Justyna Kozdryk

fot. RadioZET.pl/Mateusz Albin

Ma 116 cm wzrostu, na siłowni podnosi 100 kg. Rozmawiamy z Justyną Kozdryk, sztangistką i wielokrotną medalistką

04.08.2017

Puchary szczelnie wypełniają każdy zakamarek jej mieszkania. Kolejne medale i tytuły przywozi niemal regularnie z całego świata. A to, że przestała rosnąć przy 116 cm w niczym nie przeszkodziło. Formy na siłowni zazdroszczą jej nawet ci, którzy mają po 2 metry. Poznajcie Justynę Kozdryk, polską sztangistkę, medalistkę igrzysk paraolimpijskich oraz mistrzostw świata i Europy.

To zacznijmy z grubej rury. Ile pani wyciska na klatę?

Ostatnio udało mi się podnieść 98 kg w przewadze 44. Teraz ostro trenuję na Mistrzostwa Świata w Meksyku, więc pewnie niedługo będzie więcej. Dla porównania ważę ok. 44,5 kg, więc można śmiało powiedzieć, że udźwignę siebie dwa razy.

Ale nie zawsze zajmowała się pani sportem?

W szkole normalnie chodziłam na WF. Nie miałam żadnego zwolnienia, wręcz przeciwnie, mocno mnie mobilizowano, żeby się ruszać, ale na serio to zaczęło się od mojej siostry. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy ja składałam papiery na studia, ona organizowała otwarcie siłowni. Czekałam na wynik z uczelni, nudziłam się, więc zachęciła mnie, żeby wpaść tam od czasu do czasu. Instruktorem był tam nauczyciel z mojej szkoły, więc jakoś mnie to oswoiło i zaczęłam ćwiczyć. Kiedy stanęłam w drzwiach, zauważył mnie trener Mirosław Malec. Przypomniał mu się Andrzej Stanaszek, najmniejszy i najsilniejszy polski atleta. Stwierdził, że skoro był taki Stanaszek, to czemu teraz nie może być Kozdryk (śmiech).

kozdryk3

I od razu pani się wciągnęła?

To nie było tak, że od razu mnie to zafascynowało. Po prostu miałam czas to ćwiczyłam. Chociaż nie było tam specjalnego sprzętu dla mnie, to machałam tym gryfem. Najpierw poszło 10 kg. Potem 20… I świetne było to, jak można było obserwować własny progres.

Rodzina nie spanikowała? Hasło „siłownia” potrafi przerazić bardziej niż narkotyki.

A to pewnie! Mama była zaniepokojona. Siłownia kojarzyła się jej z jakimiś wielkimi facetami i sterydami. Pytała, jak ja będę wyglądać. Wyobrażała sobie, że przy 116 cm wzrostu rozrosnę się tak, że będę kwadratowa. Ale nie poddałam się i tak to się toczy już 18. rok.

Nie męczyli pani w domu, kiedy na obiad były schabowe, a pani w diecie miała kurczaka z ryżem?

Muszę powiedzieć, że pod tym względem miałam ogromne szczęście, bo moja mama dość szybko zrozumiała o co chodzi. Kiedy z nią mieszkałam i gotowała, to bardziej niż dodatkowy posiłek, denerwowało ją to, że się spóźniam. Tak samo, kiedy były jakieś imprezy czy grille. Nie musiałam nic mówić, bo ludzie wiedzieli, że jestem na swojej diecie i nikt mi nic nie wpychał na siłę. Nie słyszałam tego słynnego „no ale przecież kawałek ci nie zaszkodzi”, a wiem od znajomych sportowców, że takie myślenie to jest zmora.

Taka ciekawostka: teraz, kiedy sama sobie gotuję, to udało mi się nauczyć ludzi w biurze regularnego spożywania posiłków. Ja mam to wszystko rozpisane pod konkretne godziny, więc co kilka godzin biegnę do kuchni. I wszyscy w pracy jakoś tak się z tym zsynchronizowali: kiedy Kozdryk wstaje, to znaczy, że pora na jedzenie.

kozdryk_duda

fot. A. Szmigiel-Wisniewska/REPORTER. Na zdjęciu: Justyna Kozdryk z prezydentem Dudą

Swoją drogą, w pani rodzinie to wszyscy są bardzo wysocy. Nie przeszkadzało to pani?

Rodzinę rzeczywiście mam wysoką. Najlepszy przykład to mój siostrzeniec, który ma 15 lat, a mierzy 190 cm. Podobno kiedyś w rodzinie mojego ś.p. taty była jakaś niska prababcia, ale przy ówczesnej medycynie jedyną diagnozą było: „no urodziła się taka mała, to jest”, więc ciężko mi określić, czy była to forma karłowatości, czy coś zupełnie innego.

O tym, że urodziłam się z achondroplazją moja mama wiedziała tuż po porodzie. Położna od razu to rozpoznała i wielki szacunek dla tej kobiety, bo w 1980 roku polska medycyna nie była tak rozwinięta jak dziś. Byłam pod opieką Centrum Zdrowia Dziecka, ale później to moje dzieciństwo przebiegło normalnie. Do przedszkola poszłam w wieku 3 lat. Potem była szkoła. Normalnie dojeżdżałam autobusem i za to jestem wdzięczna rodzicom. Nie trzymali mnie pod kloszem, tylko pozwolili mi się otworzyć.

I chyba nie czuje się pani „niepełnosprawna”, skoro startuje pani także wśród pełnosprawnych…

Od tego to się zaczęło. W 1999 roku zaczęłam startować w zawodach dla pełnosprawnych, a do Związku Sportu Niepełnosprawnych weszłam w 2004 roku. Pamiętam jak dziś, kiedy zadzwonił do mnie Ryszard Tomaszewski, wicetrener kadry kobiet. W pracy mieliśmy w ciągu dnia jedną długą przerwę 30 minut. I on wybrał akurat ten moment, kiedy miałam chwilę na złapanie oddechu! (śmiech) Dzisiaj ciężko byłoby mi wybrać tylko jedną kategorię.

kozdryk2

Miała pani w dzieciństwie jakichś idoli, którzy patrzyli na panią z plakatu na ścianie?

Wyjątkowo nie. Wszyscy moi rówieśnicy mieli jakieś swoje kulty, obwieszali plakaty idolami, a ja takiego znalazłam dopiero, kiedy zajęłam się sportem. Zapatrzyłam się w postawę Szymona Kołeckiego. Ma bardzo pozytywne podejście do życia i pomimo wszystkich sukcesów jest normalnym człowiekiem. Nie gwiazdorzy.

Dzięki zawodom zwiedziła pani sporą część świata. Podobno zaprosił panią nawet Arnold Schwarzenegger?

Trzy razy byłam na Arnold Sports Festival. To impreza organizowana przez Schwarzeneggera, gdzie startują najlepsi z najlepszych. Ostatni raz byłam tam w 2010 roku i nie ukrywam, że jeszcze raz bym pojechała, bo to świetne wydarzenie. Atmosfera jest niesamowita. Można to porównać tylko z igrzyskami olimpijskimi. Mnóstwo ludzi, różne dyscypliny, do tego targi sprzętu. Amerykanie żyją takim show. Klimat jest fantastyczny. Niestety samego Arnolda nie poznałam, ale tłumaczę to sobie, że po prostu jestem tak mała, że nie zauważył (śmiech).

A propos show, to w Polsce do niedawna sporty niepełnosprawnych były trochę w cieniu. Wszyscy śledzili naszych na igrzyskach, ale o paraolimpiadzie co najwyżej wspominano przez chwilę. Coś się zmienia?

Poprawia się i – nie chcę, żeby zabrzmiało to samochwalnie – sporo w tej kwestii wywalczyliśmy jako zawodnicy. Ostatnich igrzysk nie transmitowały tylko Polska i Pakistan. Teraz wreszcie pojawia się więcej mediów, ludzie są zainteresowani i robi się głośniej. To spory plus przede wszystkim dla naszych następców. Zrobiliśmy fundamenty, żeby im było łatwiej.

Wie pan, Brytyjczycy mówią, że to jest jeden sport. Przecież przed naszymi zawodami leci ten sam hymn i Orzeł, pod którym startujemy, też nie jest kulawy. To tak samo jak na mieście. Można krytykować, że coś jest niedostosowane dla osób z niepełnosprawnością, ale przede wszystkim trzeba pracować nad tym, żeby to się zmieniło.

Zmieniać trzeba też ludzką mentalność. Zdarza się, ze ludzie dziwnie reagują na pani widok? Zauważyłem, że w kontakcie z osobami, które, powiedzmy, że „odbiegają od normy”, lawirujemy jako społeczeństwo między dwiema skrajnościami. Albo odwracamy się i udajemy, że kogoś takiego nie ma, albo włączamy pełną nadopiekuńczość i biegniemy pomagać, nawet jeśli nikt o tą pomoc nie prosił – tak jakby był nie niepełnosprawny, a niesprawny.

Czasami tak bywa. Ktoś się odwraca, gapi, albo nawet rzuca komentarz „ty, popatrz jaka mała”, ale ja jestem tolerancyjna, a to oznacza, że wiem, jak ja bym się zachowała na ich miejscu. Jakby na mojej ulicy pojawił się ktoś o charakterystycznym wyglądzie też z automatu bym się obejrzała, a dopiero potem pomyślała co wyprawiam.

Ostatnio w poczekalni do rehabilitanta miałam zabawną sytuację. Siedziała mama z synkiem i chłopak nagle wypalił: „A dlaczego ta pani jest taka mała”. Matka zrobiła się czerwona, więc ja musiałam wybrnąć z tego zakłopotania i wytłumaczyłam mu: „Ty jeszcze urośniesz, a ja już taka zostanę”. Dzieciak po prostu nie zrozumiał jak to możliwe, że może z kimś stanąć oko w oko, ale musi się do niego zwracać „proszę pani’.

A co do nadopiekuńczości, to chyba najwięcej problemów z tym mają wózkowicze. Oni ciągle słyszą „ja panu pomogę”. To miłe, ale bywa, że więcej z tym kłopotu niż korzyści. Mam taką koleżanką, która chciała kiedyś pomóc panu na wózku tak bardzo, że go prawie wywaliła (śmiech).

kozdryk_medal

fot. Yang Lei C/East News

A skoro już mówimy o takich niuansach, to jak powinno się o państwu poprawnie mówić? Amerykanie np. starają się wyprzeć termin „dwarf” sformułowaniem „little people”.

Jest wiele słów. Niektórzy stosują określenie niskorośli. Czego mówić nie wolno to „karzeł”, bo to jest dla nas pogardliwe. Kłopotliwych określeń jest wiele i często są to wyrażenia, które rzuca się bez złych intencji. Jak to zabrzmi zależy to od kontekstu. Jeżeli przyjaciele wołają do mnie „hej, mała” to jest to w porządku. Jeśli ktoś zaczyna na ulicy wytykać palcem i mówić w ten sposób to już nie jest przyjemne. Ale to działa w dwie strony. O naszej paraolimpijskiej ekipie mówimy "kulawi", kiedy z rozpędu zaczynam opowiadać, że "jadę gdzieś z kulawymi" to ludzie łapią się za głowy i pytają, czemu ich tak obrażam. Ale to jest nasze słowo. My tak możemy mówić. Ale nikt inny.

O emeryturze jeszcze pani nie myśli?

Zbliżam się do 40-tki. Wtedy będzie mi przysługiwać emerytura z ministerstwa. Zastanawiałam się też nad sędziowaniem. Tylko że to oznaczałoby, że nie mogłabym startować w zawodach, a szkoda mi rozstawać się z wieloma przyjaciółmi w Polsce i na świecie. Dlatego powiedzmy, że w tej kwestii nie mam dokładnych planów, poza tym, że obiecałam siostrzeńcowi, że na koniec kariery wystartujemy razem w trójboju. On jako junior, a ja jako weteranka. Zawsze powtarzam, że trzeba marzyć, ale z planowaniem należy się powstrzymać, bo czasami przynosi to skutki odwrotne od zamierzonych.

Praca w policji była jednym z pani marzeń, które udało się spełnić.

Rzeczywiście. Kiedy skończyłam szkołę średnią, ułożyłam sobie takie testowe CV, które nigdy nie ujrzało światła dziennego. Przygotowałam je do komisariatu policji w Warce. Pokazałam je tylko mamie. Nie była zachwycona, pytała, co ja bym tam robiła, ale uważałam, że byłoby to fajne. Potem przez kilka lat pracowałam w urzędzie pracy i akurat, kiedy stamtąd odeszłam, dowiedziałam się, że jest etat na policji. Do tego szukali „kulawego”! Nie czekając na nic złożyłam dokumenty i od 10 lat zajmuje się statystyką ruchu drogowego. Jeśli w pobliżu Grójca ktoś zrobi coś złego na ulicy, to może być pewny, że przejdzie to przez moje ręce.

A na koniec, co doradziłaby pani młodym ludziom z niepełnosprawnością?

Rada jest jedna: wyjść do ludzi, do rówieśników i żyć tym życiem. Jeśli ktoś się na jakimś etapie życia zamknie, to 5 lat później nic się nie zmieni. Poza tym nie poddawać się i szukać motywacji. Patrzeć pozytywnie. Nie narzekać. Wstałeś lewą nogą? To dobrze, bo wstałeś! Ja mogę mieć problem z tym, żeby sięgnąć do bankomatu, ale nawet jeśli kupuje w supermarkecie najtańsze jogurty, to i tak z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że są z górnej półki.

RadioZET.pl/ Rozmawiał Mateusz Albin