`

Byłem podrapany do krwi w szkole, uderzony w twarz. Dodatek za trudne warunki pracy? Niecałe 300 zł

6 min. czytania
23.01.2024 09:42
Obserwuj nas na Google

SZKOŁA OCZAMI NAUCZYCIELI. Dariusz, nauczyciel wychowania fizycznego, po 11 latach pracy w szkole z uczniami z niepełnosprawnościami, po zdobyciu najwyższego stopnia awansu zawodowego, z dodatkiem za trudne warunki pracy na rękę dostaje 3,9 tys zł. Jego rata kredytu po podwyżce stóp procentowych? 6,5 tysiąca.

Sala gimnastyczna
fot. Stanislaw Bielski/REPORTER

Szkoła oczami… - to nasz autorski cykl, w którym przedstawiamy historie uczniów, nauczycieli i rodziców z różnych miast i szkół. Kolejni nasi bohaterowie opowiadają nam, jak wygląda ich szkolny tydzień, co odpowiada im w polskiej edukacji, co by zmienili. Każda z tych grup – uczniowie, rodzice, nauczyciele – współtworzy polską szkołę. Jednocześnie często odbiera ją zupełnie inaczej. Połączenie tych spojrzeń daje pełny obraz polskiego systemu edukacji.

- Zdarzało się, że byłem ugryziony, podrapany do krwi, uderzony w twarz. Zmieniałem pieluchy uczniom, myłem ich – wylicza Dariusz. Gróźb karalnych nie zliczy. Jednego dnia uczniowie przytulają się do niego, drugiego dnia straszą, że go zabiją. Kilkakrotnie wzywał pogotowie psychiatryczne, by zabrało podopiecznego, który wpadł w szał.

- Zdarzyło mi się też udaremnić próbę samobójczą - wspomina Dariusz. - Uczeń w furii próbował przeskoczyć przez barierki. W ostatniej chwili go złapałem i ściągnąłem – opowiada. - Czasami trudno uwierzyć, że takie rzeczy się dzieją, jeśli ktoś tego nie zobaczy na własne oczy - dodaje.

Lekcje WF w ścisku i hałasie

Dariusz pracuje w szkole specjalnej w Poznaniu. Uczą się tu osoby zarówno z niepełnosprawnością w stopniu lekkim, które mają problemy edukacyjne, wychowawcze, jak i takie z porażeniem czterokończynowym, czy mózgowym porażeniem dziecięcym. Uczniów w klasie – w zależności od stopnia niepełnosprawności – jest zazwyczaj kilkoro. Ale i tak lekcje wychowania fizycznego, które prowadzi Dariusz, często wyglądają tak.

Z jednym chłopakiem na wózku, który może poruszać tylko jedną ręką, poodbija piłkę. Za chwilę idzie do drugiego, który jest w pełni sprawny fizycznie. Pograją więc chwilę w koszykówkę czy piłkę nożną. Trzeci, sprawny fizycznie, ale nie mówi po polsku – przyjechał niedawno z Ukrainy. Większość czasu Dariusz próbuje się więc z nim porozumieć. Czwarty z wieloma chorobami współistniejącymi, chwilowo unieruchomiony, dostaje z boku jeszcze inne ćwiczenia.

W kolejnej klasie chłopak z zespołem Downa uwielbia ćwiczyć na siłowni. Podnosi ciężary prawie jak dorosły facet. Kolejny z mózgowym porażeniem dziecięcym niewiele jest w stanie zrobić. Trzeci, również z zespołem Downa, nie poruszy się, jeśli się go gdzieś nie zaprowadzi, nie usadzi. - To jest takie szukanie czegoś, co mogą robić łącznie – podsumowuje swoje lekcje Dariusz.

To i tak nie jest najgorsze według niego w porównaniu z hałasem w sali gimnastycznej i w ogóle w szkole. - Włączyłem kiedyś urządzenie do pomiaru decybeli. Wszelkie normy przekroczone. Nieraz hałas osiągał 80 decybeli - mówi Dariusz. W szkole jest jedna sala gimnastyczna i jedna siłownia, ale bez windy, więc w wypadku uczniów na wózkach odpada.

Redakcja poleca

Jeśli pogoda pozwala, to klasy ćwiczą na boisku na dworze (też jest jedno), albo idą na pobliski orliki. Znów nie wszyscy mogą, bo niektórzy uciekają, boją się różnych rzeczy dookoła. - Kisimy się więc w środku. Ścisk straszny. Nieraz pięć klas jednocześnie jest na sali. Autystycy, dla których hałas oznacza ból, chodzą w słuchawkach – mówi Dariusz.

Pensja nauczyciela jak niewolnika

Po 11 latach takiej pracy, zdobyciu najwyższego stopnia awansu zawodowego, 20-godzinnym pensum (oprócz WF u prowadzi zajęcia rewalidacyjne), z dodatkiem za trudne warunki pracy (300 zł brutto) na rękę Dariusz dostaje 3,9 tys zł. Kredyt na mieszkanie brał przed podwyżką stóp procentowych. Miał płacić 2,7 tys. raty, płaci 6,5 tys. Ma trójkę dzieci. Żona dopiero niedawno po urodzeniu najmłodszego wróciła do pracy. - Niewolnicy kiedyś pracowali cały dzień, żeby dostać jeść, żeby mieli gdzie spać i mieli ciepło. Jakbym pracował tylko w szkole, to niczym niewolnik – ironizuje.

Wbrew pozorom szkolne absurdu widzi gdzieś indziej niż w zarobkach. Pierwszy? Długość lekcji. W szkole specjalnej zajęcia rewalidacyjne trwają 60 minut. - Pomysł kogoś, kto prawdopodobnie nigdy nie pracował w szkole - komentuje ze złością Dariusz. Bo jednocześnie część przedmiotów, tych standardowych, wciąż trwa 45 minut. Nauczyciel i tak więc siedzi 60 minut z klasą, bo musi czekać aż ten pierwszy skończy. - Trzeba uczniów przekazać niemal z rąk do rąk. Albo ryzykować, że coś im się stanie, jak pójdzie się do toalety lub na przerwę - wyjaśnia wuefista.

Kolejny absurd – stosy papierów, które idą za jednym uczniem. - Lasy Państwowe powinny się tym zainteresować – mówi z sarkazmem Dariusz. Od razu zaznacza, że wiele rzeczy w tych dokumentach się powiela, powtarza, więc w najmniejszym promilu nie wpływają one na poprawę życia ucznia.

I trzeci absurd. Jednym z wymaganych dokumentów jest WOPFU, czyli wielospecjalistyczna ocena poziomu funkcjonowania ucznia. Tworzą ją wszyscy nauczyciele uczący daną osobę. Żeby to zrobić, w ciągu roku szkolnego muszą się trzy razy się spotkać w sprawie każdego podopiecznego. Na spotkania są też zapraszani rodzice. - Czyli nauczyciel przedmiotowy jak ja, który może uczyć 50 uczniów, musi trzy razy w roku wziąć udział w 50 spotkaniach. Wychodzi 150 dodatkowych zebrań. Kto to wymyślił? Nie wiem, ale chciałbym z tym człowiekiem porozmawiać - stwierdza Dariusz.

I tak przez cały styczeń w każdą środę i poniedziałki siedzi wieczorami po kilka godzin z telefonem, laptopem, najczęściej w toalecie - tu ze względu na trójkę dzieci ma najspokojniej - i słucha, co wpisać w dokumenty.

Argument, żeby zostać nauczycielem

Oprócz szkoły Dariusz dorabia jeszcze w klubie sportowym i prowadzi swoją działalność także związaną ze sportem. Wstaje 5.20. Szykuje jedzenie na cały dzień, 20 minut dojazd i lekcje zaczyna o 7.30 lub 8.30. - W szkole specjalnej nie mam przerw, trzeba się opiekować uczniami – przypomina. Kończy 12.50 i jedzie do kolejnej pracy. Prowadzi treningi z judo. I tak do godz. 21 - z wyjątkiem śród i absurdalnych spotkań w sprawie dokumentów. Ok. 23 kładzie się spać. Często ze zmęczenia nie może długo zasnąć. Albo zupełnie odpływa.

Redakcja poleca

- To jeden z argumentów, żeby zostać nauczycielem – mówi poważnie. - Praca w szkole daje możliwość pracy gdzie indziej - wyjaśnia. Wie, że nie byłby w stanie siedzieć w jednym miejscu przez siedem, osiem godzin. Potrzebuje różnorodności. - Wychodzę ze swojej szkoły i przestaję o niej myśleć, bo już muszę się zajmować innymi uczniami na innych treningach - opowiada. Choć zna nauczycieli, którzy chętnie pracowaliby dłużej za odpowiednie wynagrodzenie.

Gdyby wprowadzono takie rozwiązanie, on mocno by się zastanowił nad tym, czy nadal uczyć w szkole. - Niech nauczyciel pracuje krótko, zarabia może mniej, ale wtedy zyskuje szereg możliwości wykorzystania tego czasu. Np. na inną pracę. Są też tacy, którzy wolą pracować krócej i poświęcić wolny czas swoim dzieciom. Albo o zarobki nie muszą się martwić, bo np. mąż dobrze zarabia. Dla takich osób to też jest dobry zawód – uważa.

Uczniowie, nie zmieniajcie się

Pomimo wielu trudnych, wręcz dramatycznych sytuacji nie myślał o przejściu do szkoły masowej. Dariusz od studiów kształcił się w tym kierunku. Na Akademii Wychowania Fizycznego wybrał specjalność sport osób niepełnosprawnych. Potem zaczął prowadzić treningi dla dzieci z niepełnosprawnościami. Wprowadzał też w Polsce judo jako dyscyplinę dla osób niepełnosprawnych.

Wie, jak często narzeka się na WF w szkołach. Słyszy też głos, że polonista powinien zarabiać więcej, bo musi się przygotowywać do lekcji. - Nauczyciel WF też powinien przygotowywać się do lekcji, uprawiając sport – odpowiada wtedy Dariusz - Żeby być autorytetem dla ucznia wuefista nie może być otyły, niesprawny. Musi więc trenować, wychodzić ze strefy komfortu – mówi. Sam, żeby zostać nauczycielem WF, przez 12 lat uprawiał sport wyczynowo.

W szkole oprócz wymiaru pracy przede wszystkim nie zmieniłby uczniów. - Denerwuję się czasem biurokracją, papierologię, ale naprawdę lubię swoją pracę. Lubię pracę z moimi uczniami. Darzę ich ogromnym szacunkiem. Uczę się od nich dużo. Często im powtarzam i życzę, żeby lubili swoją pracę jak ja - opowiada.

Źródło: Radio ZET

Nie przegap

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET