`

Samotność studentów. „Najlepszy czas w życiu? Po studiach już nigdy się nie zobaczymy”

13 min. czytania
15.02.2024 05:00
Obserwuj nas na Google

Na roku kilkaset osób, w grupie kilkadziesiąt. Umawiamy się w kilkanaście osób na spotkanie. Na kilka dni do przodu, nigdy spontanicznie. A potem i tak ktoś odwołuje, nie może i ostatecznie się nie widzimy. Studenci. Kiedyś towarzyscy, otwarci. Dziś coraz bardziej samotni.

Uczelnia
fot. PIOTR KAMIONKA/REPORTER

Nowy rozdział, nowe środowisko, nowa przygoda. Zwłaszcza po słabych wspomnieniach z liceum. W końcu inny świat. Wiktoria powtarzała to sobie i z ekscytacją wyczekiwała studiów, dodatkowo kolorowanych barwnymi opowieściami znajomych i rodzeństwa. Dostała się na psychologię na jedną z prywatnych uczelni w Warszawie.

Z pierwszego spotkania pod salą wykładową rzeczywiście pamięta ekscytację. Była to już połowa drugiego roku. Wcześniejsze semestry spędziła w pokoju na nauce zdalnej. Na uczelni przez ten czas była raz – podbić legitymację. Po powrocie do zajęć stacjonarnych raz wyszła na spotkanie integracyjne i raz spotkała się z jedną koleżanką. Na tym się skończyło. Gdy na uczelni siadała obok znajomych z grupy, słyszała, że zdarzało im się widzieć po zajęciach, ale zazwyczaj wcześniej zgadywali się online. Ona kontaktów przez internet nie potrafiła podtrzymywać.

Po trzecim roku wybierali specjalizacje. Grupy ćwiczeniowe się przemieszały i i tak kruche znajomości trzeba było zaczynać od nowa. Wiktoria, obecnie na czwartym roku, jest tylko z jedną osobą z poprzedniej grupy, ale znajomość kończy się na cześć-cześć. Lubi swoje towarzystwo, ciszę, spokój, ale nieraz wieczorami chciałaby móc wyjść na piwo czy koncert z ludźmi z roku. I nawet nie chodzi o samo wyjście, tylko o możliwość. Wiktoria nie nazywa tego samotnością, tylko momentami. W których żałuje, w których czuje, że coś ją ominęło.

Wspólna nauka, ale online

Kornelia doskonale rozumie te momenty. Skończyła właśnie trzyletni licencjat z zarządzania w Łodzi. Na roku było 50 osób. Miała dwie bliskie koleżanki. Kontakt z jedną już się urwał. - Z trzech lat studiów prawie dwa mieliśmy online – przypomina jednak. Od początku czuła też, że to nie jest jej kierunek, środowisko. Co innego prawo, które jednocześnie studiuje. Tu zna się z wieloma osobami. To znaczy zna ich z imienia. - To nie jest takie oczywiste – zaznacza. Rok liczy ok. 140 osób.

Kornelia może powiedzieć, że znalazła tu dwie przyjaciółki. Trafiły do tych samych grup, więc widują się praktycznie codziennie. Dzięki temu i po zajęciach łatwiej się zobaczyć. Rok temu np. miała całkiem dobry kontakt z trójką innych znajomych, bo wybrali te same ćwiczenia. W tym roku nie mają żadnych zajęć wspólnie, więc nieraz przez miesiąc Kornelia ich nie widzi. - Chcąc nie chcąc, to grono jest mniejsze, ale fajnie, że chociaż jest - mówi.

Z przyjaciółkami na spotkania muszą się umawiać z kilkudniowym wyprzedzeniem, bo Kornelia pracuje dorywczo w kancelarii. Czasem więc widzą się dwa razy w tygodniu, najczęściej u którejś w mieszkaniu, a czasem zero. Jeśli spontanicznie to raczej w okienkach na kawie.

Weekendy odpadają, bo przyjaciółki wracają do domów – jedna mieszka w Piotrkowie, druga w Mińsku, Kornelia jest akurat z Łodzi. - Przynajmniej codziennie nie dojeżdżają, a na takie rozwiązanie decyduje się wiele osób. Wtedy już w ogóle trudno byłoby się spotkać poza uczelnią – mówi. Na sesję dziewczyny też porozjeżdżały się do domów, chociaż uczyły się wspólnie. To znaczy przez kamerkę na Teamsach – otwierały książkę, powtarzały materiał. System zadziałał. Wszystko zdały.

Redakcja poleca

Najwięcej spotkań? W czasie nauki zdalnej

Bartek, student prawa, o rok młodszy od Kornelii, tylko i aż przez rok studiował zdalnie. Mimo wszystko od początku przeprowadził się z domu rodzinnego, prawie 200 km, do Łodzi. Specjalnie też zamieszkał w akademiku. Lubi towarzystwo, spotkania nawet w dużych grupach. - Przyjechałem 30 września, a 1 października już wyszliśmy na imprezę z tymi, co przyjechali albo mieszkali w Łodzi na stałe – wspomina. Z każdym kolejnym tygodniem spotkań było mniej, a kontakt ograniczał się do messengera, okazjonalnie discorda.

Akurat messenger plus wspólne zainteresowania pozwoliły mu stworzyć paczkę znajomych. - Wszyscy z nas grali w Europa Universalis IV, która umożliwia rozgrywki multiplayer. Zaczęliśmy razem grać i tak powstała wspólna grupa na messengerze – wspomina. Potem okazało się, że wszyscy mniej lub bardziej interesują się historią i polityką. Dziś po niecałych trzech latach studiów może powiedzieć, że ma jednego przyjaciela i trzech dobrych kolegów. I „wspólny” bar. Jeden z ich paczki pracuje tam jako barman, więc spotykają się u niego raz w tygodniu. - Ja przez pracę rzadziej, raz czy dwa razy w miesiącu – Bartek pracuje w kancelarii.

Czasami gdy jest jakaś głośna premiera, większą grupą idą do kina. Ostatnio wybrali się na „Napoleona”, ale Bartek nie mógł, był w pracy. Chętnych do wspólnej nauki raczej nie ma za dużo. Ale po egzaminie idzie się za wydział do palarni i obgaduje pytania. Głównym narzędziem komunikacji pozostaje jednak messenger: do spraw towarzyskich i tych związanych ze studiami. Bartek gdy się tak na chłodno zastanawia, to paradoksalnie najwięcej imprez, spotkań miał na pierwszym zdalnym roku, głównie za sprawą akademika. - Integracji, wyjść jest mniej w porównaniu do tego, co opowiadali mi rodzice, znajomi – mówi.

Do kogo pójść, zadzwonić?

- Kiedyś pokłóciłam się z chłopakiem. Wybiegłam z mieszkania i zorientowałam się, że nie mam do kogo pójść, zadzwonić – to doświadczenie Natalia, studentka pierwszego roku medycyny w Warszawie, wspomina do dziś. Ostatecznie zadzwoniła do mamy, ale obiecała sobie, że więcej takich sytuacji nie będzie. Tylko jak to zmienić? - Czuję się jak w potrzasku – przyznaje. Z licealnymi koleżankami, przez to, że w trakcie nauki zmieniała profil klasy, nie złapała mocnego kontaktu. Sprowadza się on raczej do przesłania życzeń na święta. Z podstawówki ma przyjaciółkę, ale ta poszła na studia do Wrocławia. Natalii brakuje spontanicznego wyjścia z nią na spacer.

Redakcja poleca

Liczyła na ludzi z roku, ale skończyło się na trzech spotkaniach pozauczelnianych: wyjściu integracyjnym grupy dziekańskiej, wspólnej kawie z koleżanką z grupy i wspólnej nauce z trzecią koleżanką. - Która w zasadzie już wszystko umiała, więc nie za bardzo się zgrałyśmy – wspomina. Jeśli rozmawiają przed zajęciami, to głównie o studiach. Czasem wydaje jej się, że jej rodzice mają więcej z życia towarzyskiego niż ona. Nie wie, czy to specyfika stolicy - Natalia pochodzi z małej miejscowości w woj. łódzkim - czy kierunku, ale czuje się obco.

- Na roku jest kilkaset osób, w grupie kilkadziesiąt. Umawiamy się w kilkanaście osób na spotkanie. Oczywiście na kilka dni do przodu. A potem i tak ktoś odwołuje, ktoś nie może, bo się uczy i ostatecznie się nie widzimy – opowiada. Po egzaminie raczej każdy rozchodzi się w swoją stronę. Żeby dać odpoczynek głowie po wymagającej nauce i w końcu kogoś poznać, zapisała się na zumbę. - Każda przychodzi, bierze matę i siada z telefonem. Zaraz po wyłączeniu ostatniej piosenki znów każdy za nie łapie i rozchodzi się do szatni – opowiada.

Pierwsza wprost używa słowa: samotność. - Nie powinnam tak się czuć, bo przecież mam chłopaka i jest mi z nim dobrze, ale czasem łapię się na tym, że gdybym np. zrezygnowała ze studiów, to nikt by się nie zorientował, że mnie brakuje na zajęciach. – mówi.

Po zajęciach praca

Samotny student. Pojęcia te wydają przeciwstawne, a jednak. Prof. Ryszard Cichocki, socjolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, ze zrozumieniem kiwa głową i bez dłuższego namysłu wylicza: studenckie kluby, pisma, teatry, dyskusyjne kluby filmowe. W skrócie – miejsca integracji, które skupiały studentów. W dodatku na pięć pełnych lat.

Praca? On akurat statystował w teatrze, ale był wyjątkiem. Zdecydowana większość mieszkała w akademikach. W trakcie wakacji czy ferii w 20,30-osobowych grupach wyjeżdżali w Tatry. Działał też Tinder. Tylko nazywał się czytelnią wydziałową. W kolejce po wolny stolik stało nieraz 30 osób. I rozmawiało.

Już jako wykładowca prof. Cichocki wchodząc do auli, od razu widział układ sympatii i antypatii. Tak samo w czasie sesji, gdy studenci czekali na egzamin ustny pod jego pokojem. Wspólnie powtarzali i przy okazji zaprzyjaźniali się. Gdy wychodzili na przerwę, obserwował grupki palaczy na dworze. Stali razem, w kółku i rozmawiali.

Teraz większość studentów na przerwie nie wychodzi z sali, tylko otwiera komputery, telefony. Egzaminy wolą pisemne, na auli coraz częściej siedzą rozsiani. Czytelnie są wspaniale wyposażone, ale puste. Brak miejsca w akademikach i drogie koszty wynajmu mieszkań powodują, że większość dojeżdża nawet z odległych miejscowości do Poznania. Do tego wszedł podział na licencjat i magisterkę i specjalizacje. A po zajęciach przygniatająca większość pracuje.

Redakcja poleca

Przekonała się o tym prof. Izabela Warwas z Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego Uniwersytetu Łódzkiego. Studenci poprosili ją o przesunięcie zajęć z godz. 13 na 16.45. Zgodziła się i żałowała. Byli bardzo zmęczeni. - Pogadałam z nimi o tym. Okazało się, że wcześniej większość była w pracy, dlatego chcieli przesunięcia zajęć, żeby móc iść na całą zmianę. To gdzie jeszcze integrowanie się, wspólne wychodzenie, jak mają studia, pracę, już jakieś zawiązki? - mówi prof. Warwas.

- Ze starszych pokoleń niemal każdy powie, że studia to był najlepszy czas w życiu. Łączyły wspólne przeżycia. Dzięki temu więzi są do dzisiaj utrzymywane. Obecnie studiujący nigdy nie spotkają się po studiach w większym gronie - dodaje prof. Cichocki.

Najbardziej samotne pokolenie

Do czynników utrudniających nawiązanie głębszych więzi, które wyliczył socjolog, dochodzi jeszcze jeden. Czyli brak umiejętności ich nawiązywania. - Kiedyś żyliśmy w „wioskach więzi”. Dzieci były wychowywane przez rodziców, dziadków, sąsiadów, nauczycieli. Znały też innych dorosłych z okolicy, którzy znali ich rodziców i tworzyli pewną całość: pana z kiosku, właścicielkę osiedlowego sklepiku itp. Dzieci funkcjonując w tych “wioskach”, bawiąc się ze sobą na podwórkach, nabywały kompetencji społecznych - mówi Kamil Rogulski, trener kompetencji miękkich i społecznych współpracujący z poradnią psychoterapeutyczną Yourvoice.pl.

Teraz rodzina składa się zwykle z rodziców i dzieci, a te zamiast bawić się z innymi, spędzają czas z dorosłymi. Większość komunikacji przerzucają do internetu. Rogulski widzi to chociażby po swoich 10-letnich kuzynach, którzy spędzają czas razem, grając na telefonach. - Owszem grają razem w tę samą grę, więc tworzą jakąś społeczność, ale komunikują się niebezpośrednio. Nawet siedząc godzinami w tym samym pokoju. Jeśli zaczynamy od takiego poziomu, to potem przekłada się to na funkcjonowanie w podstawówce, liceum i na studiach - mówi.

Według niego jeśli nie potrafiliśmy budować dobrych, głębokich relacji w szkole średniej i wcześniej, to wiara w to, że nagle się coś zmieni jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, tylko dlatego że zmieniło się środowisko, jest myśleniem życzeniowym. - To co spotyka nas na studiach, jest kontynuacją tego, co było wcześniej – podkreśla.

Dlatego zdaniem prof. Cichockiego jeszcze bardziej samotnym pokoleniem jest pokolenie obecnych 30-latków. W czasie ich szkoły i studiów, czyli w pierwszej dekadzie XXI wieku na skalę masową rozpoczęła się atomizacja. - Ci ludzie będą mieli wysokie wskaźniki rozwodów, wąski krąg przyjaciół. To być może będzie najbardziej samotne na starość pokolenie – przewiduje prof. Cichocki. Jak wylicza, kiedyś samotność zaczynała się tuż przed 70. rokiem życia. Teraz w okolicach 55. roku, a w pokoleniu obecnych 30-latków rozpocznie się pewnie przed 50-tką.

Mogliśmy to przewidzieć

Dr Urszula Sajewicz-Radtke, psycholog ze Specjalistycznej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej Tęcza w Gdańsku, uważa, że patrząc na obecnych 20-latków, powinniśmy patrzeć jeszcze bardziej wstecz, czyli na ich rodziców. Tam jest część odpowiedzi na pytania, dlaczego młodzi ludzie przestali stawiać akcent na wspólnotowość, poświęcenie swojego "ja" na rzecz grupy. - Trzeba spojrzeć na to, jak funkcjonowała rodzina - mówi specjalistka. - Jaka była relacja z mamą, tatą, z rodzeństwem. Bo potem w społeczeństwie funkcjonujemy według nabytych w dzieciństwie schematów - dodaje Rogulski.

Według psycholożki ten kryzys mogliśmy przewidzieć. - My specjaliści wiedzieliśmy, że unikanie relacji, niewyposażanie dzieci w kluczowe kompetencje społeczne, może prowadzić do zwiększenia częstotliwości wystąpienia zaburzeń psychicznych – mówi. A po drodze do samotności i braku wsparcia rówieśniczego. Czyli chociażby wspólnego przeżywania sesji, powodzeń i niepowodzeń, dawania ujścia tym emocjom i dzielenia się nimi.

- Co jest zresztą jednym z poważniejszych problemów. Wsparcie społeczne jest kluczowe dla zdrowia psychicznego i fizycznego – mówi Sajewicz-Radtke i podaje przykład badań: - Osoby po zawałach przy wsparciu społecznym nie tylko szybciej zdrowieją, ale też mają większą szansę na uniknięcie kolejnego zawału. Mamy masę badań pokazujących, że samotność wyniszcza. Fizycznie i psychicznie.

Zaznacza od razu, że czymś innym jest bycie samemu z wyboru. A czymś innym jest poczucie osamotnienia, czyli niezrealizowana potrzeba bycia z innymi. - Możemy się oszukiwać, że zdalna praca jest ok, ale człowiek to istota stadna i potrzebuje relacji z innymi ludźmi. Pandemia nas nauczyła tego boleśnie – dodaje dr Urszula Sajewicz-Radtke.

Lepiej zostać w domu

Prof. Cichocki zauważa, że w grupach studenckich często też brakuje lidera, który skupiałby wokół siebie ludzi. Taką rolę przyjął Miłosz, student I roku prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Najpierw pojechał na obóz integracyjny z kołem naukowym. Tam poznał starszych studentów, którzy wprowadzili go w uczelniane tematy. Jeszcze w wakacje założył grupę na facebooku dla całego roku liczącego 350 osób i był tam w stanie odpowiedzieć na każde pytanie.

Opowiadając mi o tym, zaczyna zastanawiać się, czy gdyby on nie przyjął takiej roli, którą zresztą przyjmował już w szkole, to znalazłby się ktoś inny, kto zebrałby rok w całość. - Wybijają się pewne jednostki, które są jednocześnie aktywne internetowo. Nieśmiałe osoby przez media społecznościowe mają gorszy start – zauważa. Chociaż przypomina mu się jego kolega introwertyk, z małej miejscowości, który postawił sobie za punkt honoru znaleźć przyjaciół na studiach. Przełamał się, znalazł trzy takie osoby i dalej już nie ma potrzeby się integrować.

- Na pewno trzeba siebie i innych teraz bardziej motywować do regularnych spotkań poza zajęciami. Grupy internetowe teoretycznie chronią przed „wypadnięciem” z obiegu, ale jednocześnie pozwalają coś ominąć, co można od razu nadrobić na grupie. To demotywuje do wychodzenia z domu – stwierdza Miłosz. Zauważył też, że studenci wartościują wykładowców pod względem marnotrawienia czasu. Jeśli w bibliotekach i domu szybciej przyswoją wiedzę niż na nudnie prowadzonych zajęciach, to nie widzą sensu bycia na uczelni. - Można spokojnie przeżyć na UJ-cie, przychodząc tylko na egzaminy - opowiada Miłosz.

Warszawa czy Lublin

Dr Sajewicz-Radtke zgadza się z tym, że technologiczne aspekty są ważne w budowaniu relacji, wypełniają pewną lukę komunikacyjną, mogą być uzupełnieniem kontaktu, ale nie ma nic ważniejszego w prawidłowym rozwoju emocjonalnym i społecznym niż spotkanie na żywo. - Relacje internetowe są płytkie. Zaraz pewnie usłyszę od młodych ludzi, że się nie znam, ale proszę sobie przypomnieć domowe imprezy. Godzina pierwsza, druga w nocy, zaczyna się senny nastrój i nocne rozmowy w kuchni. Na głębokim poziomie o delikatnych kwestiach. Nie chcemy, żeby został dowód na nie w postaci zapisu w internetowej konwersacji - opowiada.

Porównuje do tego rozmowę online, z której łatwo można się z wycofać w każdej chwili. Coś się dzieje niewygodnego, to się rozłączam. - Dlatego młodzi ludzie mogą bać się wchodzić w relację w cztery oczy, bo mogą nie mieć odpowiednich strategii, aby poradzić sobie z sytuacją, gdy będzie np. lekko niewygodnie – mówi psycholożka. Anna, studentka medycyny na UKSW w Warszawie, widzi to na przykładzie swojej grupy dziekańskiej. Jeśli chodzi o pożyczenie notatek, wymienienie się książkami, to w zasadzie każdy jest pomocny. Ale na tym i na kilku wyjściach na miasto się skończyło. O głębszych rozmowach nie ma raczej mowy.

Według prof. Warwas, drugorzędnie, ale jednak, może też na to wpływać przestrzeń. U niej na wydziale po remoncie, gdy pojawiły się pufy do siedzenia, mini kuchnia, to studenci chętnie tam wspólnie spędzają czas. Choć często widzi ich z telefonami. - Być może to też inaczej wygląda w mniejszych miastach typu Lublin, gdzie jest bardziej kameralnie. Wszystko jest skupione w jednym miejscu. Inaczej jest w Warszawie – mówi.

Rok temu na facebookowej grupie "Studenci UW" jeden ze studentów prawa napisał: „Czuję się samotnie wśród kilkuset studentów WPiA. (…) Mam kochającą dziewczynę, fajną pracę, wiele zainteresowań, hobby i martwe życie towarzyskie". W ciągu zaledwie kilku dni pod postem pojawiło się blisko 500 reakcji i 90 komentarzy, często brzmiących: „mam tak samo”. - Na plus wyróżniają się grupy erasmusowe. Widać, jak chętnie się integrują. Czasem narzekają, że poznają stosunkowo mało Polaków. Brakuje im kontaktu z naszymi studentami – mówi prof. Warwas.

Sylwester? W domu

Czy dwudziestoparolatkowie mogą jeszcze nauczyć się relacyjności i budowania więzi w grupach? - Oczywiście. I nie trzeba skomplikowanych terapii. Nie musimy siedzieć i płakać nad zdrowiem przyszłych pokoleń – odpowiada od razu dr Sajewicz-Radtke. Chociaż od razu dodaje, że wymaga to samozaparcia i intensywnej pracy młodych ludzi.

Prof. Cichocki zauważa, że przeszły przez to prawie wszystkie społeczeństwa zachodnie. Np. w Niemczech samotne młodsze pokolenia pojawiały się już w latach 90. Dlatego teraz buduje się tam systemy reintegracji. Należą do nich np. uniwersytety trzeciego wieku. - Fantastycznie zintegrowane środowiska osób starszych, które miały jeszcze kompetencje towarzyskie. Studenci mogliby się od nich wiele nauczyć – mówi prof. Cichocki.

Kamil Rogulski zaobserwował, że osobom nieśmiałym, niepewnym pomaga taniec, teatr, śpiewanie w chórze. Aktywności, które uruchamiają ciało i mobilizują do bycia z ludźmi. Bez telefonu. W pełnym kontakcie. Być może studia w wypadku niektórych nie muszą już spełniać funkcji towarzyskiej. Można to zrekompensować sobie np. w pracy. - Pewnie niektórym rekomendowałby terapię, warsztaty psychologiczne, bo często dochodzą tu trudności osobiste np. lęk przed bliskością czy trudności z poczuciem własnej wartości – mówi. - Zmianę często warto zacząć od siebie a nie od zmiany środowiska - dodaje.

- Sami wykładowcy mogą nie wiedzieć, jakiej pomocy udzielić studentom, bo nie rozumieją tego problemu. Nigdy go nie mieli i to nie do końca też jest ich rola na tym etapie edukacyjnym. Możliwe, że jest to nowe wyzwanie dla nauczycieli akademickich – uważa dr Sajewicz-Radtke. Inaczej, jak mówi, będziemy musieli się pogodzić z tym, że problem prawdopodobnie odczujemy także później, w pracy. - Ludzie będą konkurowali ze sobą. W starszych pokoleniach awansowało się grupami – wyjaśnia prof. Cichocki i znów wraca do Niemiec.

Tam panował zwyczaj, że każdy student przez czas nauki notował kontakty do ważnych osób. Na koniec studiów miał nieraz 600 nazwisk. Im częściej czyjeś nazwisko się pojawiało, tym ten ktoś miał szansę szybciej awansować. - To jest potężny mechanizm. Jedni ciągnęli drugich za sobą. Teraz tego nie będzie. Chociaż może następne pokolenie czegoś się nauczy z samotności poprzedników – mówi prof. Cichocki.

Bartek do tego poleca jak najwięcej wychodzić z domu. I szukać osób o podobnych zainteresowaniach. Stara się już nie porównywać z opowieściami, które słyszał o studenckich czasach. Kornelia nie obiecuje sobie, że przyjaźnie, które ma, zachowa na całe życie, ale na pewno chce o nie zadbać. Na czwartek umówiła się z ostatnią koleżanką z zarządzania.

Wiktoria w pracy – od dwóch lat dorabia na infolinii - poznała cztery bardzo dobre koleżanki, z którymi zdarza jej się wychodzić. Natalia zaciska zęby i powtarza sobie, że to dopiero początek studiów. W końcu jej kierunek trwa wyjątkowo długo, bo sześć lat. Na razie po sesji z ulgą pojechała w rodzinne strony. Prof. Cichocki co roku pyta swoich studentów, jak spędzają Sylwestra. Od kilku lat słyszy jedną odpowiedź, że siedzą w domu.

Źródło: Radio ZET

Nie przegap

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET