`

Pracował 40 lat w szkole i mówi pas. "Aplikacja odmierza mi, ile jeszcze dni. Otwieram ją co chwila"

8 min. czytania
22.06.2023 11:59
Obserwuj nas na Google

- Wyobraźmy sobie samolot sprzed 100 lat i porównajmy go z obecnym. Albo samochód sprzed wieku i nowy model porsche albo nawet zwykłą skodę. A porównajmy szkołę sprzed 100 lat i obecną. Ona się niczym nie różni. Jest ciągle kanon lektur, dzwonek, dyscyplina - mówi Bogusław Olejniczak, dyrektor XI LO w Łodzi, który po 40 latach pracy w szkole - w tym przeszło 20 jako dyrektor - odchodzi.

Szkoła
fot. Stanislaw Bielski/REPORTER

Aleksandra Pucułek: Rozglądam się po pana gabinecie i niewiele się zmieniło od czasu, kiedy pięć lat temu zaczynał pan tu swoją pracę.

Bogusław Olejniczak, dyrektor XI LO w Łodzi: - Część rzeczy już zabrałem. Zostały dwa zegary.

I jak się pan czuje?

- Doskonale. Już mało dni zostało.

Ile?

- 70 dni łącznie z niedzielami i świętami do 31 sierpnia, czyli do końca mojej kadencji jako dyrektora. Kilka miesięcy temu ściągnąłem aplikację, która mi to oblicza. Otwieram ją bardzo często.

Co dalej?

- Targają mną dwa uczucia. Radości, bo będzie coś innego. Z drugiej strony żalu, bo zostawiam coś, co po raz wtóry jest moim dzieckiem i muszę je opuścić.

Musi pan? To ostateczna decyzja?

- Tak, konkurs na dyrektora tej szkoły odbył się 9 grudnia. Zastanawiałem się, czy do niego przystąpić, ale uznałem, że kultura kadencyjności polega na tym, że przychodzi nowy, młody, a przynajmniej młodszy, dyrektor. Ja osiągnąłem już wiek emerytalny.

Mimo wieku emerytalnego wiele osób wciąż pracuje w szkole.

- Też mógłbym, ale - przynajmniej w szkole publicznej - jestem zawodowo spełniony. Ojciec namawiał mnie, żebym zdobył konkretny zawód. Zostałem ślusarzem, a potem mechanikiem obróbki skrawaniem. Gdy ojciec zmarł, matka namawiała mnie - rób to, co lubisz. Zacząłem studiować pedagogikę. Pracowałem w paru szkołach jako nauczyciel polskiego, bibliotekarz, pedagog. Przez ostatnie 24 lata byłem dyrektorem. Gdy wiedziałem już, że przyjdzie pani na wywiad, zadałem sobie pytanie: czy w Łodzi jest dyrektor, który tak jak ja stworzył z sukcesem dwie szkoły? Nie znam. Stworzyłem gimnazjum nr 1, które zostało zamknięte przez reformę Anny Zalewskiej i obecne liceum. 300 uczniów w tegorocznej rekrutacji wybrało tę szkołę z pierwszego wyboru, a zaczynaliśmy od trzech klas, więc to niewątpliwy sukces.

Redakcja poleca

Gdy powstawały gimnazja, usłyszałem: masz utworzyć nową szkołę. Spytałem, co mam, co mogę dostać? Dostałem ryzę papieru, garść długopisów i pokoik wuefistów przy sali gimnastycznej. Dyrektorka podstawówki, w której powstawało nasze gimnazjum, chciała, żebyśmy zajęli strych. Postawiłem się. Podzieliliśmy szkołę na pół, łącznikiem była sala gimnastyczna. Udało nam się stworzyć super gimnazjum, ale nie udało nam się obronić.

A gdy tworzył pan liceum dostał pan więcej?

- Miałem trochę więcej doświadczenia i lat. Spotkałem się też z otwartością i serdecznością dyrektorki gimnazjum, w którym tworzyliśmy liceum. Tam mieli klasy dwujęzyczne z francuskim. U nas – w gimnazjum nr 1 - była dwujęzyczność angielska. Pomyślałem o liceum z podwójną dwujęzycznością, francuską i angielską. Miasto się zgodziło. Tak powstało XI LO.

Trzykrotnie stawał pan w konkursie na dyrektora szkoły, którą pan wymyślił. Trzykrotnie konkurs nie został rozstrzygnięty, chociaż był pan jedynym kandydatem.

- W komisji byli przedstawiciele miasta, ZNP, ale też „Solidarności” i kuratorium. A ja głośno mówiłem reformie edukacji: nie. Zostałem wybrany na dyrektora XI LO rozporządzeniem prezydent Łodzi. Ale po 24 latach bycia dyrektorem jestem już zmęczony odpowiedzialnością. Dyrektor odpowiada za szkołę przez 24 godziny na dobę. Kiedyś musiałem interweniować w nocy, bo rura pękła. Albo ktoś nie zamknął drzwi i alarm zareagował, bo firanka się poruszyła. U dyrektora w głowie od razu pojawiają się takie myśli: może ktoś się włamał, jakie szkody, jak im zaradzić. Jednocześnie odpowiadamy za zdrowie i życie młodych ludzi. Zdarzały się różne niebezpieczne sytuacje, na boisku, na terenie szkoły. Dochodziło do prób samobójczych. To ciężki kawałek chleba. W dodatku dyrektor często nie spotyka się ze zrozumieniem u swoich przełożonych.

Których?

- Ministerstwo Edukacji i Nauk jest, jakie jest i każdy to widzi. Dla samorządów szkoła to jest wydatek, a nikt nie chce wydawać pieniędzy. Każdy chciałby kupować to, na co ma ochotę.

Myślałam, że to nie wydatek tylko inwestycja.

- W odbiorze społecznym jest to wydatek. Wśród rodziców na szczęście to się już zmieniło. Edukację dzieci odbierają jako inwestycję. Zresztą radością są spotkania z nimi. Chociaż największą radością - i tego będzie mi brakowało - jest przejście przez korytarz i patrzenie na uśmiechy moich uczniów i uczennic. Wiem, że dla nich przywitanie się ze mną nie jest rzeczą łatwą. Taka jest młodzieżowa moda, nie mówi się starym grzybom „dzień dobry”, ale oni wciąż mi mówią i to w sposób szczery i uśmiechnięty. Czują się bezpiecznie przy mnie. Gdy chodzę do innych szkół, widzę dużo tabletowców pod ścianami w czasie przerwy. W tej szkole chciałem, żeby młodzież nawiązywała relacje, budowała je i chyba się udało, bo rzadko zaglądają w czasie przerwy do telefonów, siedzą w grupkach.

Redakcja poleca

Mówiąc o sukcesach, nie powiedział pan nic o ocenach, olimpijczykach.

- Praca w szkole jest przepiękna, ale jedną z trudniejszych spraw jest ocenianie. W szkole XXI wieku w 2023 roku oceny są pojęciem względnym. Musi w końcu przyjść rewolucja w sposobie udzielania informacji rodzicowi i uczniowi o efektach kształcenia.

Ale zmiana chyba musi przyjść od dołu.

- I pójdzie. Wymusi to technika. Liczę na sztuczną inteligencję. 

Na razie budzi ona strach.

- Tak, ale to wszystko zależy od nas, liderów szkolnych. W zeszłym tygodniu zrobiłem szkolenie o chatcie GPT. Wcześniej przeprowadziłem kilka rozmów wśród nauczycieli. Rzeczywiście sztuczną inteligencję odbierali jako zagrożenie, ale po zakończeniu szkolenia część zmieniła zdanie. Pracuję 42 lata w edukacji. Doskonale pamiętam dzienniki papierowe. Nie mieliśmy ani komputerów, ani internetu, nikt tego pojęcia nie znał. Gdy internet wchodził do szkół, to mieliśmy takie same obawy jak dziś: co to będzie w tej szkole, jak zachowają się uczniowie?

Skoro taki przepiękny zawód i rozumie pan teraźniejszość, to wciąż zastanawiam się czemu pan odchodzi.

- Odpowiem tekstem piosenki: trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść, wśród tandety lśniąc jak diament.

Niepokonanym?

- Tak, w ślad za sztuczną inteligencją powinni przyjść ludzie młodzi. Tylko czy przyjdą za 4 tysiące złotych? Bez pomocy społeczeństwa nie da się tego zrobić.

Minister Zalewska czy minister Czarnek. Kto bardziej panu zalazł za skórę?

- Personalnie nikt, bo ani jednej, ani drugiej osoby nie poznałem osobiście. Chociaż tę pierwszą chciałem. Ani jednej, ani drugiej osoby nie jestem sympatykiem, bo to nie jest moja bajka. Ale zawodowo chyba do tej pierwszej noszę większą urazę.

Ministra Czarnka nie chciał pan poznać?

- Nie miałem takiej potrzeby. Gdy chciałem poznać minister Zalewską, to sądziłem, że można z nią rozmawiać na temat reformy edukacji, przeciwko której próbowaliśmy oponować. Gdy wysłaliśmy pismo z prośbą o spotkanie, zadzwonił do mnie wizytator z kuratorium: pani minister będzie jechała z Wielunia i zobaczy się z wami. Zebrałem wszystkich. Rano telefon, że przyjedzie jednak wiceminister. Zostałem wyznaczony do przedstawienia mu naszego stanowiska, ale powiedziałem tylko, że chcieliśmy rozmawiać z panią Zalewską i zaprosiłem go na jarmark bożonarodzeniowy. To są rządy ludzi tępogłowych. Oni nie chcą rozmawiać. Mają swój cel i go realizują.

Czyli?

- Minister Zalewska? Likwidacja gimnazjów. To, co zrobiono z gimnazjami, to potężny błąd w historii edukacji w Polsce. Największy w historii powojennej Polski, jeśli chodzi o oświatę. Cel ministra Czarnka? Likwidacja Karty nauczyciela, stworzenie ideologicznej szkoły. Szkoła zawsze była areną walki o wartości i obawiam się, że w niedługim czasie ta walka będzie ostrzejsza.

Jeszcze?

- Tak, chociaż to nie powinno mieć miejsca. Żeby młodzi ludzie byli w przyszłości piękni, to muszą być otwarci na dwa rodzaje wartości: wolność i miłość. Wolny człowiek jest zdolny do miłości, a miłość dodaje nam skrzydeł i dzięki niej możemy czuć się wolni.

Da się wciąż przekazywać te wartości w polskiej szkole?

- Tak, ale tylko przez wzorce osobowe.

Przez mury szkoły przechodzą wartości, założenia ministra Czarnka?

- W tej szkole pracują nauczyciele o różnych postawach ideologicznych. I nikt im nie zabrania okazywania tego. To co jest najważniejsze to bycie autentycznym. Bądź autentycznym, bo inaczej odpadasz z gry pod tytułem edukacja, pedagogika. Jeśli nie jesteś sobą, to nie masz szans u młodych ludzi. Oni natychmiast wyczuwają fałsz, hipokryzję, obłudę. Można do nich mówić, ale to do nich nie dociera i to jest wielka nadzieja generacyjna. Minister lansuje model władzy w edukacji. Natomiast w szkole są jeszcze ludzie, ich zdrowy rozsądek, atmosfera wśród pracowników i uczniów, bo tylko zderzenie tych dwóch czynników może doprowadzić do sukcesu. Jeśli coś gnije, to będzie psuło cały organizm.

Naczelnym zdaniem szkoły i nauczycieli jest zaopiekowanie się uczniem. Gdy ma on poczucie bezpieczeństwa, nauka idzie jak po maśle. Skrzydła otwierają się same. Szkoła musi dmuchać pod skrzydła, a nie oceniać, patrzeć na to, co nie wychodzi.

To pan powie uczniom podczas zakończenia roku szkolnego?

- Tak. Chociaż patrzę na szkołę w sposób krytyczny, bo ciągle tkwimy w modelu pruskim.

I tak myślałam, że będzie w panu więcej krytycyzmu.

- Mam świadomość, w jakiej szkole pracuję. Niech sobie pani wyobrazi samolot sprzed 100 lat i porówna go z obecnym. Albo samochód sprzed wieku i porówna go z porsche albo nawet ze zwykłą skodą. A niech pani porówna szkołę sprzed 100 lat i obecną. Ona się niczym nie różni. Jest ciągle kanon lektur, dzwonek, dyscyplina. Wzięliśmy te elementy od Prus, wdrożyliśmy i w tym tkwimy. A po co nam właściwie dzwonki? W tej szkole pięć lat nie ma dzwonków i nikt nie narzekał z tego powodu. Nie muszę interweniować i powtarzać: przychodzicie za późno. A ile w ten sposób udało się nauczyć! Rezygnacja z takiego małego elementu dała młodym ludziom lekcje obowiązkowości, punktualności, odpowiedzialności. Nauczyciele też musieli się do tego przyzwyczaić. Gdy wchodzę do pokoju nauczycielskiego, nieraz mówią do mnie: szefie, ale jeszcze dwie minuty mamy.

Powiedział pan o sukcesach, a jaki był najtrudniejszy moment w liceum?

- Pandemia. W gimnazjum gdy jeden z moich nauczycieli fizyki zapisał się na kurs zdalnego nauczania, pytałem: po co to panu? Tylko w Australii jest zdalne nauczanie.

A potem pan dzwonił i pytał, co było na tym szkoleniu?

- Dokładnie, ale przeszliśmy jakoś przez te edukacyjne fale pandemii. Moja szkoła zdała egzamin. Trudna była też integracja zespołu nauczycieli, którzy przyszli głównie z dwóch różnych gimnazjów. To było trudne zadanie dla mnie i będzie trudne dla przyszłej dyrektorki. Chociaż uważam, że miałem szczęście do spotykania dobrych fachowców, wręcz niekiedy kosmitów.

Ostatni dzień w tej szkole jak pan sobie wyobraża?

- Mam już przygotowane pudełko na książki i dwa zegary. Zapraszam swoją następczynię. Żegnam się, zapewniam o swojej dyspozycji do dzielenia się radą i wychodzę.

Przyjdzie pan na rozpoczęcie roku szkolnego?

- Myślę, że to nie będzie potrzebne.

To będzie chyba dziwny dzień dla pana?

- Nie, nie jestem aż na tyle zideologizowany zawodowy.

Zideologizowany może nie, ale przyzwyczajony.

- Biologii nie da się oszukać, na pesel też trzeba spoglądać. W pewnym momencie trzeba odpuścić, pozwolić sobie na spojrzenie na świat trochę inaczej. Patrzę na to, czego się jeszcze będę uczył, jakie książki przeczytam.

Jakiś czas temu wspomniał mi pan, że chciałby sprzedać wszystko i jeździć po świecie.

- Będę to realizował. Za tydzień lecę na Maderę, za miesiąc na Cypr, ale w Łodzi jest mój świat, moje życie. Dlaczego mam rezygnować z mojego miejsca na ziemi? Jeśli komuś nie pasuję, to on może zrezygnować. Jestem łodzianinem z dziada pradziada. Nie odejdę stąd. Mój ojciec był inżynierem włókiennikiem, który po wojnie zakładał zakłady włókiennicze. Otwierał krosna, tkalnie. Dom, w którym się urodził, wciąż stoi. Wiem, gdzie jest w Łodzi Szlezyng, co to migawka. Znam smak zalewajki. Nie żałuję, że oddałem temu miastu 42 lata w edukacji.

Jakiś czas temu opublikował pan na swoim facebooku wiersz Tuwima. Miałam wrażenie, że był to rodzaj podsumowania i moment, kiedy podjął pan ostateczną decyzję o odejściu z liceum.

- "Całujcie mnie wszyscy w dupę"? Lubię Tuwima i jego klarowny język. Tak jak "zetki" nie lubię hipokryzji, bronię się przed kłamstwem. Wyjmując z wiersza postaci katolików, Żydów, polityków, to sama sytuacja w Polsce się nie zmieniła i chyba nigdy się nie zmieni. Istnieją dwie bańki. Jeśli chcemy iść do przodu, to trzeba się porozumieć. Gdy w mojej szkole był konflikt, to musiałem go wyciągnąć i rozmawiać na ten temat. Zamiatanie pod dywan nic nie daje, bo stoimy w miejscu. Ten wiersz o tym mówi. Jeśli chodzi o edukację to mam wrażenie, że nikt nie ma nią pomysłu. Tak jak ze służbą zdrowia. A jeśli są pomysły, to one kosztują, a nikt nie chce na to wyłożyć pieniędzy. I stoimy w miejscu.

RadioZET.pl

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET