Zamknij

11 godzin jednego dnia, lekcje do 21 i w soboty. Tak uczą się dzieci w nowym roku szkolnym

07.09.2022 08:00

Łatanie, dzierganie, wypełnianie dziur. Nie chodzi tu o pracę krawcowej, ale nauczycieli układających plany lekcji na nowy rok szkolny. Nieraz przez trzy tygodnie, po siedem razy, z uwzględnieniem kilometrów między miastami. - Te plany nie satysfakcjonują nikogo, ale nie ma innego wyjścia - rozkładają ręce dyrektorzy szkół. W podstawówkach, liceach i technikach nie ma gdzie uczyć, a przede wszystkim nie ma kto uczyć.

Uczniowie przed szkołą
fot. Lukasz Gdak/East News

- Ciekawe, jak mój syn zniesie 11 lekcji jednego dnia – zastanawia się Anna, której syn uczy się w technikum w Łodzi. We wtorki zaczyna o godz. 8, kończy o 17.50. Gdy pokazała plan w mediach społecznościowych, znajomi zaczęli przeglądać kodeks pracy, by sprawdzić, czy to jest legalne (według KP nie powinno się przekraczać ośmiu godzin pracy na dobę, ale zakazu nie ma).

Syn Moniki, 15-latek z drugiej klasy technikum, dwa razy w tygodniu ma po 10 godzin lekcyjnych, we wtorki i piątki. Ale nie to jest największym problemem. - Jak to możliwe, że dzieci kończą lekcje po 21? – pyta na facebooku Monika, dołączając zdjęcie planu. Właśnie we wtorki jej syn zaczyna o 12.40, kończy o 21.05. Dwiema matematykami, wcześniej ma m.in. fizykę. - Część dzieci, które dojeżdżają do szkoły, dotrze do domu prawie na godz. 24 – komentuje mama ucznia. Kiedy potem odrobić lekcje, przygotować się do klasówki, a przede wszystkim odpocząć?

O dłuższym weekendzie też nie ma co marzyć, bo w piątek syn Moniki kończy lekcje o 19.25, również matematyką. A skoro mowa o wolnych weekendach to niektórzy uczniowie nie będą mieli nawet i tego. Zespół Szkół nr 4 w Wejherowie (jest tu liceum, technikum i szkoła branżowa) zdecydował się na pracę sześć dni w tygodniu. Za sobotę wyznaczono poszczególnym klasom inny wolny dzień, np. wtorek lub środę. Plan szkoły pokazała facebookowa grupa „NIE dla chaosu w szkole”. - Sobota jest pracującym dniem np. dla ośmiu z dziewięciu klas pierwszych w liceum - zwracają uwagę społecznicy z grupy. I nie jest to pierwszy rok, gdy w tej placówce ustawia się sobotnie lekcje.

Plan runął, ale jest nauczyciel

To ekstremalne przypadki, ale "normalnością" w tym roku szkolnym są godziny zerowe, chemia na dziewiątej godzinie lekcyjnej (I LO w Zgierzu), czy matematyka na siódmej godzinie lekcyjnej (SP nr 26 w Łodzi). - Te plany nie satysfakcjonują nikogo, ale nie ma innego wyjścia - przyznaje Beata Pośpiech, dyrektorka I LO w Zgierzu. Bo zanim uczniowie i rodzice po powrocie do szkół płakali nad planami zajęć, tygodniami płakali nad nimi nauczyciele i dyrektorzy. Jak to wygląda w praktyce, kto tak naprawdę za to odpowiada i czemu układanie lekcji wymaga wyższej matematyki, logistyki i gimnastyki w jednym?

- Najpierw robię szkielet i rozkładam WF, bo obowiązuje tu podział na grupy, a mamy małą bazę sportową – zaczyna Małgorzata Katarzyńska, matematyczka z SP nr 26, która odpowiada za układanie szkolnych planów lekcji. Potem dokleja języki obce, bo na nich również jest podział na grupy, więc też potrzeba dużo sal. - A szkoła nie chce się rozciągnąć – mówi nauczycielka.

To wszystko zrobiła w środę, 24 sierpnia. Na gotowy szkielet już razem z zespołem naniosła polski i matematykę, czyli te przedmioty, których jest najwięcej. Potem luki nauczycielki wypełniły biologią, chemią, fizyką z zaznaczeniem, że np. fizyko-chemiczka może tylko w wybrane dni, bo chociaż w SP nr 26 ma etat, to uczy jeszcze w innej szkole. Na końcu dopisuje się plastykę, technikę, czyli pojedyncze godziny.

- Patrzę, piątek wieczór, przyzwoita godzina, nawet sprawnie nam to poszło. Wróciłam do domu i dostałam telefon od dyrektora. Okazało się, że plan w zasadzie prawie cały do zmiany – opowiada matematyczka. W sobotę zaczęła od nowa. - W ogóle to powinnyśmy siąść do tego dużo wcześniej, ale jak nie było komu układać? - mówi.

Bo ta historia zaczyna się w zasadzie już w maju. Wtedy okazało się, że dwie matematyczki z tej podstawówki idą na zwolnienie lekarskie i urlop macierzyński i trzeba szukać kogoś na ich miejsce. CV, zgłoszeń, telefonów - pomimo ogłoszeń wielokrotnie powtarzanych na stronie kuratorium oświaty, urzędu pracy, facebooku - zero. To problem, który narasta od kilku lat, chociaż MEiN uparcie twierdzi, że braki kadrowe nie istnieją. Pozostało więc podzielić ponad 250 uczniów między dwie pracujące matematyczki.

- W piątek wieczorem dyrektor zadzwonił, że cudem znalazła się nauczycielka, emerytka. To nas uratowało. Wzięła od nas po jednej klasie, ale mogła tylko w wybrane dni, bo uczy jeszcze w innej szkole – opowiada. Stąd np. matematyka jest na siódmej godzinie lekcyjnej do 15.30. W planie porobiły się jednak luki, dziury, okienka. Gdy Małgorzata je uzupełniła i plan uznała za gotowy, w kolejny weekend, już po rozpoczęciu roku szkolnego, doszło jeszcze kilka korekt. W sumie układanie planu zajęło więc trzy dni i kolejne dwa weekendy.

Trzy tygodnie, siedem wersji

Tydzień – tyle zajęło układanie pierwszej wersji planu w I LO w Zgierzu. - W zasadzie dopiero we wtorek rano, 5 września, dopięłyśmy plan. Ale czy to ostateczna wersja? Nie wiem. Na pewno są to plany, które powstawały w wielkich bólach – mówi dyrektorka szkoły.

W I LO też zaczyna od języków obcych, ale najważniejsze są karteczki. Tam jest rozpisane, że nauczyciel biologii może np. tylko we wtorek i tylko w godzinach porannych. Kolejny ma do dyspozycji kilka godzin, np. w środku tygodnia, bo w inne dni jest w szkole w Strykowie. - I to już nie są prośby. Dyrektor musi wziąć to pod uwagę, bo inaczej nie będzie miał nauczyciela. Dlatego jak słyszę, że nie ma problemów z kadrą, to ciśnienie mi potwornie rośnie – mówi Pośpiech. Większość jej kadry ma 1,5 etatu i na tym się nie kończy, bo kolejny etat mają w innej szkole, a w trzeciej – jeszcze dodatkowe godziny. Nie chodzi o dodatkowy zarobek, po prostu nie ma kto uczyć.

Dlatego kolejnym etapem układania planu lekcji są rozmowy między dyrektorami szkół. - Np. dzwonił do mnie dyrektor podstawówki z Łodzi i prosił, czy matematyk mógłby w dany dzień być u niego - opowiada Pośpiech.
Przy planowaniu zajęć pod uwagę trzeba więc jeszcze brać ewentualne korki i dojazd. Nauczyciel musi się przemieścić nie tylko między jedną szkołą a drugą, ale też między Łodzią a Zgierzem, Zgierzem a Aleksandrowem Łódzkim i Strykowem a Zgierzem. Dlatego m.in. chemia jest na dziewiątej godzinie, bo nauczycielka musi przyjechać z Łodzi. - A ja się cieszę, że w ogóle może przyjechać i że jest – nie ukrywa Pośpiech.

- Jak plan nie będzie na tip top to inaczej katastrofa. Nie tylko lokalna, ale też globalna – stwierdza Grzegorz Lech, dyrektor III LO w Lublinie. U niego z 70-osobowej kadry 24 nauczycieli pracuje w innych szkołach. - Jak ktoś ma wszystkich, nawet dojeżdżających, to uważa się za szczęśliwca – stwierdza dyrektor. Sam poszukiwał biologa, fizyka i matematyka, czyli najgorszy zestaw. Teraz dołączył już do grona szczęśliwców, bo znalazł wszystkich.

- Do planu usiedliśmy w sierpniu, wyjątkowo późno, ze względu na braki kadrowe. Trzeba było znaleźć zespół, żeby było wiadomo dla kogo ten rozkład układać - tłumaczy. Za plan odpowiada tu wuefista. I chociaż nie obca jest mu gimnastyka, to ostateczna wersja powstała za siódmym razem. Po trzech tygodniach pracy. - Wystarczyło, że jeden nauczyciel zdecydował się wziąć urlop dla poratowania zdrowia i na jego miejsce trzeba było zatrudnić trzy osoby, bo nikt nie chciał wziąć 20 godzin – wyjaśnia Lech. - W pewnym momencie dochodzi się do takiego momentu, że widzi się: albo pójdzie albo trzeba od nowa. Wtedy zostaje się już tylko modlić – podsumowuje próby ułożenia planu Lech.

Podwójny rocznik, uczniowie z Ukrainy

Nauczycieli ubywa, ale uczniów przybywa. - Jedna dodatkowa klasa, a robi różnicę – stwierdza Grzegorz Lech, wyjaśniając kolejny powód problemów z planem lekcji. W tym roku do szkół średnich rekrutowało się 1,5 rocznika. To jeszcze efekt reformy obniżającej wiek szkolny z siedmiu do sześciu lat. Licea i technika musiały otworzyć więc dodatkowe oddziały (w III LO jest pięć klas pierwszych, było cztery), a sal nie było już skąd brać. Zwłaszcza, że trzy lata temu do szkół średnich przyszedł już podwójny rocznik - to z kolei efekt reformy likwidującej gimnazja.

Dlatego w III LO w poprzednich latach ostatni dzwonek dzwonił o 14.45, w tym roku lekcje są od 7.30 do 16.30. Dodatkowo ułożenia planu nie ułatwiał WF, a raczej brak miejsca na niego. Trzeba było więc tak rozłożyć te lekcje, żeby klasy miały sprawiedliwie, w równej liczbie zajęcia na zewnątrz. Część młodzieży jeszcze jeździ na basen w ramach WF. - Trzeba było więc stworzyć specjalne pasmo godzinowe i dopasować je do dzwonków – wyjaśnia dyrektor.

W I LO w Zgierzu uczniowie zaczynają lekce o godz. 7, czyli zerówką. Jeśli ktoś dojeżdża, pobudki ma nawet o 4.30. Naukę młodzież kończy dziewiątą godziną lekcyjną, czyli o 16.15. Zimą będzie już na dworze szaro.

W SP nr 26 starsze klasy uczą się od 8 najpóźniej do 15.30. - Nawet wyszło lepiej niż w zeszłym roku, bo wtedy ze względu na pandemię rozciągnęliśmy zajęcia do 16.25 – tłumaczy Małgorzata. Teraz sukces – na dziewiątej i dziesiątej godzinie lekcyjnej są tylko zajęcia dodatkowe. Tyle jeśli chodzi o starszaki. Maluchy z klas I-III kończą o 16.25. Zaczynają co prawda później, bo o 11 lub 12, ale niestety nie udało się uniknąć dwuzmianowości. To oznacza, że część uczniów rodzice będą przyprowadzać już rano, przed pracą i dzieci będą czekać na świetlicy. Cały dzień spędzą więc w szkole. - Lokalowo nie daliśmy jednak rady – wyjaśnia Małgorzata.

Tu trzeba by się cofnąć jeszcze wcześniej, aż o cztery lata. Do podstawówek po likwidacji gimnazjów za sprawą minister edukacji Anny Zalewskiej doszły wtedy siódme i ósme klasy. Szkoły przerabiały każdy wolny (lub zajęty) kąt na pracownie: pokoje nauczycielskie, kuchnie, składziki na szczotki. Z ostatnich pieniędzy kupowały stoły do ping-ponga, szachy i bule, żeby w ramach WF można było ćwiczyć na korytarzach. Na tym historia się nie kończy.

W marcu 2022 tysiące dzieci z Ukrainy dołączyły do polskich szkół. Jeśli ktoś myślał, np. minister edukacji Przemysław Czarnek, że po wakacjach sytuacja się unormuje, to się pomylił. - Mamy 100 zapisanych uczniów z Ukrainy, przestałem już liczyć, cały czas jest ruch – mówił nam tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego Michał Różański, dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 4 w Łodzi (w skład którego wchodzi SP nr 26). MEiN zostało przy zwiększonych limitach w klasach (w I-III mogło być maks. 25 dzieci, teraz 29), ale nawet już zwiększone limity w ZSP nr 4 przekroczono. Dlatego w szkole utworzono oddział przygotowawczy na poziomie I-III. Potrzeba więc kolejnej sali.

- Dzieci przybywało i przybywało. Obawiałyśmy się, że ich liczba w klasie przekroczy limit i trzeba będzie zrobić podziały. To oznaczałoby układanie planu od nowa – wspomina Małgorzata. W tym wypadku akurat się udało, podziałów nie trzeba robić. Trzeba jedynie dostawić ławki w salach przygotowanych na 25 dzieci.

Religia i etyka w planie? Kiedy i gdzie się uda

Teraz zostaje jeszcze tylko wpisać etykę. Chodzą na nią dzieci łączone z różnych klas, więc musi się odbywać w takim terminie, żeby pasowało wszystkim. Licea czy technika w większości problem mają z głowy – patrząc na wypełnione po brzegi plany lekcji, mało kto zapisuje się na fakultatywne zajęcia.

Co z religią, która powinna być na końcu albo na początku zajęć tak, by dzieci, które na nią nie chodzą, nie miały okienka? W klasach, gdzie dużo osób wypisało się z katechezy, nauczyciele starają się wpisywać ją rano albo po południu. Ale nie ukrywają znów, że nie zawsze się da, więc druga godzina religii często ląduje w środku zajęć. Wtedy tłok robi się na świetlicy lub w bibliotece, gdzie czekają dzieci, które zrezygnowały z katechezy.

I tak aż do końca semestru. Potem zmieniają się niektóre przedmioty, np. w podstawówkach kończy się WDŻ, zaczyna doradztwo zawodowe. - Mam nadzieję, że wtedy będą tylko kosmetyczne zmiany – przyznaje Małgorzata.

Beata Pośpiech o planie na nowy semestr nawet jeszcze nie chce myśleć. - Nie wiem, co będzie, jak za chwilę ktoś przyjdzie i powie, że coś wypadło mu w innej szkole i trzeba zmienić plan. Drobna korekta w jednej szkole może oznaczać posypanie się planu w Łodzi, Aleksandrowie, Strykowie, czy Zgierzu. Katastrofa międzymiastowa – mówi dyrektorka. Stąd samo ułożenie planu nawet z matematykami na końcu dnia, zerówkami i dwoma zmianami uważa się za marny, ale sukces. Sukces na miarę szkolnictwa w XXI wieku w Polsce.

loader

RadioZET.pl