Wybory rektorów 2024. „Bardziej przypominają papieskie konklawe niż polskie wybory parlamentarne”
Mało kobiet, mało polityki, ale wcale niemało emocji. Tak zdaniem ekspertów mogą wyglądać wybory rektorów, które czekają uczelnie tej wiosny. Niewykluczone, że wpływ na wyniki będą miały podwyżki dla akademickiej kadry.
2024 rok upłynie nie tylko pod hasłem wyborów samorządowych. Ponad 100 uczelni publicznych w najbliższych miesiącach wybierze rektora na czteroletnią kadencję (2024-2028). O tym, kto pokieruję daną szkołą wyższą, zdecydują elektorzy, czyli przedstawiciele pracowników, studentów i doktorantów. Na każdej uczelni terminarz wyborów i poszczególne etapy wyglądają co prawda nieco inaczej, ale pewne trendy i tendencje da się zauważyć.
Mniej Czarnka, mniej polityki
Prof. Dominik Antonowicz z Katedry Badań nad Nauką i Szkolnictwem Wyższym z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu uważa, że tegoroczne wybory na uczelniach będą mniej polityczne niż poprzednie, a hasła o wolności i autonomii będą rzadziej powtarzane. - Ciśnienie polityczne odeszło wraz z odejściem ministra Czarnka – ocenia.
Jeśli mniej polityki w kampanii, to więcej czego? Po pierwszych hasłach i programach wyborczych widać, że startujący, zwłaszcza w dużych ośrodkach akademickich, stawiają na sferę socjalną i wsparcie studentów, np. w kwestii miejsc w akademikach. Według prof. Antonowicza kandydaci paradoksalnie mogą też wygrać obietnicami braku radykalnych zmian, którymi środowisko jest ewidentnie zmęczone.
- Wprawdzie od trzech dekad w europejskim szkolnictwie wyższym nie ma nic bardziej stałego niż zmiana, ale ma ona charakter raczej ewolucyjny i zmierza w ustalonym kierunku. Tymczasem w Polsce od kilku lat mamy festiwal nieskoordynowanej polityki, legislacyjnej niepewności i partykularnych interesów – komentuje prof. Antonowicz.
Przewiduje, że uczelnie, które są zadowolone ze swojej sytuacji, postępu, będą nastawione na kontynuację dotychczasowych rządów. Zresztą ubieganie się o reelekcję ogłosili już prof. SGH dr hab. Piotr Wachowiak, prof. Krzysztof Zaremba, urzędujący rektor Politechniki Warszawskiej, prof. Marek Adamski, rektor Politechniki Bydgoskiej, prof. Radosław Dobrowolski, rektor UMCS-u w Lublinie, prof. Wojciech Załuska, rektor Uniwersytetu Medycznego w Lublinie i ks. prof. Mirosław Kalinowski, rektor KUL-u. Wiadomo już, że większość z nich nie będzie miała kontrkandydatów, co jest zresztą częstą sytuacją.
Ciekawiej zapowiadają się wybory na Uniwersytecie Warszawskim. Oprócz prof. Alojzego Z. Nowaka, dotychczasowego rektora uczelni, chęć startu w wyborach zapowiadają: dr hab. Maciej Górecki, prof. UW z Wydziału Psychologii i dr hab. Łukasz Niesiołowski-Spano, dziekan Wydziału Historii UW.
Akademicka oligarchia
Zazwyczaj, choć nie zawsze, reelekcje dochodzą do skutku. W tym roku może zaburzyć ten schemat jeden czynnik, o którym wspomina prof. Antonowicz. Czyli niebezpieczna polityczna gra, którą podejmowali niektórzy rektorzy w trosce o prestiż i pieniądze dla uczelni. Nadchodzące wybory zdaniem badacza szkolnictwa wyższego pokażą, w jaki sposób to działanie zostanie ocenione przez ich społeczność akademicką. - Rektorzy, którzy odbierali czeki od ministra Czarnka, fotografowali się z nim, byli beneficjentami jego polityki i nie kryli się z tym, mogą za to zapłacić i stracić poparcie. Bliska zażyłość z polityką może im wystawić rachunek - komentuje ekspert.
Dodaje, że dotyczy to głównie mniejszych uczelni. - Im silniejsza instytucja, im dłuższa jej historia, im więcej silnych autorytetów naukowych szanowanych w środowisku akademickim, tym bardziej jest ona odporna na zewnętrzne wpływy polityczne w postaci parlamentarzystów rozgrywających własne interesy w murach uczelni – wyjaśnia prof. Antonowicz.
Chociaż i taka sytuacja ma drugą stronę. Ekspert zauważa, że w uczelniach o silnej pozycji akademickiej oligarchii trudno o zmiany, bo przedwyborczym zmaganiom towarzyszy często proces nieformalnego namaszczania następców, którzy są gwarancją utrzymania status quo. Przykładem może tu być Uniwersytet Medyczny w Poznaniu, którym przez najbliższe cztery lata będzie kierował prof. Zbigniew Krasiński, dotychczasowy prorektor uczelni, w środowisku nazywany prawą ręką obecnego jeszcze rektora prof. Andrzeja Tykarskiego (prof. Tykarski kierował uczelnią przez dwie kadencje, więc nie mógł już kandydować).
Mało rektorek
Po tegorocznych pierwszych etapach wyborów widać wyraźnie jeszcze jeden trend – brak kobiet. Tych zdobywających najwyższe stanowiska, jak i tych ubiegających się o nie. - Co jest naturalnym mechanizmem obronnym, bo skoro nie wygrywają, to dlaczego mają się ubiegać o awanse – wyjaśnia dr Anna Górska z Katedry Zarządzania Zasobami Ludzkimi z Akademii Leona Koźmińskiego, dyrektorka Centrum Badań Kobiet i Różnorodności w Organizacjach. Na razie jedyna jak dotąd rektorka została wybrana w Państwowej Akademii Nauk Stosowanych w Jarosławiu. Dr Beata Rejman zastąpiła na tym stanowisku męża, który pełnił tę funkcję przez dwie kadencje.
Kandydatki na rektora ma też Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie, gdzie z obecny rektorem dr. hab. Jerzym Przyborowskim powalczy prof. Joanna Wojtkiewicz z Katedry Fizjologii i Patofizjologii Człowieka. Na Uniwersytecie Śląskim jest troje chętnych: prof. Ryszard Władysław Koziołek, obecny rektor UŚ, prof. Jacek Barcik z Wydziału Prawa i Administracji i właśnie prof. Iwona Loewe z Wydziału Filologicznego. O fotel rektora Uniwersytetu Wrocławskiego chce powalczyć aż siedmiu kandydatów, w tym dr hab. Patrycja Matusz z Instytutu Studiów Międzynarodowych i Bezpieczeństwa (obok m.in. obecnego rektora prof. Roberta Olkiewicza).
Dr Górska porównuje sytuację na uczelniach z biznesem. Firmy chwalą się tym, że coraz więcej kobiet zostaje wicedyrektorkami, zastępczyniami kierowników, a szkoły wyższe pokazują, że mają kobiety na stanowiskach dziekańskich, prorektorskich. Czyli tam gdzie jest dużo pracy. - A stanowiska najbardziej prestiżowe, eksponowane, z największą władzą, czyli rektorzy, są obsadzane przez mężczyzn – mówi dr Górska. - Wygląda to trochę w taki sposób, że kobiety są od pracy, a mężczyźni od tego, żeby się później pod tym podpisać – dodaje.
Zaznacza, że to nie jest nic nowego. Działają tu wielowiekowe stereotypy. - Kobiety są postrzegane w uczelniach jako te od dydaktyki, pracy administracyjnej, czyli tej niewidocznej, bez której jednak szkoła wyższa by nie przeżyła – mówi. Widać to chociażby w feminatywach. Dr Górska obserwuje nieraz, że określenia "adiunktka", "naukowczyni" wciąż traktowane są jako ujma. - Dlaczego? Bo kobiecą pracę zwyczajowo ocenia się jako gorszą, mniej prestiżową – mówi i wspomina swoje badania o sytuacji kobiet na uczelniach w Europie Środkowo-Wschodniej.
- Te na wyższych stanowiskach powtarzały często: „jestem prorektorką, osiągnęłam sukces, ale moi koledzy prorektorzy, którzy teoretycznie są na tym samym poziomie, mają swoje biura, asystentów, ludzi, którymi mogą zarządzać, a ja sama muszę wszystko robić.” Jak wobec tego kobiety mają startować w wyborach rektorskich, ubiegać się o wyższe stanowiska, jak mają tyle dodatkowej pracy? - pyta retorycznie ekspertka. I dodaje: - Rektor nie jest stanowiskiem, które zdobywa się wyłącznie ciężką pracą, nie decydują jedynie merytokratyczne głosy.
Przypomina jeszcze o jednej niewidocznej pracy, czyli obowiązkach domowych, których zazwyczaj mężczyźni nie mają w takim natężeniu. - Nie da się mówić o sytuacji kobiet w jakimkolwiek środowisku zawodowym bez powiedzenia o tej drugiej nieodpłatnej pracy w domu – uważa dr Górska.
Szklany sufit, szklany klif
Podobnie mówiła prof. Elżbieta Żądzińska cztery lata temu tuż po wyborach: - Trzeba będzie zadbać o ciągłość badań, współpracę międzynarodową w czasie izolacji, o zdalną naukę studentów. Będzie dużo pracy, a kiedyś ktoś powiedział, że do trudnej pracy najlepiej nadają się kobiety, może dlatego takie wybory? Ich wyniki podsumowała tak: - Myślę, że przebiłam szklany sufit.
Prof. Żądzińska została wówczas pierwszą rektorką w 75-letniej historii Uniwersytetu Łódzkiego, największej uczelni w regionie. Łódź w ogóle była wyjątkowa pod tym względem, bo na czele trzech uczelni publicznych (z sześciu) stanęły kobiety (dr hab. Milenia Fiedler w Szkole Filmowej i prof. Elżbieta Aleksandrowicz w Akademii Muzycznej).
Chwilę wcześniej również po raz pierwszy w 100-letniej historii uczelni rektorką Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu została prof. Bogumiła Kaniewska. Zarówno ona, jak i prof. Żądzińska zapowiedziały już ubieganie się o reelekcję (na UŁ kontrkandydatem będzie prof. Rafał Matera, dziekan Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego).
W sumie cztery lata temu fotele rektorskie w uczelniach akademickich objęło 14 kobiet, a kolejne osiem wygrało wybory w uczelniach zawodowych. Większość debiutowała w tej roli. Nigdy wcześniej takich statystyk nie było, więc wybory pod tym względem – zwłaszcza na UAM i UŁ – okrzyknięto przełomowymi.
- Skok jest gigantyczny. Można powiedzieć że szklany sufit runął pod naporem chęci zmian – cieszyła się wówczas dr Bianka Siwińska, dyrektor zarządzająca z Fundacji Edukacyjnej Perspektywy. Nowe pokolenie kobiet rektorek nazywała „ewidentnym powiewem świeżości w świecie akademickim”. Sytuacja długo nie potrwała. Według ekspertki zanosi się na to, że kobiet na rektorskich fotelach teraz może być mniej. Dlaczego?
Być może poprzednio "pomogła" ustawa, według której maksymalny wiek kandydata na rektora ustalono na 67 lat. Sporo osób sprawujących już ten urząd nie mogło więc ubiegać się o reelekcję. Znaczenie miało jednak to, że wybory odbywały się w trakcie pandemii, a zarazem dużej niepewności co do przyszłości szkół wyższych. A, co przypomina dr Górska, typowo kobiece cechy, jak demokratyczne podejmowanie decyzji, komunalność, przydają się zwłaszcza w trudnych czasach.
Zdaniem ekspertki przede wszystkim widoczne było tu jednak zjawisko nazywane szklanym klifem. - Gdy sytuacja w otoczeniu jest zła, to wystawia się na pierwszą linię frontu kobietę. Jeśli jej się nie uda, to mała strata, możemy ją poświęcić. Jeśli jej się uda, to znaczy, że nie było aż tak źle, że miała dobry zespół. Czyli znów przypisuje się zasługi otoczeniu zewnętrznemu – stwierdza ekspertka.
Podwyżki zdecydują?
Prof. Antonowicz mimo wszystko przewiduje, że tegoroczne wybory będą przebiegać w dobrej atmosferze. A to za sprawą 30 proc. podwyżek, największych od lat, dla pracowników uczelni, które mają trafić na ich konta w marcu (z wyrównaniem od 1 stycznia). To oznacza, że kandydaci, ci dopiero u progu kampanii, będą wybierani przez społeczność, która otrzyma już wyższe pensje.
Według ustawy podniesiono wynagrodzenie zasadnicze profesora. Z tym wynagrodzeniem skorelowane są inne uczelniane zarobki. Czyli jak wzrasta pensja profesora, to również wzrasta wynagrodzenie doktoranta. Ale sposób podziału pieniędzy szkoły wyższe uzgadniają same w porozumieniu ze związkami zawodowymi.- To, w jaki sposób będą one podzielone wewnątrz uczelni, kto będzie ich największym beneficjentem, może mieć również wpływ na wyniki wyborów. Takiej sytuacji wcześniej nie było – mówi prof. Antonowicz.
Co chwila docierają do nas też informacje o różnych nieprawidłowościach, np. pracownicy Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu głośno mówili o łamaniu tajności głosowania i nieprawidłowych zmianach w ordynacji wyborczej, a studenci UW zgłaszali agitację wyborczą podczas wyborów elektorów. Podobna sytuacja była na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu. Wydaje się, że wcześniej aż tylu emocji wybory rektorów nie wzbudzały. - Docierają do nas informacje o nieprawidłowościach i będą pewnie docierały, bo kiedyś to był zamknięty świat, teraz już nie jest. Dużo więcej wiemy o demokracji akademickiej – ocenia prof. Antonowicz.
Przyznaje, że wydarzenia za kulisami wyścigu do fotela rektorskiego czasami nie licują z powagą instytucji akademickich, ale pomijając to, nie spodziewa się radykalnych zmian i wielu niespodzianek, bo rektorów wybiera się wewnętrznie. Nie ma kandydatów, którzy przychodzą z zewnątrz z programem zasadniczych zmian. - Wybory rektorów to raczej rywalizacja różnych środowisk wewnątrz uczelni, która bardziej przypomina papieskie konklawe niż polskie wybory parlamentarne – porównuje.
Na razie rektorów na kadencję 2024-2028 wybrały już: Uniwersytet Gdański, Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu i Akademie Wychowania Fizycznego w Gdańsku i Krakowie. Wszędzie wygrali dotychczasowi rektorzy. Wyjątkiem jest jedynie AWF w Katowicach, gdzie obecnie urzędujący rektor prof. Grzegorz Juras przegrał z jedynym rywalem prof. Andrzejem Małeckim. Część uczelni jak np. Uniwersytet Jagielloński nie ogłosiła jeszcze kandydatów. Nową kadencję rektorzy rozpoczną 1 września. Możliwa jest tylko jedna reelekcja.
Źródło: Radio ZET
- Niespełna 200 chętnych na księży. W niektórych diecezjach nie było ani jednego kandydata
- Agnieszka Holland nagrodzona przez Szkołę Filmową w Łodzi. Reżyserki zabrakło na uroczystości
- Prof. Bralczyk: „Dobra zmiana, gorszy sort na jakiś czas jeszcze z nami zostaną”
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET