Powódź w Hiszpanii. "W tych garażach mogą być ciała ludzi". W Walencji wrze
Wśród mieszkańców prowincji Walencja narasta wściekłość na władze. Nie tylko za to, że nie zostali dostatecznie wcześnie ostrzeżeni przed wtorkową powodzią. Również za to, że mimo że od przejścia wielkiej wody minęło już pięć dni, to wciąż trudno na ulicach spotkać choćby niezbędnych do trudnej akcji ratunkowej żołnierzy. Wielkie sprzątanie odbywa się głównie rękami mieszkańców i wolontariuszy – pisze specjalny wysłannik Radia ZET do Hiszpanii Maciej Bąk.
Powódź w Hiszpanii. Relacja naszego reportera z prowincji Walencja
Kiedy wjeżdża się do Walencji od strony południowej, od Alicante, widok przyprawia o dreszcze. Po lewej stronie niekończący się rząd porozbijanych samochodów. Wcześniej tamowały one autostradę, ale służbom udało się odciągnąć je na bok, żeby udrożnić ruch. Po prawej z kolei widać mur utworzony ze śmieci naniesionych przez falę powodziową. Sama stolica jest po powodzi praktycznie nietknięta. Za to tuż za granicami Walencji zaczyna się "strefa zero". To tam ekstremalny niż, nazywany w Hiszpanii Dana, skupił się na kilkunastu miejscowościach, na które przez cztery godziny spadło tyle deszczu, ile normalnie spada tu w rok
– Pierwszy sygnał o tym, że coś może być nie tak, dostałam we wtorek po południu, kiedy zadzwonili ze szkoły żeby odebrać dzieci, i że być może w środę nie będzie lekcji – opowiada Judyta, Polka mieszkająca w nadmorskim Pinedo, tuż obok portu w Walencji. Ona i jej sąsiedzi mogą mówić o cudzie, bo wielka woda objęła wszystkie okoliczne miejscowości, ale oszczędziła to miasteczko. W nocy z wtorku na środę była ewakuacja najniższych pięter, ale po paru godzinach pozwolono ludziom wrócić do domów. Kiedy jednak telefon zaczął w nocy wyć - tak działa rządowy system ostrzegania, odpowiednik naszego alertu RCB - Judyta miała już na swojej szkolnej grupie na WhatsApp mnóstwo filmików od znajomych, pokazujących, jak ich ulice zamieniły się w rwące rzeki.
"Od tego jest wojsko. Tylko gdzie jest to wojsko?"
– To jakiś absurd, ludzie dostali sygnał ostrzegający o powodzi w momencie jak ich domy były już wodą – mówi Sara, którą spotykam w wielkiej kolejce wolontariuszy ustawionej przed Muzeum Nauki w Walencji. Od soboty to tu władze kazały ochotnikom pojawić się z samego rana, żeby dostać przydział miejsca i zadań, wsiąść do autobusu i udać się w wyznaczone miejsce. Miało to pomóc uniknąć chaosu, jaki zdaniem władz regionalnych zapanował po tym, jak ludzie spontanicznie zaczęli udawać się do najbardziej dotkniętych powodzią miejsc. – Mamy ze sobą miotły, łopaty i mopy. Możemy pomóc przy sprzątaniu, ale przecież nie jesteśmy w stanie zrobić takich rzeczy jak wyciąganie samochodów z blokującej drogę sterty rozbitych pojazdów. Od tego jest wojsko. Tylko gdzie jest to wojsko? – pyta Sara.
Wielkie kolejki wolontariuszy przed imponującym budynkiem Muzeum Nauki wyglądają pięknie w obrazku i sprawiają, że serce rośnie widząc jak społeczność Walencji okazuje solidarność poszkodowanym. Problem pojawia się jednak na etapie realizacji tej pomocy. Z Tonim i jego kolegami rozmawiałem w sobotę rano, kiedy przed nimi była jeszcze co najmniej godzina stania. Chcieli pojechać od razu na miejsce, ale rząd zabronił, więc czekali na dyspozycje. Kiedy spotykamy się tego samego dnia wieczorem, okazuje się, że ekipa Toniego zrezygnowała po kilkudziesięciu minutach bezproduktywnego stania w kolejce i sami udali się do wybranego miasta. – Okazało się, że dobrze zrobiliśmy, bo wiele osób weszło do autobusów i krążyło bez sensu po okolicy, inni zostali odprawieni z kwitkiem. My przynajmniej coś pomogliśmy, ale kiedy machaliśmy miotłami mieliśmy poczucie otaczającej nas beznadziei. Bo to, co robiliśmy, to była kropla w morzu potrzeb, a wojska jak nie było tak nie ma – mówi z żalem w głosie Toni.
Kiedy przez południe Polski przeszła we wrześniu tego roku powódź, już następnego dnia na miejscu pomagało blisko 5 tysięcy żołnierzy. W prowincji Walencja w sobotę było ich niespełna 3 tysiące, a było już cztery dni po powodzi. W weekend premier Pedro Sanchez zapowiedział zwiększenie tych sił do blisko 10 tysięcy. – Dziś rano przyjechały do nas dwa wojskowe pojazdy. Wszyscy przywitali ich oklaskami. Ale szybko odjechali i teraz ich już nie ma – relacjonuje Pilar, dziennikarka lokalnych mediów, którą spotykam w samym centrum miasta Aldaia. Docieram tam w niedzielę rano, choć według oficjalnego komunikatu administracji, jaki pojawił się w nocy, jest to jedno z kilkunastu miejsc objętych całkowitym zakazem wstępu, nawet dla wolontariuszy. Oficjalnie z powodu ostrzeżeń meteorologicznych, ale deszczu nie ma, spodziewany jest dopiero wieczorem. Mimo zakazu każdy może swobodnie wejść do miasta, są w nim tłumy wolontariuszy, nikt ich nie zatrzymuje. Zresztą gdyby ich nie było, mieszkańcy byliby pozostawieni sami sobie.
Woda sięgała prawie dwóch metrów
– Może dlatego, że król Filip VI dziś przyjeżdża do Walencji, to nie chcieli chaosu na ulicach? – pyta gorzko jeden z wolontariuszy Victor, którego zagajam Aldai. Pomaga swojemu koledze Sergio. Wskazują na poziom wody, jaka w szczytowym momencie pędziła przez miasto po tym, jak wylał kanał Turii. Sięgała na wysokość prawie dwóch metrów. W centrum Aldai stoją dziesiątki zniszczonych aut, są po kolei wyciągane za pomocą wózka widłowego i ściągane na bok, tak żeby nie tamować ruchu. Restauracje na głównym rynku są zniszczone, pracownicy wyrzucają sprzęty na zewnątrz, ściągają miotłami wodę. Gdzieś pomiędzy pracującymi ludźmi rozstawiła się kuchnia polowa, na grillu smaży się kurczak, jest wielki gar z zupą. Obok pan w średnim wieku rozstawia na stoliku pokrojone w kawałki ciasto i puszki z Colą i Fantą.
Hiszpania. Zalegająca woda może być silnie skażona
Praca wolontariuszy z dnia na dzień okazuje się coraz trudniejsza. Są osoby, które zachorowały albo wdało im się zakażenie na skutek brodzenia w skażonej wodzie. W Chivie kilkanaście osób podtruło się tlenkiem węgla podczas czyszczenia jednego z garaży, trujący gaz zaczął ulatniać się z silnika. Po tych doniesieniach coraz więcej ochotników przychodzi na miejsce pracy w maseczkach, a swoje buty wkładają w foliowe siatki i zaklejają taśmą. – W tych garażach mogą być ciała ludzi i martwe zwierzęta. A to oznacza mnóstwo drobnoustrojów, które mogą dostać się do naszego organizmu. Dlatego robimy co możemy, żeby zabezpieczyć się przed możliwymi chorobami – mówi mi Xavi, który wraz ze znajomymi przyszedł piechotą z Walencji, żeby dołączyć do pomagających w Aldai. Nic sobie nie robili z zakazu wstępu, wiedzieli, że bez nich ludzie zostaną pozostawieni sami sobie.
Zryw Polaków mieszkających w Hiszpanii
Najgorsza sytuacja jest cały czas w położonych obok siebie miasteczkach: Paiporta, Catarroja, Sedavi, Benetusser, Alfafar. W tym ostatnim woda zalała między innymi położone na parterze mieszkanie pani Olgi. Jej siostra prośbę o pomoc opublikowała na bardzo prężnie działającej grupie na Facebooku "Polacy w Walencji". Reakcje były natychmiastowe, punkt zbiórki zorganizowano w polskim sklepie Żubr, ludzie szybko zaczęli pytać o to, jakie ubrania są potrzebne, jakie mają być rozmiary, i tak dalej. Judyta z Pinedo również zamieściła ogłoszenie dla kobiet z dziećmi, które potrzebują tymczasowego schronienia. – Mamy z mężem i dziećmi duże mieszkanie, na pewno znajdziemy miejsce dla kogoś potrzebującego – zaznacza.
W sobotę w Hiszpanii skończyła się trzydniowa żałoba narodowa. Dla prowincji Walencja będzie ona jednak trwała znacznie dłużej. Powódź pochłonęła ponad 200 istnień, ale ta liczba w ciągu najbliższych dni na pewno się zwiększy, bo do wielu miejsc wciąż nie dotarli ratownicy. – To już dla nas drugi taki wstrząs w tym roku. W lutym płonął duży blok mieszkalny, w jednym momencie 300 rodzin straciło dach nad głową. Już wtedy widzieliśmy jak solidarni są ludzie w Walencji. Dziś pokazują to ponownie – mówi Natalia, która w Walencji zamieszkała dwa lata temu. – Ludzie są bardzo skłonni do pomocy, zwykli ludzie, jak my. Ale czy to nie jest dziwne, że to oni muszą brać sprawy w swoje ręce? Od tego powinniśmy mieć władze – dodaje jej koleżanka Patrycja.
Ulice stolicy prowincji od kilku dni wypełnione są ludźmi z miotłami. Te miotły to symbol ich solidarności i ofiarności. Ale też bezsilności, bo ani miotłą, ani mopem, ani łopatą nie podniesiesz rozbitego samochodu, nie udrożnisz tunelu ani nie wypompujesz setek litrów wody z piwnicy. Ci, którzy mają takie możliwości, czyli państwowe służby kryzysowe, do wielu miejsc w okolicach Walencji wciąż nie mogą dotrzeć.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET