Sprawa męża Elżbiety Witek. "Część osób nadal nie rozumie"
- Jestem przekonana, że 2,5-letni pobyt pacjenta w OIT nie ma żadnego merytorycznego uzasadnienia. [...] Wydaje mi się, że część osób nadal nie rozumie, że pacjentowi, którego stan jest ustabilizowany, poza OIT jesteśmy w stanie zaspokoić wszystkie potrzeby. Pacjent zależny od respiratora nie zostanie od niego odłączony z chwilą opuszczenia OIT - komentuje ustalenia dziennikarzy Radia ZET anestezjolog dr Agnieszka Dyla z OIOM w szpitalu w Oławie.
Kiedy w kwietniu tego roku nasi dziennikarze śledczy Radosław Gruca i Mariusz Gierszewski ujawnili, że mąż marszałkini Elżbiety Witek od ponad 2 lat przebywa na OIT w legnickim szpitalu, zajmując miejsce innym pacjentom i obciążając zadłużoną placówkę ogromnymi kosztami, wylała się na nich fala hejtu i gróźb.
Tymczasem, o czym również informowaliśmy jako pierwsi, kilka dni temu Stanisława Witka po cichu przeniesiono na oddział paliatywny, niejako przyznając to, co od początku twierdziła większość ekspertów - przebywanie pacjenta na oddziale intensywnej terapii przez tak długi czas jest całkowicie bezzasadne. Jakie są powody takiego zjawiska? Elżbieta Witek wypiera się ingerencji w działania lekarzy, ale grozi pozwem naszym dziennikarzom, który nie wpłynął do nas do dziś.
Dyskusja wśród internautów podzieliła ich na dwa obozy. Niestety większość wydaje się kierować emocjami. A jak jest naprawdę? Czy hospitalizacja na OIOM, którą ujawniła córka zmarłej w oczekiwaniu na miejsce pacjentki, zgłaszając sprawę prokuraturze, wynika nie tyle z zaleceń natury medycznej, co raczej z presji prominentnej polityczki PiS, drugiej osoby w państwie, o której mówi się, że może kandydować nawet na prezydenta po upławie kadencji Andrzeja Dudy?
Niestety pani Elżbieta Witek odmówiła nam komentarza w tej sprawie, za to lekarze z całej Polski coraz głośniej mówią o tym, że tak długa hospitalizacja nie ma uzasadnienia. Co więcej, patrząc na dane statystyczne można zauważyć, że polityka przyjmownia pacjentów zmieniła się od 2018 roku. Oznacza to, że samo zjawisko przetrzymywania pacjentów na OIT zaczęło się właśnie za rządów Zjednoczonej Prawicy.
O presji, graniczącej z zastraszaniem środowiska lekarskiego przez obecnie rządzących, którego symboliczną ilustracją stała się sprawa męża Elżbiety Witek, a także o potrzebie zmiany podejścia do opieki paliatywnej przeczytacie poniżej - w rozmowie Radosława Grucy z Agnieszką Dylą, anestezjolog ze szpitala w Oławie.
Czy przeniesienie na oddział paliatywny oznacza poddanie się i oczekiwanie na śmierć pacjenta?
Opieka paliatywna to cała filozofia patrzenia na człowieka, w której akceptujemy śmierć jako nieuchronną część życia. Oddziały paliatywne i hospicja służą chorym, u których powrót do zdrowia jest niemożliwy. Myślę, że żyjemy w takim świecie, w którym walka jest naszą naturalną postawą wobec świata. Nawet Pana pytanie trochę o tym świadczy. Pyta Pan, czy się poddajemy – i ja to odczytuję pejoratywnie. Tymczasem tutaj chodzi raczej o akceptację rzeczywistości, której nie możemy zmienić. Nawet sportowiec nie zawsze wymaga głośnego dopingu i zagrzewania do walki – czasem potrzebuje chwili skupienia i spokoju. Słowo paliacja pochodzi od łacińskiego wyrazu, który oznacza „okrywanie płaszczem”. A ja nawet bardziej lubię myśleć o opatuleniu ciepłym kocem kogoś, kto odpoczywa po ciężkim wysiłku albo schodzi do bazy po próbie zdobycia szczytu w Himalajach. Kiedy tak sobie to wyobrazimy, łatwiej nam zrozumieć, że naszym priorytetem w opiece paliatywnej nie jest długość życia, ale jego komfort.
Kto w takich sytuacjach podejmuje decyzję o przeniesieniu pacjenta? Czy to jest tylko kwestia lekarzy czy jednak rodzina ma coś do powiedzenia?
Wypisanie pacjenta z oddziału intensywnej terapii jest zawsze decyzją lekarską. W sytuacji, kiedy nie ma medycznych przeciwskazań do przekazania pacjenta do domu, rodzina decyduje, czy chce być objęta programem wentylacji domowej i ma realne możliwości, by zaopiekować się swoim bliskim. W przeciwnym razie kierujemy pacjenta do dalszego leczenia w innym oddziale szpitalnym, hospicjum lub ZOLu. Jeśli ze względu na stan zdrowia, nie jest on w stanie wyrazić świadomej zgody na umieszczenie w ośrodku opiekuńczym, decyzję tę podejmuje sąd rodzinny. Warto zdawać sobie sprawę z tego, że nasze państwo broni w ten sposób interesów swoich obywateli. Sąd jest w tej sytuacji instytucją najbardziej obiektywną, działa w interesie dobra pacjenta, a nie rodziny.
W badaniach opublikowanych w specjalistycznym portalu mogliśmy przeczytać, że dopiero od 2018 roku pacjenci na OIOM-ach zaczęli przebywać dłużej niż po kilka dni, czasami tygodni. Czy można to wszystko wytłumaczyć covidem?
Rzeczywiście, dane przedstawione przez NFZ, z których wynika, że przez ostatnie 4 lata aż 85 pacjentów przebywało w oddziałach intensywnej terapii dłużej niż rok, wywołały sporą konsternację w środowisku lekarskim. Wielu uczestników debaty publicznej spoza tego środowiska zinterpretowało je jednak jako dowód, że takie postępowanie nie jest niczym niezwykłym. W rozmowach, które prowadzimy między sobą, jako intensywiści jesteśmy zgodni, że nie ma żadnego uzasadnienia dla tak długich pobytów w oddziale, który z definicji służy stabilizacji i opanowaniu stanu zagrożenia życia. Portal Medycyna praktyczna na kanwie tej debaty przedstawił publikację, bazującą na dostępnych danych sprzed pandemii. Wynika z nich, że w 2018 roku 6 osób przebywało w OIT dłużej niż rok. Także we wcześniejszych latach (2013-2017) takich przypadków stwierdzano średnio 5 w całej Polsce w skali roku. Jest to więc jedynie kilka spośród kilkudziesięciu tysięcy hospitalizacji.
NFZ, ujawniając opinii publicznej najnowsze dane, uświadomił nam, że w ostatnich latach liczba takich kuriozalnych sytuacji wzrosła aż czterokrotnie! Czy możemy, jak zwykle w ostatnich latach, wszystko usprawiedliwić covidem? Moim zdaniem nie. Faktycznie pobyty w OIT podczas pandemii były znacznie dłuższe, co wynikało z naturalnej historii tej choroby. W danych statystycznych można spodziewać się tym samym wpływu na medianę lub średni czas pobytu, ale nawet pacjent leczony z powodu covid-19 nie wymaga rocznego pobytu w OIT.
Niektórzy twierdzą, że przeniesienie to efekt presji. W jakiej sytuacji stawia to lekarzy i jakie ewentualne konsekwencje mogą im grozić? Przecież to ich suwerenne decyzje.
Z całą pewnością, jeśli mowa o presji, dotyczy ona zawsze przetrzymywania pacjenta na intensywnej terapii mimo braku wskazań, a nie przekazywania go na inny oddział. W tym kontekście dane, o których mówiliśmy poprzednio, mogą sugerować, że w ostatnim czasie istotnie częściej dochodzi do tego rodzaju precedensów.
Dziękuję, że zapytał Pan w tym kontekście o sytuację lekarzy. Chciałabym, żeby świat wreszcie zauważył, że nasze poczucie bezpieczeństwa prawnego jest obecnie znikome, a wówczas znacznie łatwiej wywierać naciski. Atmosferę lęku i zastraszenia potęgują chociażby takie działania, jak projekt ustawy zaostrzającej odpowiedzialność karną lekarzy, o czym alarmuje Naczelna Rada Lekarska w kampanii „Ratowanie życia to nie przestępstwo”.
Praca w tym zawodzie, a szczególnie w zakresie ratownictwa, intensywnej terapii, w dyscyplinach zabiegowych – zawsze wiąże się z presją. Ale są to czynniki, do których przywykliśmy i wiemy jak z nimi walczyć: czas, konieczność podejmowania szybkich decyzji, kojarzenia faktów, często walka z własnymi emocjami. Próba wpływania na nasze decyzje podyktowana czynnikami pozamerytorycznymi nie sprawi, że będziemy pracować lepiej. W atmosferze strachu, niechęci, braku zaufania, społecznej wrogości, zwyczajnie trudno jest czasem o dobry pomysł. A od tego pomysłu może zależeć czyjeś życie. Dlatego za największy cios w moją suwerenność uważam budowanie braku zaufania do mojej wiedzy, doświadczenia, umiejętności, ale przede wszystkich – dobrych intencji.
Co się zmieniło w ciągu ostatnich miesięcy, co pozwoliło wypisać pana Stanisława Witka z oddziału intensywnej terapii?
Wydaje się oczywiste, że jedyne co rzeczywiście mogło się zmienić, to sposób patrzenia na tę sytuację przez personel medyczny. Być może nie bez związku z debatą publiczną, jaką wywołały materiały Radia ZET na ten temat.
Rozmawialiśmy poprzednio długo i dokładnie na temat średniego czasu leczenia pacjentów w OIT i potencjalnych przyczyn znacznego wydłużenia takich hospitalizacji.
Nadal jestem przekonana, że 2,5-letni pobyt pacjenta w OIT nie ma żadnego merytorycznego uzasadnienia. Trudno spodziewać się istotnej poprawy stanu zdrowia czy wydolności oddechowej, jeśli pacjent przez tak długi czas pozostaje zależny od wentylacji respiratorem.
Rozmawialiśmy kiedyś o tym, że pacjentów, którzy nie odniosą korzyści z leczenia w OIT, a ich rokowanie odnośnie powrotu do zdrowia jest złe, możemy przekazać do oddziałów paliatywnych, hospicjów, ZOLu, a czasami nawet do domu.
Kiedy wyczerpały się wszystkie możliwości, by poprawić stan pacjenta, należy wybrać dla niego takie miejsce, w którym opieka będzie adekwatna do potrzeb. Ważne jest również ustalenie dalszego planu postępowania wobec tego pacjenta. Wydaje mi się i wskazuje na to dyskusja po historii ponad dwuletniej hospitalizacji męża marszałek Witek, że część osób nadal nie rozumie tego, że pacjentowi, którego stan jest ustabilizowany, poza OIT jesteśmy w stanie zaspokoić wszystkie potrzeby. Z poszanowaniem jego godności, komfortu, ale jednocześnie z zachowaniem proporcjonalności w działaniach. Pacjent zależny od respiratora nie zostanie więc od niego odłączony z chwilą opuszczenia OIT, ale będzie kontynuował leczenie w domu, w ZOL-u lub oddziale paliatywnym, o ile dysponuje on miejscami wentylacyjnymi.
Czym różnią się te miejsca i czy w którymkolwiek zostawiamy pacjenta, który nie może oddychać samodzielnie, bez dostępu do respiratora?
Wszystkie te miejsca różni poziom opieki, dostępność personelu medycznego, specjalistycznych procedur i sprzętu. Pacjent, u którego leczenie w warunkach OIT przestało być uzasadnione, powinien być z tego oddziału możliwie najszybciej wypisany. Także po to, aby zwolnić miejsce dla pacjenta, któremu być może, można jeszcze pomóc.
Czym różnią się te miejsca?
Oddział paliatywny stanowi część struktury szpitala, charakteryzuje się więc najwyższym poziomem opieki medycznej, a przebywający na nim pacjenci powinni spełniać określone kryteria. Świadczenia finansowane są przez NFZ, a pacjent ani rodzina nie ponoszą żadnych kosztów hospitalizacji. Praktycznie takie oddziały bardzo rzadko posiadają respiratory i leczy się w nich pacjentów, których czas potencjalnego przeżycia nie jest długi.
Zakłady opiekuńczo lecznicze dla pacjentów wymagających respiratora nie stanowią części szpitala, nastawione są raczej na opiekę długoterminową nad pacjentami, którzy nie odniosą korzyści z dalszej hospitalizacji. Istnieje możliwość umieszczenia pacjenta w ośrodku finansowanym ze świadczeń ZUS, z których pacjent siłą rzeczy sam nie korzysta i wówczas nie wiąże się to z dodatkowymi kosztami dla rodziny.
Rozwinięty jest również sektor prywatny, dysponujący miejscami komercyjnymi dla pacjentów wentylowanych. Opieka nad pacjentem w domu jest możliwa przez objęcie programem wentylacji domowej, w całości finansowanym przez NFZ, przy ścisłej współpracy z rodziną. Ten rodzaj postępowania jest najbardziej odległy od leczenia, a zbliżony do opieki.
Czyli respirator nie jest standardem na oddziale paliatywnym?
Absolutnie nie. Co prawda pacjenci z przewlekłą niewydolnością oddechową kwalifikują się do leczenia w takim oddziale, częściej jednak dotyczy to chorych, którzy wymagają ciągłej podaży tlenu. Istnieją jednak oddziały, które posiadają w swojej strukturze respiratory dla pacjentów, u których spodziewany czas przeżycia jest krótki.
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET