Rekrutacja do szkół ponadpodstawowych pierwsza taka od lat. Wchodzimy w niż
W tym roku do szkół ponadpodstawowych w większości miast pójdzie o ponad połowę mniej dzieci niż rok temu. To oznacza prostszy do ułożenia plan lekcji, sale bez dostawiania krzeseł i więcej oddechu na korytarzach. A co z pracą dla nauczycieli?
Żeby zrozumieć, skąd ten spadek, trzeba cofnąć się o kilka lat. Najpierw do września 2019 roku. Wtedy do szkół średnich zawitała na dobre reforma edukacji minister Anny Zalewskiej, a wraz z nią podwójny rocznik. Czyli ostatni absolwenci gimnazjów i pierwsi uczniowie po zreformowanych, ośmioklasowych podstawówkach. W najlepszych liceach i technikach niektóre klasy składały się niemal z samych olimpijczyków, o jedno miejsce walczyło nieraz pięć osób, a rekrutacja trwała do końca wakacji.
Po 1 września nie było lepiej. Młodzież uczyła się na dwie zmiany, z okienkami, wychowaniem fizycznym na korytarzu i lekcjami do godz. 18. Zaledwie trzy lata później obserwowaliśmy powtórkę z rozrywki. We wrześniu 2022 licea, technika i branżówki musiały przyjąć 1,5 rocznika. Na niego składały się dzieci, które poszły do szkoły w wieku siedmiu lat i część rocznika, który zaczął naukę w wieku sześciu lat - zgodnie z reformą obniżającą wiek szkolny.
Tymczasem w szkołach średnich był już tzw. podwójny rocznik minister Zalewskiej. W ten sposób reformy nałożyły się na siebie, sprawiając, że nie miał kto uczyć, ani gdzie. Ostatnie kanciapy i dziuple – nazywane tak przez uczniów – przerabiano na sale, w których młodzież siedziała nieraz do godz. 20. Nauczycieli niemal błagano o wzięcie nadgodzin. Gdy jakoś wszystko udało się poukładać, przyszedł rok szkolny 2023/2024 i kolejne 1,5 rocznika, czyli "pozostałości" po obniżonym wieku szkolnym.
Wolnych kanciap i dziupli już nie było, więc np. do szkolnej kuchni przenoszono biblioteki, a z biblioteki robiono już nie jedną, a dwie sale lekcyjne. Do najlepszych liceów nie dostawali się już nawet olimpijczycy, a z powodu braku nauczycieli młodzież tygodniami nie miała np. matematyki. Ci którzy pracowali, więcej nadgodzin wziąć już nie mogli.
Rekrutacja do szkół w końcu spokojna
- Jeszcze przez kilka najbliższych lat w szkołach ponadpodstawowych będą uczyli się uczniowie z podwójnych roczników. Natomiast nadchodząca rekrutacja będzie dużo spokojniejsza dla absolwentów ósmych klas i ich rodziców - zapowiada Martyna Skalska z łódzkiego urzędu miasta. Jak to wygląda w praktyce, opowiada Sylwia Blomberg, dyrektorka XXI LO w Łodzi. - Rok temu mieliśmy najpierw utworzyć cztery klasy pierwsze. W wakacje dostaliśmy prośbę, by powiększyć liczbę miejsc, więc ostatecznie utworzyliśmy pięć klas. W tym roku planujemy trzy nowe oddziały – mówi dyrektorka.
Niemal identyczna sytuacja jest w V LO im. Poniatowskiego w Warszawie. - Będzie zdecydowanie mniej klas, bo jest zdecydowanie mniej dzieci. Rok temu otworzyliśmy sześć klas, teraz będą cztery – wylicza Maciej Rusiecki, dyrektor „Poniatówki”. Różnice między tegoroczną rekrutacją a tą z zeszłego roku widać też w makroskali.
Np. rok temu w Lublinie w rekrutacji wzięło udział 7 tys. kandydatów, z czego ok. 4 tys. z samego Lublina - do szkół średnich w miastach wojewódzkich aplikuje też często młodzież z regionu. Samorząd przygotował w sumie 7,8 tys. miejsc. Obecnie w lubelskich szkołach średnich uczy się 1,7 tys. ósmoklasistów. - Liczba potencjalnych kandydatów do klas I szkół ponadpodstawowych w Lublinie to około 2,5 tysiąca – podaje Monika Głazik z lubelskiego magistratu, wliczając w to już chętnych spoza Lublina. Miasto na wszelki wypadek planuje utworzyć 103 oddziały z 2,8 tys. miejsc. Czyli ponad dwa razy mniej niż rok temu.
We wspomnianej Łodzi w ubiegłorocznej rekrutacji wzięło udział 9,2 tys. chętnych, z czego miejscowych ósmoklasistów było 7,4 tys. Miasto przygotowało wówczas 9,5 tys. miejsc. Zapowiada się, że rywalizacja tak jak w Lublinie będzie o ponad połowę mniejsza. - Szacujemy, że w roku szkolnym 2024/2025 do łódzkich szkół ponadpodstawowych pójdzie około 4 tys. uczniów – informuje Martyna Skalska. Można się spodziewać, że miejsc również będzie więcej niż kandydatów, ale miasto na razie z tymi danymi się wstrzymuje.
Do wrocławskich szkół rok temu próbowało się dostać 10,5 tys. chętnych (8,3 tys. tylko z Wrocławia). Czekało na nich niecałe 12 tys. miejsc. Teraz Wrocław przygotuje o blisko połowę mniej miejsc, bo 6,5 tys. Wszyscy powinni się dostać, bo w tym już uwzględniono ewentualne aplikacje spoza miasta.
Idzie niż. Co z pracą dla nauczycieli?
Rekrutacja w Warszawie rok temu była jedną z najtrudniejszych, jak nie najtrudniejszą, w kraju. Ok. 33 tys. kandydatów (24 tys. z samej Warszawy) ubiegało się o 30,5 tys. miejsc w liceach, technikach i branżówkach. Teraz w stołecznych samorządowych podstawówkach uczy się 10,3 tys. ósmoklasistów. Miasto planuje utworzyć ok. 17 tys. miejsc w liceach, technikach i branżówkach. Dla kandydatów spoza Warszawy zostawiono więc sporą rezerwę.
- Na korytarzach będzie luźniej. Plan lekcji nauczycielom też będzie nieco łatwiej ułożyć – zauważa Maciej Rusiecki, dyrektor V LO w Warszawie. Nieco, bo trzeba tu patrzeć na to, ile klas odejdzie. - Przyjmiemy cztery klasy, a odejdzie od nas pięć klas – przypomina Rusiecki. W XXI LO w Łodzi różnica jest również w jednej klasie – odejdą cztery klasy czwarte, przyjdą trzy.
Patrząc na całe miasto, szkoły średnie skończy 4,2 tys. osób, a przyjdzie ok. 4 tys. W Lublinie w ostatnich klasach jest obecnie ponad 3,6 tys. uczniów, a potencjalnych kandydatów do klas pierwszych - przypomnijmy - ok. 2,5 tys. I to dopiero początek. - Wkracza niż demograficzny – stwierdza Rusiecki.
Skrzętnie dokupowane meble, sprzęty pójdą więc w odstawkę, a wyremontowane sale znów zmienią się w nieużywane kanciapy. O długofalowych inwestycjach i planach trudno tu więc mówić. Gdy słychać hasło „niż”, zaczynają się jednak przede wszystkim pytania o miejsca pracy. - Absolutnie nie spodziewam się zwolnień. Przynajmniej u nas w szkole nie przewiduję – uspokaja dyrektor warszawskiej "Poniatówki".
W stolicy sytuacja jest specyficzna. Przy drogich kosztach życia w Warszawie, szerokich możliwościach pracy w wielu innych firmach, a przede wszystkim ze względu na zarobki niewiele osób decyduje się na pracę w edukacji. Stąd na stronie mazowieckiego kuratorium oświaty widnieje obecnie ponad pół tysiąca ofert tylko ze szkół w samej Warszawie, a właściwy ruch kadrowy dopiero przed nami.
Zdecydowana większość nauczycieli ma też godziny ponad etat. Gdyby nie to, liczba wakatów byłaby jeszcze większa. W razie mniejszej liczby uczniów szkolnej kadrze odpadną więc godziny ponadwymiarowe, a etaty zostaną. Podobnie będzie w innych dużych miastach. - Nie planujemy większych roszad – potwierdza Sylwia Blomberg. Rezerwa zostaje też w postaci liczebności klas. Te teoretycznie rok czy dwa lata temu miały liczyć po 30 osób. Limity jednak zwiększano do 32,33, a ostatecznie w wielu klasach lądowało po 35 osób. W Warszawie wyjątkiem nie były też 40-osobowe oddziały. Teraz w końcu będzie można wrócić do 30-osobowego składu.
Mniejsze klasy, etaty dla nauczycieli
Większe miasta są też w lepszej sytuacji ze względu na wspomnianych uczniów z okolicznych miejscowości. Zjawisko to przybiera na sile. M.in. z tego powodu np. Wrocław jest na plusie. Szkoły średnie opuści tu 4,8 tys. osób, a przyjdzie ponad 6 tys.
Mniejsze miejscowości, z których młodzież przenosi się właśnie do takich miast jak Wrocław, tracą więc potencjalnych uczniów, których i tak nie było w nadmiarze. Po drugie wynagrodzenia nauczycieli są w takich rejonach relatywnie wysokie w porównaniu do innych zawodów, więc ludzie chętniej przychodzą pracować do szkół. Na wakaty aż tak nie można tam narzekać. Przekonała się o tym Marzena Waksmundzka, dyrektorka Zespołu Szkół Ekonomicznych w Nowym Targu. Obecnie poszukuje psychologa - o tego trudno bez względu na rejon kraju - ale o pozostałej szkolnej kadrze mówi: - Mam. Aż za dużo - i już myśli o dalszej przyszłości.
Prawdziwy niż demograficzny szkoły średnie dopadnie za trzy lata. Wtedy to ostatnie półtora rocznika skończy szkolną edukację, przynajmniej w liceach. Część nauczycieli pracujących dziś na 1,5 etatu może zostać z zaledwie połowicznym zatrudnieniem. Dlatego dyrektorzy już apelują m.in. do Ministerstwa Edukacji Narodowej o to, by odgórnie zmniejszać liczbę uczniów w klasach do kilkunastu. To ich zdaniem jedyne rozwiązanie. Nauczyciele nie stracą godzin, a młodzież w końcu będzie mogła uczyć się w mniejszych grupach.
Źródło: Radio ZET
- Polonista o kanonie lektur: Może być obszerny, gdyby uczeń z niego wybierał jak z pudełka czekoladek
- Tydzień z życia nauczyciela. "Dojechałam do grudnia i dopadło mnie wycieńczenie"
- Gdy córka poszła do liceum, dzień po dniu zaczęła nam gasnąć
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET