"To było chore, patologia". Reporter ujawnia kulisy współpracy z TVP
Kolejny współpracownik TVP ujawnia kulisy działania mediów publicznych za rządów PiS. W rozmowie z Wirtualną Polską reportażysta Bożydar Pająk przyznał, że było mu wstyd, kiedy wyciągał legitymację Telewizji Polskiej. Potrzeba dokumentowania istotnych tematów była jednak dla niego ważniejsza.
W TVP dokonuje się rewolucja. Zniknęły m.in. TVP Info i "Wiadomości" TVP 1. Coraz więcej osób, które w ostatnich latach współpracowały z telewizją publiczną, zdobywa się na opowieść o kulisach pracy dla TVP. Na ujawnienie swoich doświadczeń zdecydował się w rozmowie z Wirtualną Polską reportażysta Bożydar Pająk.
Reporter zdradził kulisy współpracy z TVP
Bożydar Pająk podkreślił, że jest zewnętrznym współpracownikiem i ma firmą, która produkuje materiały dla TVP. "Nie musiałem w związku z tym jeździć do redakcji do Warszawy. Moją bazą pozostawał i wciąż pozostaje Kraków. To było bardzo wygodne - nie musiałem się z nikim spotykać, nie musiałem chodzić po korytarzach na Woronicza i oglądać na co dzień tych twarzy, które tak się źle kojarzą. To był mój bufor bezpieczeństwa" - przyznał.
Dodał jednak, że wstydził się tego, dla kogo pracuje. "Najbardziej wtedy, kiedy musiałem przedstawiać się ludziom, z którymi chciałem rozmawiać czy nagrywać ich wypowiedzi. Kiedy musiałem pokazać legitymację TVP. Miałem nawet wymyślone specjalne formułki, za pomocą których się przedstawiałem, żeby nie zniechęcać ludzi na dzień dobry. Mówiłem: jestem reporterem, współpracuję z magazynem reporterskim, emitowanym przez telewizję publiczną. Musiałem pilnować każdego słowa, żeby to brzmiało neutralnie. Czasem pomagało, czasem niestety nie. Zdarzyło mi się, że ludzie odmawiali rozmowy, zamykali drzwi. To bardzo przeszkadzało w pracy reporterskiej" - wspominał.
Cenzura i autocenzura w mediach publicznych
Dopytywany przez dziennikarza Wirtualnej Polski, czy zdarzało się, że jego propozycje na reportaż były odrzucane ze względów ideowych, odpowiedział, że nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. "Tak było np. w przypadku niektórych tematów związanych z kryzysem uchodźczym. Nie ukrywam, że czasem włączała mi się autocenzura. Bo wiedziałem, że jakiegoś tematu nawet nie warto proponować, bo nie ma szans i lepiej znaleźć coś innego" - wyjaśnił Pająk.
Tłumaczył jednak, że nie miał nic wspólnego z propagandą. "Realizowałem tematy, które uważałem, że powinny dotrzeć do ludzi, bo były po prostu wartościowe. Zależało mi na ukazaniu historii uchodźców, żeby widzowie mogli zobaczyć, że to normalni ludzie, bo władzy służyli jako dyżurny wróg, wcielenie zła do mobilizowania swoich wyborców. Podejmowałem tematy uchodźców z Syrii, Afganistanu, Czeczeni, Iraku, ale też po prostu imigrantów. Zrealizowałem masę reportaży, które uwrażliwiały na los potrzebujących ludzi albo wprost pomocowych. Część z nich wspierała zbiórki na cele charytatywne. To były też materiały z ogarniętej wojną Ukrainy" - wyliczał.
"Jeżeli coś było dla mnie bardzo ważne, jak kwestie uchodźcze, to raczej starałem się je tak formułować, żeby sprawy ideowe ich nie "zatopiły". Tak też było np. w przypadku tematów dotyczących środowisk aktywistycznych, gdzie w tle pojawiały się wątki LGBT. Starałem się ich nie akcentować, uznając, że ważne jest, żeby temat w ogóle pojawił się na antenie" - dodał.
Współpracownik TVP wprost: "To było chore, to była patologia"
Bożydar Pająk wspomniał sytuację, kiedy został wycięty fragment jego reportażu, a dowiedział się o tym już po jego emisji. "To był np. fragment materiału o domu opieki społecznej, w którym jego dyrektorka mówi wprost, że gdyby w czasie największego ataku pandemii miała do dyspozycji testy, nie zmarłoby tak wiele osób, którymi się opiekowała. Ktoś to wyciął, bo w jakimś sensie była to przecież krytyka władzy. Bardzo duża zapobiegliwość... Tak, czasem byłem w szoku, jak bardzo drobiazgowa była kontrola dotycząca czegokolwiek, co mogłoby być uznane za krytyczne wobec władzy. Czasem byłem też w szoku, jakimi drogami idzie myślenie osób decydujących o kształcie tego, co się pojawia na antenie" - mówił w rozmowie z Wirtualną Polską.
Wspominał też jeden z reportaży na temat Syrii, w którym padł komentarz bohaterki, że "Duma wygląda jak Warszawa po powstaniu". "To zdanie zostało zakwestionowane - usłyszałem, że jak nie znam historii, to mam iść do Muzeum Powstania Warszawskiego. Tej osobie nie podobało się, że miasto w Syrii mogła dotknąć równie wielka tragedia, co Warszawę. Nie wyobrażałem sobie, że można w tak absurdalny sposób rozumieć patriotyzm czy dumę narodową. To było chore, to była patologia" - ocenił.
Jaka przyszłość dla TVP?
Pytany, co poczuł, gdy nastąpiły zmiany w TVP, Pająk odpowiedział, że radość i ulgę. "Poczułem to już wcześniej, kiedy ogłoszone zostały wyniki wyborów. Mam nadzieję, że nadal będę mógł przygotowywać reportaże dla telewizji publicznej, wypełniać swoją misję jako reportażysta" - wyraził nadzieję.
Podkreślił też, że TVP czeka wielkie wyzwanie technologiczne. "Te wybory wygrali młodzi ludzie. Trzeba do nich dotrzeć. Trzeba pomyśleć, jak TVP może wykorzystać narzędzia, którymi oni się posługują - np. media społecznościowe. Przecież to nie jest tak, że youtuberzy, którzy mają milionowe zasięgi, tworzą materiały ważniejsze, ciekawsze czy lepsze pod względem technicznym, niż TVP. Wręcz przeciwnie: telewizyjne materiały są o wiele bardziej wartościowe. Ale młodzi ludzie do nich nie docierają, bo to oznacza włączanie tego pudła - telewizora, którego często nie mają albo instalowanie specjalnych aplikacji i przebijanie się przez długie bloki reklamowe na platformie VOD. Trzeba uwspółcześnić TVP, zaprosić do tworzenia telewizji młodych ludzi, którzy rozumieją nowe narzędzia komunikacji" - tłumaczył.
Źródło: Radio ZET/Wirtualna Polska
- Antoni Dudek alarmuje: wkroczyliśmy na drogę destrukcji państwa
- Nawet wyborcy PiS nie chcą Kaczyńskiego na czele partii. Zaskakujący sondaż
- Kaczyński kipi ze złości przez stan likwidacji w TVP. "Łamanie prawa"
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET