Tydzień z życia nauczyciela. "Dojechałam do grudnia i dopadło mnie wycieńczenie"

7 min. czytania
26.01.2024 09:04
Obserwuj nas na Google

SZKOŁA OCZAMI NAUCZYCIELA. - W tym roku dojechałam do grudnia i dopadło mnie wycieńczenie. Rozchorowałam się na święta - opowiada Magda, nauczycielka biologii. Dlatego mówi o sobie z przekąsem "idealny nauczyciel". Według szkolnego powiedzenia to taki, który choruje w ferie, umiera w wakacje.

Szkoła
fot. TADEUSZ KONIARZ/REPORTER

Szkoła oczami… - to nasz autorski cykl, w którym przedstawiamy historie uczniów, nauczycieli i rodziców z różnych miast i szkół. Kolejni nasi bohaterowie opowiadają nam, jak wygląda ich szkolny tydzień, co odpowiada im w polskiej edukacji, co by zmienili. Każda z tych grup – uczniowie, rodzice, nauczyciele – współtworzy polską szkołę. Jednocześnie często odbiera ją zupełnie inaczej. Połączenie tych spojrzeń daje pełny obraz polskiego systemu edukacji.

Wśród nauczycieli mówi się, że ich prace zrozumie tylko ten, kto jest nauczycielem, albo ma nauczyciela w rodzinie. Żeby zrozumieli też inni, Magda, biolożka z łódzkiego liceum, godzina po godzinie opowiada swój tydzień.

Poniedziałek w szkole jest od 8.15 do 14.45. Najkrócej. W pozostałe dni zaczyna 7.20, kończy o 14.45 lub o 15.40. Praktycznie ciągiem, jak w fabryce. Dwa okienka, które ma w ciągu tygodnia, często wypełniają jej zastępstwa. Do tego trzeba doliczyć tzw. godzinę czarnkową do dyspozycji rodziców. Jak ci nie korzystają, to proponuje uczniom, żeby przyszli, jeśli potrzebują dodatkowego wyjaśnienia materiału.

Uczniów ma pełen przekrój. Od takich, którzy świadomie wybrali rozszerzenie - Magda dostaje głównie profile biologiczno-chemiczne. Do takich, którym nie idzie matematyka i chemia, więc biologia stała się lepszym złem. Są jeszcze tacy, którzy po podstawówce myślą: "lubię kwiatki, zwierzęta, to pójdę na bio-chem". - A potem przychodzi rozczarowanie, bo matura z biologii jest trudna, przekrojowa – opowiada. Magda do tego ma wychowawstwo i prowadzi wychowanie do życia w rodzinie. Znów ze zbieraniną uczniów, bo przedmiot ustalono na 7.25. Godzina z automatu eliminuje tych, co nawet chcieliby przyjść.

22 minuty dla siebie

22 minuty, które spędza w tramwaju, wracając do domu, są czasem dla niej. Może się wtedy wyzerować z tego co w szkole. Przynajmniej na tyle na ile się da. - Nieraz mąż zwraca mi uwagę, że przychodzę i gadam tylko o szkole. Albo w ogóle milczę, bo jak się nagadam przez osiem godzin, to już mi się nie chce o tym opowiadać. Potem więc słyszę: "co nic nie mówisz" - śmieje się. Zazwyczaj jednak rodzina nie widzi, że Magda przychodzi do domu, bo ta zje obiad, posprząta coś w domu, godzina resetu i z powrotem siada do pracy.

- Uczniowie napiszą sprawdzian w 45 minut, a ja go później sprawdzam trzy, cztery godziny – mówi. I tak kilka razy w tygodniu, wieczna praca domowa. Inaczej by się nie wyrobiła, bo zazwyczaj kilka klas ma jednocześnie sprawdziany. Pracę kończy koło 22 i pada. Chwila na kanapie przed telewizorem kończy się przysypianiem. Budzi się więc, przebiera i o piątej rano znów wstaje, żeby uśmiechniętą, zadowoloną pójść do pracy. 22 minuty w tramwaju pozwalają jej tym razem na wejście w szkolny rytm i zapomnienie o tym, co w domu. - Od poniedziałku do piątku jestem w pracy i trochę bywam w domu - podsumowuje.

W sobotę nadrabia domowe obowiązki i rozmowy z mężem, dzieckiem. W niedzielę po obiedzie wraca do pracy – sprawdza klasówki, przygotowuje nowe, planuje, co będzie przerabiać na lekcjach. Nie chce pójść do ucznia i powiedzieć: „poczytaj sobie w książce”.

Redakcja poleca

- W tym roku dojechałam tak do grudnia. Potem dopadło mnie wycieńczenie. Fizyczne i psychiczne. Jeszcze trochę i bym kogoś ugryzła. Przeziębienie szczęśliwie złapało mnie na święta – dlatego mówi o sobie z przekąsem "idealny nauczyciel". Czyli, według branżowego powiedzenia, choruje w ferie, umiera w wakacje. - Większość z nas myśli: "aby z chorobą wstrzymać się do ferii". Na wakacje zawsze mamy poumawiane wizyty lekarskie – opowiada.

Dziewięć godzin dziennie. Jak nie wpaść w rozpacz?

Tydzień pracy Magdy jak w soczewce skupia w sobie główne problemy systemu edukacji. Magda ma 34 godziny (pensum, czyli liczba godzin przy tablicy, to 18 godzin). Dlaczego? Nawet nie muszę pytać. Nie ma nauczycieli. - W tym roku przyszła ratować mnie koleżanka emerytka, bo miałabym już grubo ponad 40 godzin i nie dałabym rady – dodaje Magda. Sama wciąż uważa się za młodego nauczyciela, chociaż jest tuż po 40 i uczy 16 lat. W jej liceum są tylko dwie młodsze od niej nauczycielki. - Jakoś ludzie nie garną się do pracy w szkole, a przecież to taki świetny zawód, z taką ilością wolnego – ironizuje Magda.

Ma też tyle godzin i tyle gada na lekcjach, bo podstawa programowa jest jaka jest. Czyli przeładowana. Magda od razu może wymienić co usunęłaby z biologii. - Metody  biotechnologii. Te techniki tak szybko się zmieniają, że to jest czysto encyklopedyczna wiedza – stwierdza. Z przeładowanej podstawy wynika kolejny problem. Nie tylko Magda praktycznie nie wychodzi ze szkoły. Jej uczniowie często spędzają więcej czasu w liceum niż rodzice w pracy. - Moje klasy mają nieraz dziewięć godzin dziennie. Uczeń musi jeszcze trochę pożyć, a on wraca ze szkoły, zjada obiad i się uczy. Jak tu nie wpaść w rozpacz? - mówi.

Nieraz słyszy od uczniów, że robi trudne sprawdziany. Odpowiada, że zawsze może przygotować łatwiejszy i wstawiać same piątki, bo do czego są potrzebne oceny? Żeby pokazać babci świadectwo i dostać 100 zł. Liczy się wiedza, a nie to, co widnieje na kartce. Zwłaszcza, że nawet przy 100-stopniowej skali nie byłoby sprawiedliwych ocen.

Redakcja poleca

- Tylko na koniec pójdziecie na maturę i co? - tłumaczy zawsze swoim klasom. - Nauczyciel to nie jest ktoś, kto jest przybyszem z innej planety i uwielbia gnębić. Czerpie dziką satysfakcję z tego, że stawia jedynki. Tylko musi stawiać wymagania, które są nałożone odgórnie przez podstawy programowe. Przeładowane podstawy – wraca do początku Magda. I koło się zamyka.

Zrzutka na papier

Jej dzień pracy pewnie inaczej by wyglądał, gdyby też dofinansować szkołę - pracownie, sprzęt. - Zacznijmy od takich podstawowych rzeczy jak papier ksero. Uczniowie nadal się na niego zrzucają – opowiada Magda. - Edukacja bezpłatna w Polsce to mit – uważa. Bo po zrzutkach na papier przychodzą kolejne składki w szkole. Niby dobrowolne, ale żeby pokazać coś dziecku, to trzeba je gdzieś zabrać. - Idealnie by było, gdybyśmy mieli pulę pieniędzy np. na wycieczki, wyjścia do muzeów, żeby nie było eliminacji finansowej – mówi i od razu dodaje: - Tak, ja wciąż jeżdżę z klasą na wycieczki w swoim wolnym czasie.

Na swoim komputerze prowadziła też lekcje zdalne. - Wiem, że bywało różnie, ale gdyby nie nauczyciele podczas pandemii i ich własny sprzęt, to edukacji by nie było – mówi. Sama siedziała i pisała dla uczniów notatki po lekcjach, żeby na pewno wszystko zrozumieli. -  Często to były metody chałupnicze. Ale nam się chciało. To jest coś niesamowitego, że pomimo takich zarobków, jakie mamy, wciąż nam się chce – stwierdza.

Pod tym względem tydzień Magdy też jest typowy. Dopadło ją wycieńczenie, ale wypalenie nie. - Jeszcze mi to sprawia frajdę – mówi. Chociaż szkoła nie była planem na życie. Chciała być lekarzem, ale dostała się na biologię. Do tej pory pamięta pierwszą lekcję, jaką prowadziła, jeszcze na praktykach studenckich, o sercu. - Jak skończyłam, to opiekun stażu powiedział, że dokładnie tak powinna wyglądać lekcja. A ja sobie pomyślałam: „ale to jest fajne”. I cały czas jest fajne. Póki co nie jest mi wszystko jedno – mówi.

Większość lat pracowała w gimnazjum, aż do ich likwidacji i nie da powiedzieć złego słowa o tych szkołach. Jeszcze rok temu, gdyby usłyszała, że na nowo otwierają gimnazja, to poszłaby tam na kolanach. Do tej pory pamięta ostatni dzień w gimnazjum, jeden z trudniejszych w karierze. - Gdy po raz ostatni stamtąd wyszłam, całą drogę ryczałam. Mieliśmy super radę, świetnych uczniów. Byliśmy super zespołem. Kończył się pewien etap mojego życia, który był świetny – wspomina. Dziś już nie chce do tego wracać. Odchorowała to, przepracowała. W liceum czuje się już jak u siebie.

Telewizja bez ministra Czarnka

Po drodze miała jeszcze jedno zawahanie, czy zostać w szkole. W czasie strajku gdy dostali list od rodzica niemal z pogróżkami, w którym zostali zmieszani z błotem. Albo gdy robili sobie zdjęcie przed szkołą, a przechodnie pokrzykiwali na nich. - Zastanawiałam się wtedy, po co ja to robię – wspomina. Dobiły ją egzaminy, w czasie których uczniów pilnowali strażnicy, księża, leśnicy zamiast strajkujących nauczycieli. - To był dla mnie sygnał, że nie jestem potrzebna. Można mnie zastąpić każdym – mówi. Więcej już takich zawahań nie było.

Nieraz dostaje jeszcze, jak obuchem w głowę, wiadomość od rodzica, która skreśla wszystkie jej starania. Ale potem przychodzi uczeń albo absolwent i mówi: „to dzięki pani poszedłem w tym kierunku”, albo „to pani mnie zainspirowała, żeby się tym zająć”. - Wciąż mam kontakt z uczniami z gimnazjum. Chociaż to już dorośli ludzie – uśmiecha się.

Teraz cieszy się, że może ze spokojem, zanim nie zaśnie, pooglądać telewizję i nie widzieć tam ministra Czarnka. - To dla mnie wielkie szczęście, bo miałam wrażenie, że za treści, które przekazywałam na WDŻ zaraz mnie zamkną. Albo będę musiała zejść do podziemia – śmieje się. - Mam tylko nadzieję, że rozliczą pana ministra i jego wille – dodaje.

Najbardziej jednak liczy, że teraz doczeka się odchudzenia podstaw programowych, a nauczycieli chociaż trochę się doceni. Finansowo i słowami, w przekazie. - Nagonka na nas pogłębiła się podczas strajku. Poszło to z góry i tak zostało, kiedyś negatywne głosy nie były tak powszechne – mówi. Ostatnio nawet usłyszała od znajomych: „przecież tobie płacą za 18 godzin pracy.” I tu trzeba wrócić do początku tej historii.

Źródło: Radio ZET

Nie przegap

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET