by zmienili. Każda z tych grup – uczniowie, rodzice, nauczyciele – współtworzy polską szkołę. Jednocześnie często odbiera ją zupełnie inaczej. Połączenie tych spojrzeń daje pełny obraz polskiego systemu edukacji.

Szkoła uczy, jak omijać pewne zadania. - Czyli jak robić, żeby się nie narobić. Nie da się wszystkiego opanować, wykonać tak dobrze, jak by się chciało – wykłada rzeczowo Przemek. To jedna z pierwszych rzeczy, która nasuwa mu się, gdy myśli o ostatnich latach spędzonych w szkolnej ławce.

Przemek w tym roku będzie zdawał maturę. Uczy się w jednym z lepszych łódzkich liceów, ale do grona uczniów z najwyższą średnią zdobywających laury w olimpiadach wcale by się nie zaliczył. Świetnie idzie mu matematyka, dlatego wybrał profil matematyczno-geograficzny z rozszerzonym angielskim. Właśnie te przedmioty zamierza zdawać na maturze rozszerzonej. Do szkoły i do życia ma racjonalne, dojrzałe jak na swój wiek podejście. Planuje studiować psychologię. Mimo umysłu ścisłego nie wyobraża sobie pracy bez kontaktu z ludźmi.

Szkoła uczy. Tylko czego?

Szkołę jako miejsce lubi. Jako społeczność? Bez fajerwerków. Klasa? Ok. Nauczyciele? Trafił mu się najlepszy zestaw, jak mówi, z możliwych. Poza problemami z polskim, ale o tym później. Nigdy nie miał sytuacji, że bardzo nie chciał iść do szkoły, bo się czegoś bał. Ale najchętniej by już ją skończył. Chodzi mu konkretnie o schematyczną naukę.

- Najlepiej widać to w pracach domowych – mówi i wraca tym samym do umiejętności omijania pewnych rzeczy. Według niego za pomocą prac domowych uczeń ma się nauczyć czegoś, czego nie zdąży szkoła. Albo robi je, żeby mieć z głowy. Albo po prostu się ich nie robi. Każdej z tych zasad daleko do ideału. Widzi jednak, że ci, którzy robią wszystko, tracą na tym. Nie mają czasu na priorytetowe przedmioty i na siebie.

- Szkoła uczy nieadekwatnych rzeczy do tego, czego rzeczywiście potrzeba w życiu - punktuje dalej system edukacji Przemek. Te potrzebne w życiu rzeczy to według niego rozumienie języka, komunikacja. Złapał się na tym już w podstawówce, gdy w ramach konkursu z geografii miał wystąpić przed szkołą z prezentacją. - Zupełnie nie wiedziałem, jak to zrobić – wspomina. W podstawówce cenił sobie to, że zyskiwał wiedzę ogólną, chociażby właśnie z geografii.

Redakcja poleca

O liceum tego powiedzieć nie może. Polski? Nastawiony na lektury, które są bardziej ciekawostką historyczną niż przełożeniem na życie. Podstawy przedsiębiorczości zastąpione teraz przez biznes i zarządzanie? Wciąż to samo, zero praktyki. - Jak kupowałem auto we wrześniu, to dowiadywałem się wszystkiego z internetu – podaje przykład Przemek. WF? - To żart - kwituje. Przez lata trenował piłkę ręczną i siatkową. Teraz na WF ze względu na sfeminizowaną klasę ćwiczy z dziewczynami. - Nie robi się nic. Popularne zajęcia na macie, czyli macie i grajcie królują – ironizuje.

Jeśli mowa o nieadekwatnych rzeczach, to zdaniem Przemka do tego grona należy też ocena z WF. - Powinien być mierzony progres. Jeśli oceniamy, czy ktoś na wstępie jest mniej lub bardziej rozciągnięty, silniejszy lub mniej, to jest kiepskie – wyjaśnia. Po chwili zastanowienia stwierdza: - Nie widzę w licealnej nauce niczego, co mi się przyda gdzieś indziej niż na maturze.

Matura, a potem życie

Szkoła aż tak nie organizuje mu życia, co właśnie wizja matury. Począwszy od straszenia egzaminem od pierwszej klasy liceum. - Uczcie się, bo sobie nie poradzicie na maturze – słyszał nieraz od nauczycieli. - Zamiast budować spokój u uczniów, to buduje się strach przed czymś, co nie jest końcem świata. Mój znajomy trzy lata z rzędu poprawiał egzamin z biologii, byle się dostać na medycynę. W końcu się dostał. Świat się nie zawalił – opowiada Przemek.

Jego maturalne życie wygląda tak. Pobudka o 6.15. Przemek co prawda mógłby jeszcze uciszać budzik przez dobry kwadrans, ale nie chce rezygnować z ulubionego porannego rytuału parzenia kawy. Na lekcjach melduje się o 8. Kończy zazwyczaj o 13. Wraca, wyprowadza psa, przygotowuje obiad. Znów kawa i siada do zajęć. Nie ma nad czym się zastanawiać, jeśli chce zdążyć na wieczorny trening. Przemek ma tę umiejętność, która – jak mówi - w polskiej szkole bardzo się przydaje. Dużo zapamiętuje z lekcji, więc w domu głównie zajmuje się pracą domową. Zazwyczaj z matematyki. Poświęca jej maksymalnie dwie godziny.

Do tego czasem siada nad polskim. Czyli czyta lekturę (w tym tygodniu „Dżumę”), opracowuje pytania na maturę ustną z puli jawnej (raz w tygodniu) i średnio co trzy tygodnie pisze wypracowanie. Schemat maturalnych rozprawek ma już opanowany, więc po dwóch godzinach nad zeszytem ze swojej pracy jest zadowolony. Potem jeszcze ewentualnie nauka na sprawdzian z treści lektury lub ze znajomości omawianej epoki.

Redakcja poleca

We wtorki bierze korepetycje z matematyki (przygotowanie pod maturę rozszerzoną). W środę sam udziela korepetycji z matematyki w ramach dorobienia sobie. W czwartek (najbardziej intensywny, bo siedem godzin w szkole) ma dwie godziny korepetycji z polskiego, a w piątek 1,5 godziny korepetycji z matematyki. M.in. z tego powodu kupił auto. Ze szkoły wraca tramwajem, przesiada się do samochodu i pędzi na korepetycje – oszczędza czas na dojazdach.

- Rozkład dni i tygodnia jest w porządku. Mam siedem godzin mniej niż rok temu, duża ulga – stwierdza bez cienia sarkazmu. W niższych klasach zazwyczaj siedział w szkole od 8 do 15.30. Do tego na ostatnich lekcjach miał blok geografii, albo matematyki. Lub język niemiecki. Po niemiecku w zasadzie nic nie potrafi powiedzieć.

O godz. 19 dwa razy w tygodniu Przemek zaczyna wyczekiwany trening na siłowni. W klasie maturalnej musiał zmniejszyć częstotliwość ćwiczeń o połowę. W odstawkę poszło też marzenie o nauce śpiewu. I powrót do gry na gitarze. Kolejnych standardowych zajęć nie wciśnie. Do normalnego funkcjonowania potrzebuje siedem godzin snu, więc o godz. 21 stara się już być w domu i mieć wolne, chwilę dla siebie.

Szkoła jak pospolite ruszenie

W weekend nadrabia wszystko, czego nie zdążył w ciągu tygodnia. Czyli np. czytanie lektury, nad którą w tygodniu zasypia zmęczony po lekcjach. Rozwiązuje arkusze maturalne z matematyki i geografii. Do tego uczy się na sprawdziany z geografii z bieżącego materiału. Te wypadają średnio co dwa, trzy tygodnie.

W soboty chodzi do szkoły na dwie godziny polskiego. Tak, w soboty. - Przez cztery lata liceum mieliśmy pięciu polonistów. W tym rok nauki zdalnej – mówi, jakby to wszystko wyjaśniało. Czwartą klasę zaczynał z półrocznym poślizgiem, jeśli chodzi o przerobienie materiału. Nowa, piąta z kolei polonistka zaproponowała więc, żeby spotykać się w soboty i powtarzać materiał, a na lekcjach realizować bieżące tematy. Klasa bez mrugnięcia okiem zgodziła się. - Całe szczęście, że taka osoba się trafiła – dodaje Przemek. Zachwycony nową polonistką ostatnio zaczął rozważać jeszcze maturę rozszerzoną z polskiego.

Na sobotnie lekcje klasa Przemka przyprowadza znajomych z innych liceów, którzy też mają problemy z polskim. W sali nieraz gromadzi się blisko 50 osób. - Szkoła działa czasem na zasadzie pospolitego ruszenia – stwierdza, patrząc z boku na tę historię. - Sobotnie lekcje to własna inicjatywa nauczycielki. Nie dostaje za to dodatkowych pieniędzy. Słabe to jest bardzo – mówi. Nie musi tłumaczyć, że bez tego wyniki matury, na które system ewidentnie stawia, nie byłyby pozytywne.

Szkoła to raczej wypadkowa zdolności ucznia i tego, ile czasu poświęcił na naukę samemu. Tak widzi to Przemek. - W szkole rzeczywiście uczę się matematyki, bo matematyk jest świetny, i teraz - dzięki genialnej polonistce - polskiego – stwierdza Przemek. Tylko że i z polskiego, i z matematyki chodzi na korepetycje. - Bo wolę nie polegać tylko na tym, czego uczy mnie szkoła – wyjaśnia. - A wiesz co jest najlepsze? Jakby zapytać osobę, która skończyła szkołę 10, 30, 40 lat temu, to powiedziałaby pewnie podobnie o edukacji. Nic się nie zmienia – podsumowuje Przemek.

Kolejną puentę ma jeszcze bardziej gorzką. - Wiele osób przez to wszystko wychodzi ze szkoły z obrzydzeniem na naukę. Zalety edukacji ludzie poznają dopiero, jak zaczynają sami czytać, sami się rozwijać. Tylko niestety, niektórzy mają tak dość nauki, że tego nie robią. I mamy to co mamy - uważa.

Źródło: Radio ZET

Nie przegap

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET