`

Prigożyn przerwał milczenie. To jego pierwsza wypowiedź od "marszu na Moskwę"

2 min. czytania
26.06.2023 17:02
Obserwuj nas na Google

Celem sobotniego buntu najemniczej Grupy Wagnera, która podjęła marsz na Moskwę, było uratowanie formacji i zaprotestowanie przeciw nieskutecznemu prowadzeniu przez siły rosyjskie wojny w Ukrainie, nie zaś obalenie władzy rosyjskiej – oświadczył w poniedziałek właściciel Grupy Jewgienij Prigożyn na Telegramie w swoim pierwszym od nieudanego puczu wystąpieniu.

Prigożyn
fot. Associated Press/East News

Jewgienij Prigożyn przemówił publicznie po raz pierwszy od zakończenia sobotniego "marszu na Moskwę". Przywódca Grupy Wagnera - wojskowej grupy najemniczej pod auspicjami Kremla - tłumaczył, że "mimo że nie wykazaliśmy żadnej agresji, rozpoczęto na nas atak rakietowy". Oświadczył, że marsz na był „lekcją mistrzowską” pokazującą, jak powinna była się odbyć rosyjska „operacja" w Ukrainie 24 lutego zeszłego roku.

Prigożyn przerwał milczenie. "Lekcja mistrzowska"

Zaznaczył, że Grupa Wagnera przeszła w sobotę taką samą odległość, jaka dzieli granicę rosyjsko-ukraińską od Użhorodu przy granicy ukraińsko-węgierskiej. „Gdyby na początku specjalnej operacji wojskowej zadania wykonywali tacy ludzie jak Grupa Wagnera, być może potrwałaby ona tylko kilka dni. Pokazaliśmy poziom organizacji, który powinna mieć armia rosyjska” – oznajmił.

Marsz ten ujwanił – według niego – „poważne problemy w sferze bezpieczeństwa na całym terytorium” Rosji, gdyż w jego trakcie Grupa Wagnera zablokowała „wszystkie lotniska i oddziały wojskowe” na swojej drodze. Powtórzył też, że bunt został wywołany atakiem rakietowym na siły wagnerowców, w którym zginęło – wedle jego słów - 30 najemników.

Oznajmił przy tym, że Alaksandr Łukaszenka zaproponował mu znalezienie rozwiązań umożliwiających dalszą działalność Grupy w ramach prawa. Podkreślił jednocześnie, że w czasie swego marszu jego najemnicy nie zabili ani jednego żołnierza rosyjskiego. W 11-minutowym nagraniu Prigożyn nie ujawnił, gdzie się znajduje. Zgodnie z porozumieniem, które zawarł z Łukaszenką, miał się udać na Białoruś.

Bunt Prigożyna. Negocjacje prowadził Łukaszenka

W piątek 23 czerwca Prigożyn stwierdził, że oddziały rosyjskiej armii zaatakowały obóz jego bojowników, powodując liczne ofiary. Zapowiedział "przywrócenie sprawiedliwości" w armii i domagał się odsunięcia od władzy skonfliktowanego z nim ministra obrony Siergieja Szojgu.

Redakcja poleca

Wagnerowcy opanowali sztab Południowego Okręgu Wojskowego w Rostowie nad Donem, potem zajęli Woroneż,  a następnie skierowali swoje siły na Moskwę. Sytuacja była napięta, w mediach pojawiały się doniesienia o zbliżającym się zamachu stanu.

Jednak po upływie doby, w sobotę wieczorem, Prigożyn ogłosił odwrót i wycofanie najemników do obozów polowych, by "uniknąć rozlewu krwi". Miało to być rezultatem negocjacji białoruskiego autorytarnego lidera Alaksandra Łukaszenki z Prigożynem, prowadzonych w porozumieniu z Władimirem Putinem. Prigożynowi cofnięto sprawę karną (o rozpoczęcie powstanie zbrojnego), jednak musiał opuścić Rosję – Kreml potwierdził, że ma udać się na Białoruś.

RadioZET.pl/Telegram/PAP

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET