Koniec roku szkolnego 2024/25. „Minister Nowacka zawiodła. Powinien pojawić się ktoś nowy"
- Ten rok nie był łatwiejszy. Był trudniejszy, bo teraz już nie możemy się nawet łudzić, że ktoś nas słucha. Pani minister Barbara Nowacka zawiodła. To jest ogromny, zbiorowy zawód tysięcy młodych ludzi, którzy jeszcze rok temu mieli w sobie trochę nadziei, że po odejściu ministra Czarnka coś naprawdę ruszy - podsumowuje rok szkolny 2024/2025 Paweł Mrozek z Akcji Uczniowskiej.
Rok ogromnego rozczarowania - tak uczniowie skupieni w Akcji Uczniowskiej podsumowują kończący się właśnie rok szkolny 2024/2025, pierwszy pełny rok pod nowymi rządami w MEN. Paweł Mrozek, założyciel Akcji Uczniowskiej, zwraca uwagę na drobne światełka, które pojawiły się w ciągu ostatnich miesięcy, ale jak zaznacza, zasadniczych zmian uczniowie nie odczuli. - Jesteśmy dokładnie w tym samym miejscu, tylko że teraz jest to opakowane w trochę bardziej łagodny język. Tylko że dla uczniów ładne słowa nie mają znaczenia, jeśli codzienność wygląda tak samo źle - stwierdza Mrozek w rozmowie.
Uważa, że podstawa programowa – przeładowana, przestarzała - powinna być już dziś odchudzona. Kolejnym postulatem młodych ludzi jest psycholog w każdej szkole. - Marzy mi się szkoła, w której nie trzeba udawać. Gdzie nikt nie ocenia cię po tym, czy masz pasek na świadectwie, drogi plecak albo idealne zachowanie. Chciałbym chodzić do szkoły, która naprawdę przygotowuje do życia, a nie tylko do testu - mówi w rozmowie licealista.
Jak podsumujesz rok szkolny 2024/2025?
Paweł Mrozek, uczeń trzeciej klasy liceum, założyciel Akcji Uczniowskiej: - Szczerze? To był dla mnie, dla nas rok ogromnego rozczarowania. Rok temu o tej porze mówiłem, że rozumiem, że potrzeba czasu na wdrożenie zmian, że nie oczekujemy cudów od razu, ale że chcemy zobaczyć wolę działania. Dziś muszę powiedzieć: nie tylko nie było cudów, nie było nic. Ani planu, ani odwagi, ani wizji. Dostaliśmy ciszę. Albo pozorowane ruchy, które nie zmieniają życia uczniów nawet w najmniejszym stopniu.
Ten rok nie był łatwiejszy. Był trudniejszy. Zrobiło się jeszcze bardziej rozczarowująco, bo teraz już nie możemy się nawet łudzić, że ktoś nas słucha. Pani minister Barbara Nowacka zawiodła. To jest ogromny, zbiorowy zawód tysięcy młodych ludzi, którzy jeszcze rok temu mieli w sobie trochę nadziei, że po odejściu ministra Czarnka coś naprawdę ruszy. Po pełnym roku szkolnym pod nowymi rządami nie da się już mówić, że to tylko jego spuścizna. To już szkoła Nowackiej. Jej kadencja, jej odpowiedzialność, jej decyzje. A raczej ich brak. Nie można wiecznie zasłaniać się „poprzednikami”.
Naprawdę nic twoim zdaniem się nie zmieniło?
- Były drobne światełka. Nauczyciele trochę mniej bali się kuratoriów, niektórzy w końcu odważyli się mówić o tematach trudnych, weszło więcej organizacji pozarządowych do szkół, pojawiło się trochę projektów obywatelskich. Uczniowie zaczęli być zapraszani na panele i konsultacje. Ale to wszystko nie jest zasługą ministerstwa, tylko ludzi oddolnych, którzy mają odwagę działać mimo braku wsparcia systemu.
Czego konkretnie zabrakło, czego oczekiwałeś?
- Pani minister Nowacka obejmując stanowisko, złożyła mnóstwo obietnic, jeszcze więcej ich padało w kampanii wyborczej. Mówiła o konsultacjach, o współpracy, o odpolitycznieniu szkoły, o reformie podstawy programowej, o walce z przeciążeniem uczniów, o wsparciu psychologicznym. Miała być szkoła bardziej przyjazna, mniej opresyjna, bardziej sprawiedliwa. Szkoła, która nie łamie psychicznie, tylko wspiera. Która uczy myślenia, nie zakuwania. Miało być mniej presji, mniej fikcji, mniej udawania. Tymczasem jesteśmy dokładnie w tym samym miejscu, tylko że teraz opakowanym w trochę bardziej łagodny język. Tylko że dla uczniów ładne słowa nie mają znaczenia, jeśli codzienność wygląda tak samo źle.
MEN rok temu odchudziło podstawę programową o 30 proc. W podstawówkach zrezygnowano z obowiązkowych prac domowych. Od września wejdzie w życie fakultatywna edukacja zdrowotna. Zapraszano na konsultację przedstawicieli uczniów.
- Odchudzenie podstawy o 30 proc.? Nikt tego nie czuje.To ruch marketingowy. Czy MEN słucha młodzieży? Technicznie może i tak. Praktycznie – absolutnie nie. Jasne, minister spotyka się z uczniami, nauczycielami, ekspertami. Ale nie z tymi, którzy mają inne zdanie. Nie z tymi, którzy mówią niewygodne rzeczy. To nie jest dialog, to jest teatr.
W MEN jest wielu ambitnych ludzi. Ludzi, którzy mają pomysły, chcą działać, chcą zmieniać. I co? Nawet wiceministrowie odbijają się od ściany. Propozycje nie przechodzą. Inicjatywy są gaszone na wczesnym etapie, a jeśli coś już jakimś cudem się uda, to na końcu i tak trafia to na konto pani minister, bo to ona jest twarzą resortu. To niesprawiedliwe. Jak można udawać, że coś się dzieje, skoro nawet ludzie wewnątrz MEN czują bezsilność, mówią wprost o braku sprawczości, o blokowaniu wszystkiego, co nowe.
Nawiązujesz w ten sposób do niedawnej rezygnacji z funkcji wiceminister Joanny Muchy?
- Tak, kiedy zrezygnowała, potwierdziła, że w MEN panuje chaos, brak komunikacji, napięcia. Jeśli już na samej górze nikt nie potrafi się dogadać, to jak ma działać szkoła, która potrzebuje jasnych decyzji, planu? My, jako uczniowie, próbowaliśmy. Pisaliśmy, proponowaliśmy, rozmawialiśmy. I zawsze wracaliśmy z niczym. Albo z ciszą, albo z komunikatem: „dziękujemy za głos, rozważymy, zobaczymy”. Ile jeszcze razy można być zbywanym.
Dlatego mówię to głośno i z pełną odpowiedzialnością: uważam, że pani minister Nowacka nie powinna już dalej kierować resortem edukacji. Zmarnowała szansę. A my uczniowie nie możemy sobie pozwolić na kolejne zmarnowane lata. Edukacja to nie jest pole do eksperymentów politycznych. To nie jest przestrzeń do PR-u. To jest nasza przyszłość. I nie zgadzamy się na to, żeby była w rękach osób, które nie potrafią działać. Pani minister Nowacka miała nasze zaufanie. Ale to już przeszłość.
Mocne słowa. Ale ewentualna zmiana spowoduje, że kolejny minister znów będzie potrzebował czasu na wdrożenie. To znów wszystko przedłuży.
- Dlatego przy najbliższej rekonstrukcji rządu powinien pojawić się ktoś nowy, kto zna system od środka, kto czuje uczniów i nauczycieli, kto rozumie, że edukacja to nie tylko ustawy, ale ludzie. Ktoś z kompetencjami, nie tylko z etykietką „progresywna kandydatka”.
No dobrze, krytykować każdy potrafi. Co i jak chciałbyś, chcielibyście jako uczniowie zmienić?
- Dlatego przygotowaliśmy raport, nie zza biurka, tylko po rozmowach z tysiącami młodych ludzi w całej Polsce: w pociągach, w szkołach, w domach kultury, na TikToku, na Zoomie, m.in. podczas kampanii „Młodzi, GłosujMY”. Szkoła w Polsce wciąż uczy jakby czas się zatrzymał. Nauczyciel mówi, uczniowie siedzą w ławkach, przepisują definicje, zakuwają pod test. Zero przestrzeni na myślenie, zero rozmowy, zero realnego przygotowania do życia. Podstawa programowa to beton – przeładowana, przestarzała i zupełnie nieprzystająca do rzeczywistości. Wkuwamy setki stron, z których nic nie wynika.
I to boli nas najbardziej, że spędzamy w szkole tyle czasu, a wychodzimy z niej bez podstawowych umiejętności życiowych, bez poczucia sensu. A przy tym wszystkim nie uczymy się, jak zadbać o zdrowie psychiczne, jak budować relacje, jak radzić sobie ze stresem.
Jak słyszę od nauczycieli, uczniowie też mają sporo za uszami. Nawet gdy polonista czy matematyk w najbardziej ciekawy sposób chce przedstawić lekcję, spotyka się z lekceważeniem i widzi uczniów wpatrzonych w telefony. Gdy nauczyciel chce coś zrobić spoza podstawy, żeby zaciekawić, wprowadzić element praktyczny, pada odpowiedź: "a na co, a po co, nie opłaca się."
- Tak, dość często słyszymy takie opinie, ale to też jest poniekąd jeden z problemów. Jako młodzi ludzie od najmłodszych lat słyszymy i jesteśmy uczeni, że wiedza i jej wartość mierzona jest punktami, testem, oceną, czerwonym paskiem i bez tego ani rusz. Trudno się dziwić, że tak zaczynamy myśleć, wierzyć w to. Niestety, ale polska szkoła, system nie wzmacnia naturalnej ciekawości, tylko często ją tłumi. Jeśli przez lata słyszymy jako uczniowie: "bo będzie z tego sprawdzian", "bo to będzie na egzaminie", to w końcu sami zaczynamy zadawać pytanie: "a po co to, jeśli tego nie będzie?".
Oczywiście, jako młodzi ludzie i uczniowie mamy wiele wad, nie wypieramy się tego, ale wielokrotnie wynika to z braku poczucia sensu, a nawet trochę buntu przeciwko obecnej rzeczywistości. To nie znaczy, że uczniowie są bezkrytycznie rozgrzeszeni. Myślę, że tutaj duże znaczenie ma także przedmiot, profil danego ucznia i nauczyciel. Jeśli coś kogoś interesuje, to z większą chęcią będzie się tego uczył, wiedząc, że w przyszłości mu się to przyda. Polski system edukacji nie daje możliwości równomiernego uczenia się dobrze i sumiennie z każdego przedmiotu, więc jest to trochę taki wybór między ważnym, a mniej ważnym przedmiotem.
Dużo zależy też od sposobu prowadzenia i relacji z nauczycielem, a wydaje mi się, że akurat pod tym aspektem z każdym miesiącem jest coraz lepiej – raczej próbujemy z nauczycielami się porozumieć, niż iść w spory, ale oczywiście nie jest tak we wszystkich szkołach. Nawet ostatnio ramię w ramię z nauczycielami punktujemy i walczymy o różne zmiany w edukacji, co też dotychczas nie było aż tak spotykane.
A chcemy realnego odchudzenia podstawy programowej dziś, nie za trzy lata. Moim zdaniem edukacja zdrowotna powinna wejść jako obowiązkowy przedmiot. Ale najpilniejsze rozwiązanie, które powinno być wdrożone od zaraz, to psycholog w każdej szkole – nie raz na miesiąc, nie na papierze, tylko realnie obecny. Bo drugi, jeszcze poważniejszy temat, to kryzys zdrowia psychicznego. Ataki paniki, depresja, wypalenie – to nasza codzienność. Wielu z nas po prostu nie daje rady. Tylko że w szkole nikt nie wie, jak pomóc. Nie ma psychologów, albo są raz w tygodniu na trzy szkoły. Nauczyciele nie mają przeszkolenia, a rówieśnicy często nie mają pojęcia, jak się zachować, kiedy koleżanka przestaje przychodzić do szkoły albo kolega płacze w łazience.
Do tego dochodzi mowa nienawiści, hejt, wykluczenie. I to nie tylko w sieci, ale też na szkolnym korytarzu. Ludzie są wyśmiewani za wygląd, za to w co wierzą, jak się ubierają, kogo kochają. A szkoła często patrzy na to z boku. Zamiata pod dywan. Dlatego mówimy: zero tolerancji dla przemocy i hejtu. Oczekujemy konkretnych procedur, szkoleń i działań w każdej szkole. To nie jest lista marzeń. To plan ratunkowy dla systemu. Nie chcemy być tylko „opinią uczniowską”. Chcemy być partnerami zmian. Bo szkoła to nasze życie. I chcemy, żeby to było życie z sensem.
A jeśli mowa o liście marzeń, to w jakiej szkole chciałbyś się uczyć?
- Marzy mi się szkoła, w której nie trzeba udawać. Gdzie nikt nie ocenia cię po tym, czy masz pasek na świadectwie, drogi plecak albo idealne zachowanie. Gdzie można być sobą: z własnymi problemami, pasjami, wątpliwościami. Szkoła, w której jest miejsce na rozmowę, zrozumienie i zwykłą ludzką życzliwość. Chciałbym chodzić do szkoły, która naprawdę przygotowuje do życia, a nie tylko do testu. Takiej, w której nie trzeba po lekcjach brać korepetycji, żeby zrozumieć materiał.
Wrzesień 2025 może być nowym początkiem tylko wtedy, jeśli wreszcie ktoś naprawdę posłucha nas, uczniów, jeśli zmieni się nie tylko to, co jest zapisane w dokumentach, ale też to, co się dzieje na lekcjach, na korytarzach, w relacjach, jeśli dorośli zrozumieją, że szkoła to nie jest tylko program, ale ludzie. Uczniowie to nie są statystyki, tabelki, wykresy. To są konkretni ludzie, którzy każdego dnia siedzą w przeładowanych klasach, uczą się rzeczy, które w 90 proc. nigdy im się nie przydadzą, walczą z systemem ocen, z lekturami, które ich nie interesują, z brakiem psychologów w szkołach, z presją, stresem, lękiem. Wiem, jak to brzmi, ale to nie jest przesada.
My, uczniowie, jesteśmy zmęczeni. I nie chodzi o zwykłe "zmęczenie szkołą", tylko o coś głębszego - poczucie, że ten system nas łamie, a nie buduje. Największe wyzwanie? Po prostu przetrwać. Szkoła zamiast rozwijać, hamuje. Zamiast dodawać odwagi, odbiera ją. Zamiast wspierać - ocenia. My, uczniowie, mówimy o tym, co czujemy codziennie. Na lekcjach, na korytarzu, po szkole. To jest nasza rzeczywistość. I ta rzeczywistość boli.
Ale najgorsze, co można teraz zrobić, to się poddać. I dlatego my – młodzi – się nie poddajemy. Traktujemy ten rok jako rok straconej szansy, ale też rok przebudzenia młodego pokolenia. I obiecuję jedno: kolejnego roku nie zmarnujemy. Bo na końcu tej historii nie chodzi o polityków. Chodzi o nas. O młodych ludzi. Ze swojej strony zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby te zmiany wymusić. Bo wierzę, że szkoła może być lepsza.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET