Juliusz Braun

fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta

Juliusz Braun: Na zamieszaniu z Opolem TVP straciła milion złotych [WYWIAD]

29.06.2017

– Kompromis w sprawie festiwalu w Opolu kosztował Telewizję Polską lekko licząc milion złotych bezpowrotnie utraconych przychodów – mówi były prezes TVP, a obecnie członek Rady Mediów Narodowych, Juliusz Braun w wywiadzie z cyklu "Rozmowy na stronie" dla radiozet.pl. – „Czarna lista” nie jest spisanym dokumentem, więc formalnie nie istnieje. Ale przecież jest – dodaje. 

Jak by Pan nazwał zamieszanie, jakie powstało wokół festiwalu w Opolu? Afera, skandal, nieporozumienie, a może nic się nie stało?

Na pewno się stało. Należałoby powiedzieć, że jest to skandal, mistrzostwo świata w niszczeniu tradycji i pokaz niekompetencji.

Niezależnie od pierwotnych przyczyn problemu, szef korporacji musi posiadać umiejętności wyjścia z kryzysu. Dziś po podpisaniu nowej umowy z prezydentem Opola, Prezes Kurski twierdzi, że kryzys jest już zakończony. Ale tak naprawdę nie wiemy jeszcze jak – zobaczymy, co będzie we wrześniu, jak będzie wyglądał ten festiwal.

Najpierw Kurski obraził prezydenta Opola, a potem powiedział, że w gruncie rzeczy nic się nie stało. Tymczasem już teraz możemy powiedzieć, że ten kompromis kosztował Telewizję Polską lekko licząc milion złotych bezpowrotnie utraconych przychodów. Przez lata było tak, że miasto uczestniczyło w finansowaniu festiwalu i było jego współgospodarzem. Teraz na mocy nowej umowy Opole po prostu komercyjnie wynajmuje amfiteatr Telewizji Polskiej, która ponosi pełną odpowiedzialność za kształt imprezy.

Prezes Kurski już przegrał. Jeśli festiwal się uda, to nikt nie będzie pamiętał szczegółów umowy, wszyscy będą szczęśliwi, a w Opolu zostanie odtrąbiony sukces. Ale jeśli się nie uda, to wszyscy powiedzą, że to Kurskiemu się nie powiodło. Wszystko zaczęło się od pychy, przekonania, że „wszystko mi wolno”, a gdy się okazało, że jednak tak nie jest, to uwidocznił się brak umiejętności zażegnania kryzysu.

Zaraz po zerwaniu umowy przez prezydenta Opola Jacek Kurski wystąpił w TVP, gdzie całą winą za ten skandal obarczył Opole oraz artystów, którzy rzekomo nabrali się na „fake newsa” o „czarnej liście” (a była ich długa lista: Kayah, Nosowska, Piaseczny, Rodowicz, Hyży, Popowska, Szpak, Kasia Kowalska i inni). Zagroził także pozwami. Telewizja Polska jest ofiarą, a nie winnym?

Jeśli nie widział w tym swojej winy, to mógł iść do sądu i procesować się o te miliony złotych, o których opowiadał. Mówienie: „jestem najlepszy” i jednocześnie: „jestem ofiarą spisku elit, które mnie nie lubią”, jest żałosne. Najważniejsze jednak, że lubi go najważniejszy Prezes (czyli Jarosław Kaczyński) i dopóki ta sytuacja będzie się utrzymywać, to Kurskiemu rzeczywiście będzie wolno wszystko.

To jak się to ma do misji TVP, w której czytamy m.in.: „Nakaz zachowania wewnętrznego pluralizmu w programach publicznej radiofonii i telewizji możliwy jest do zrealizowania tylko pod warunkiem zachowania ich wyraźnego dystansu od aktualnego dysponenta politycznego”

Nie można nawet powiedzieć, że nijak. Jest dokładnie na odwrót, co zresztą prezes Kurski wyraźnie powiedział. Jest to telewizja, która realizuje bezpośrednie zamówienia polityczne, czasami nawet wyprzedza te zamówienia, bo Jacek Kurski jak mało kto potrafi odczytywać intencje Prezesa. Dzieje się to kosztem jakości programu, ale co gorsza dewastuje debatę publiczną, której jakość nigdy zresztą w Polsce nie była najlepsza.

Jacek Kurski mówi, że dopiero teraz w TVP przywracany jest elementarny obiektywizm i uczciwa debata publiczna.

To bzdura. Nic więcej na ten temat nie można powiedzieć.

Zamieszanie z Opolem rozpoczęło się od publikacji medialnych nt. rzekomej „czarnej listy” i cenzurowania niektórych artystów przez TVP, co potem potwierdziła Kayah, która jako pierwsza zrezygnowała z występu na festiwalu. Jest coś na rzeczy czy to – jak twierdzi Jacek Kurski – „fake news”?

„Czarna lista” nie jest spisanym dokumentem, więc formalnie nie istnieje. Ale przecież jest. Niedawno przeczytałem, że dziennikarka TVP nie zrobiła materiału o przyznania nagród młodym plastykom, bo artystka maluje akty. Co gorsza dziennikarka TVP nawet nie rozumiała istoty problemu i miała pretensje do artystki, że ta „nie okazała pokory i zrozumienia”. Prezes TVP realizuje linię partii, a telewizyjna dziennikarka pilnuje się, by nie naruszyć linii określonej przez Prezesa TVP. To jest najgorsza forma cenzury.

W czasach, gdy oficjalnie istniała cenzura, czyli działał Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk, też oficjalnie, publicznie nie było żadnej „czarnej listy”. Istniała natomiast poufna, nieoficjalna księga zapisów cenzorskich, stale zmieniana i aktualizowana. To tam ustalano, że o niektórych osobach w ogóle nie wolno mówić, a o innych można, ale tylko źle. Z przerażeniem obserwuję, że w TVP działa dziś podobny mechanizm.

Zaraz za Kayah poszła Kasia Nosowska, która w ubiegłym roku zagrała na Woodstocku (a więc festiwalu marginalizowanego przez TVP Jurka Owsiaka) ze złamaną nogą, cały koncert siedziała na fotelu, a publiczność bawiła się znakomicie. Ta sama Kasia Nosowska, choć w pełni sił, nie chce wystąpić na festiwalu w Opolu, pisząc: „Nie wystąpię w Opolu, bo wykluczenie, w jakiejkolwiek odsłonie, uznaję za zawstydzające”.

To, co dzieje się wokół Festiwalu w Opolu, jest elementem większej całości. Nie muzyki, ale polityki. Konflikt polityczny w Polsce dotyczy już wszystkiego. TVP promuje dziś z jednej strony disco polo, z drugiej koncert, na którym z okazji 80. urodzin Jan Pietrzak, z udziałem notabli „dobrej zmiany”, faktycznie niszczy swoją wspaniałą legendę. To są filary polityki kulturalnej w wersji „dla mas”. A co innego jest co najmniej niemile widziane.

Wkrótce mają się pojawić także nowe programy religijne.

I dobrze, ale programy religijne były w TVP od zawsze i nie było w tej sprawie żadnych sporów. Po prostu były i często cieszyły się dobrą opinią i nie najgorszą oglądalnością. Natomiast teraz robi się z tego przedstawienie pokazujące miłość Jacka Kurskiego do Kościoła. Nie mogę tego zrozumieć.

Wracając do Pietrzaka…

Jan Pietrzak w Opolu występował, nie tylko w czasach PRL-u, ale również trzy lata temu na galowym koncercie 50-lecia festiwalu. Śpiewał wtedy m.in. utwór „Żeby Polska była Polską”, który był bardzo wyeksponowany w programie, bo i dla mnie to ważny element dziejów polskiej kultury. Wtedy nikt go nie prześladował. Byłem wówczas prezesem, więc wiem. Przeciwnie, bardzo zabiegaliśmy, żeby zaśpiewał i by się w Opolu dobrze czuł.

Jacek Kurski odbił jednak piłeczkę, twierdząc, że artystom wcale nie chodziło o solidarność i cenzurę, a niedopuszczenie do występu Jana Pietrzaka.

To już sobie ustaliliśmy – to kolejna bzdura, bo Pietrzak wystąpił m.in. w koncercie na 50-lecie festiwalu. Inna sprawa, że dziś rzekomi przyjaciele Jana Pietrzaka pomagają mu niszczyć własny dorobek, a o jego obecnej twórczości lepiej milczeć, bo budzi głębokie zażenowanie.

Mimo przełożenia Opola, TVP i tak zorganizowała Janowi Pietrzakowi jubileusz 50-lecia pracy i cieszył się on dużym powodzeniem. Wg badania Nielsena, w czasie transmisji TVP była liderem z oglądalnością na poziomie 1,24 mln. Jednak tylko 143 tys. w grupie 16-49.

Tak, ale 11 procent udziału w rynku to nie jest wynik imponujący. A żałosny wynik wśród młodszych widzów powinien dać do myślenia. Ponad dwa razy więcej osób (2,6 mln) oglądało dzień później koncert disco-polo.

No właśnie: zamiast Opola dostaliśmy festiwal disco-polo, na którym zresztą Jacek Kurski świetnie się bawił. Oglądalność tego wydarzenia była bardzo dobra. To odpowiedni kierunek dla publicznego nadawcy?

To są dość wysokie udziały, ale wstyd się chwalić takim sukcesem. Zresztą to już nie są tak ogromne widownie, jakie swego czasu przyciągały Opole, Eurowizja czy kabarety, z których TVP też zrezygnowało.

Spadek oglądalności TVP niewątpliwie wiąże się z odpływem gwiazd. Odeszli lub zostali zwolnieni już m.in. Maciej Orłoś, Beata Tadla, Jarosław Kret, Robert Makłowicz, Grażyna Torbicka, Agata Młynarska, wkrótce być może to samo czeka Roberta Janowskiego.

Szef Rady Mediów Narodowych poseł Krzysztof Czabański zapowiadał swego czasu, że wyrzucenie z telewizji Piotra Kraśki i Beaty Tadli to jego zobowiązanie wyborcze. Kurski dla odmiany mówi, że on prawie nikogo nie zwalniał. W rzeczywistości wszyscy, którzy odeszli z TVP, albo zostali do tego zmuszeni, albo tak źle się tam czuli, że nie widzieli dla siebie miejsca. Każda telewizja opiera się na gwiazdach, na twarzach, ludzie włączają audycje, bo widzą „znajomego” na ekranie.

To najlepiej widać na przykładzie „Familiady”, która od ponad 25 lat ma tego samego prowadzącego i „Jaka to melodia”, z którą tak do końca nie wiadomo, co będzie i kto ją poprowadzi.

„Jaka to melodia” będzie kolejnym „sukcesem” ekonomicznym TVP. Na zabiegu Kurskiego dobrze wyszedł tylko amerykański właściciel formatu. Do tej pory umowa podpisywana była na rok, po każdym sezonie następowała analiza oglądalności, więc łatwo było na bieżąco reagować. Wyniki były dobre, więc umowę przedłużano. Odpowiedzialność za negocjacje spoczywała na producencie.

Teraz TVP kupiła ten format na pięć lat z góry. To jest wielkie ryzyko. Właściciel ma święty spokój, dolary będą płynąć, a Telewizja została z problemem - zapłaciła ogromne pieniądze za coś, o czym nie wiadomo, czy za 2-3 lata będzie dobrze funkcjonowało.

Tak naprawdę nie wiadomo, czy w tym sezonie będzie dobrze funkcjonowało.

Zdaje się, że znowu skończy się „kompromisem”, jak z festiwalem w Opolu. Po wielkiej awanturze i niepotrzebnych wydatkach ze strony TVP najprawdopodobniej na razie pozostanie podobnie jak było dotąd.

Jacek Kurski cały czas zaklina rzeczywistość, badania oglądalności Nielsen Audience Measurement (te ostatnie mówią o 3-procentowym spadku względem ubiegłego roku; kilkunastoprocentowe spadki notują nawet Teleexpress i „Jaka to melodia”) uznaje za niewiarygodne i przedstawia swoje wyliczenia.

Jacek Kurski nie przedstawił Radzie żadnych innych wyliczeń. W tej chwili badanie rynku staje się coraz trudniejsze metodologicznie ze względu m.in. na oglądanie audycji z opóźnieniem w internecie. Ale to jest tak: można się obruszać, że kurs złotówki do euro jest niesprawiedliwy, ale wszyscy tym kursem się posługują.

Badania Nielsena prowadzone są w kilkudziesięciu krajach świata. Można zarzucać im większe lub mniejsze błędy na poziomie metodologicznym, ale nie nieuczciwość. To nie jest tak, że TVP jest mierzona źle, a pozostałe stacje dobrze.

TVP odstąpiła kilka lat temu od odrębnego pomiaru, ponieważ był on bardzo kosztowny, a dawał dość podobne wyniki. Poza tym rynek i tak je mechanicznie przeliczał na Nielsena, co było jeszcze gorsze.

Opowiadanie, że „my lepiej zmierzymy” jest bajką. Jakby można było to zrobić, to reklamodawcy, którym zależy na prawdziwym pomiarze, dawno by to wymusili. Nikt nie zapłaci za reklamę bez przekonania, że trafi ona do określonego grona odbiorców. Skoro wszyscy się umówili na taką „walutę”, to trzeba ją stosować.

Z ośrodkami badawczymi trzeba współpracować, dyskutować, a nie obrażać się na nie. Trzeba z nimi współpracować, aby poprawiały metodologię i reagowały na zmiany rynku, a nie negować wyniki ich pomiarów.

W czwartek (22 czerwca) Rada Mediów Narodowych debatowała nt. festiwalu, a po posiedzeniu pojawił się komunikat o atakach niektórych polityków, głównie z PO, ale też m.in. Stefana Niesiołowskiego, na dziennikarzy TVP Info. Jak Jacek Kurski tłumaczył odwołanie czy też przełożenie Opola?

Przedstawił swoją wersję wydarzeń, potwierdził, że na zorganizowanie festiwalu we wrześniu Telewizja będzie mieć o milion złotych mniejszy budżet, właśnie ze względu na wycofanie się miasta ze współorganizacji imprezy. Powiedział wyraźnie, że albo znajdzie dodatkowych sponsorów, albo będzie musiał oszczędzać.

Pojawiły się jakieś szczegóły? Może wskazał jakiś artystów, którzy mieliby wystąpić, potwierdził termin 15-17 września?

O terminie nie było mowy. Na zakontraktowanie artystów jest jednak bardzo mało czasu, większość ma już jakieś zobowiązania, to wciąż będzie sezon imprez plenerowych. Trudno powiedzieć, jak to się rozwinie.

Zmieniając temat: TVP ma obowiązek informować społeczeństwo o finale Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy?

Oczywiście. Skoro ogromna część społeczeństwa tym żyje, to trzeba o tym informować. Owsiak nie jest łatwym partnerem, ja sam prowadziłem z nim trudne rozmowy. Czasami jest nadmiernie przekonany o swojej wielkości, ale ta wielkość jest po prostu prawdą. Telewizja publiczna nie powinna była rezygnować z partnerowania Orkiestrze, a już przemilczanie jej sukcesów jest nie do pomyślenia.

Jest to jedno z nielicznych wydarzeń, które rzeczywiście łączy Polaków. Zna Pan jakieś inne, które może liczyć na wsparcie zarówno prezydenta Kwaśniewskiego, jak i prezydenta Dudy? Na takie wydarzenia trzeba chuchać i dmuchać, a nie niszczyć i zwalczać.

Jurek Owsiak złożył skargę na działalność TVP do KRRiT, argumentując, że TVP celowo pomija działalność WOŚP. Wcześniej w poście na FB napisał: „Panie Kurski, jest pan oszustem medialnym i w sposób karygodny dysponuje Pan moimi pieniędzmi na TVP”.

Co do zasady, popieram Owsiaka, ale też po własnych doświadczeniach nie oczekuję, by cokolwiek wyniknęło z tej skargi. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji wszelkie zażalenia rozpatruje niezmiernie powoli, a na koniec podejmuje uchwały, z których nic nie wynika.

Rozmawiałem niedawno z Jurkiem. Kiedy zeszło na temat TVP, powiedział: „Telewizja Polska przeżywa najbardziej haniebny okres w swojej historii”, dodał, że tak źle nie było nawet w PRL-u, jej funkcjonowanie nazwał „skandalem”, a Jacka Kurskiego porównał do maszynisty, który bez odpowiedniego przeszkolenia „wsiadł do pociągu i go wykoleił”.

W stanie wojennym wyglądało to zupełnie inaczej, więc tu się z Owsiakiem nie zgadzam. Wtedy sytuacja była klarowna: spikerzy ubrani byli w mundury wojskowe i każdy wiedział, że Telewizja jest narzędziem władzy. Paradoksalnie te ich mundury były jednoznacznym sygnałem, że dziennikarze działają na rozkaz gen. Jaruzelskiego. To była kompletnie inna sytuacja, tego nie da się porównać w kategoriach „lepiej – gorzej” i nie należy tego robić. Ale po roku 90. rzeczywiście tak nachalnej propagandy jeszcze nie było, ani za czasów Roberta Kwiatkowskiego, ani Piotra Farfała. Wszelkie standardy zostały zniszczone albo zawieszone.

Będzie Pan podejmował jakieś próby odwołania Jacka Kurskiego ze stanowiska?

Ja nie mam wpływu na decyzje, więc zgłaszanie wniosków, które nie mają żadnych szans, do niczego nie prowadzi. Złożenie wotum nieufności względem premiera bądź ministra, które także z reguły skazywane jest na porażkę, skutkuje przynajmniej debatą publiczną. W Radzie Mediów Narodowych tak to nie wygląda. Wiadomo, że wszystkie ważne decyzje zależą w niej od trzech osób, które są posłami Prawa i Sprawiedliwości. Jest dyscyplina głosowań i koniec.

Mam poczucie, że w tej sprawie wróciło myślenie z czasów PRL-u. Będzie zjazd partii (teraz jest to Prawo i Sprawiedliwość) i to partia zdecyduje, jakie obrać kierunki, a jej zdyscyplinowani członkowie z nową energią będą te postanowienia realizować.

Już nawet o dziennikarzach TVP mówi się jak o funkcjonariuszach.

Ale to Joanna Lichocka pisała w mediach społecznościowych o red. Karolinie Lewickiej per „funkcjonariuszka”. A teraz nagle wielkie zdziwienie, że ten język powraca. Uważam zresztą, że niestety teraz jest on uzasadniony. Nie tylko działalność informacyjna i publicystyczna, ale nawet muzyczna TVP nastawiona jest na realizacje zamówień partii.

Kiedyś przed laty, jako młody dziennikarz lokalnej gazety, wysłuchałem referatu wojewódzkiego sekretarza partii (zaznaczę na wszelki wypadek, że ja nie należałem do PZPR), który powiedział do dziennikarzy: „musicie pamiętać, że prasa ma być narzędziem dialogu władzy ze społeczeństwem, ale nie odwrotnie”. Tu mamy dokładnie to samo: taki specyficzny dialog, że jedna strona ma mówić, a druga słuchać.

Widzi Pan jakiś pozytyw w pracy Jacka Kurskiego?

Nie, nie widzę. Koncepcja programowa została zniszczona, podobnie jak organizacyjna i finansowa…

A nie, jednak coś znalazłem. Kilka projektów mógł zniszczyć, a nie zniszczył. Wracają „Dziewczyny ze Lwowa”, (choć początkowo je wyrzucił), zostały „Wojenne dziewczyny”. Kilka innych formatów jeszcze zostało. Mógł zabić, a nie zabił… Ludzki pan.

Kurski skonfliktował się ze wszystkimi, z którymi mógł się skonfliktować. Z producentami też, choć ci są zależni od telewizji, więc o tym głośno nie mówią. Trudno to zrozumieć, ale rok temu podczas spotkania w Radzie Mediów Narodowych prezes telewizji publicznej powiedział z dumą, że jest „najbardziej znienawidzonym człowiekiem w środowisku producentów”. Jeżeli prezes szczyci się tym, że partner go nienawidzi, to nie wróży to dobrze na przyszłość.

Kurski zapowiadał, że Telewizja sama będzie produkować więcej audycji. Z tego co słyszałem, w niektórych umowach teraz telewizja nazywa się producentem, a producenta nazywa się wykonawcą. Tą metodą statystyka produkcji wewnętrznej pewnie się poprawi…

RadioZET.pl / Rozmawiał Krzysztof Sobczak