Wybory prezydenckie. Trzaskowski uniknie wejścia na minę?
- Sztab Rafała Trzaskowskiego zdaje się rozumieć, że bardziej musi unikać wejścia na minę, której eksplozja doprowadziłaby do przetasowań w polskim życiu społecznym i pojawienia się nowych osi sporu - ocenia profesor Rafał Chwedoruk z Uniwersytetu Warszawskiego. Politolog w rozmowie z RadioZET.pl komentuje najnowsze wyniki sondażu prezydenckiego zleconego przez Radio ZET.
Mateusz Kapera: Rafał Trzaskowski wciąż liderem w wyścigu prezydenckim. Ma przewagę 8 punktów procentowych nad drugim Karolem Nawrockim. Czy to bezpieczna przewaga dla kandydata Koalicji Obywatelskiej?
Prof. Rafał Chwedoruk: - Jak najbardziej bezpieczna. Funkcjonujemy w jednym z najbardziej stabilnych systemów partyjnych w Europie, jeśli chodzi o systemy oparte o pięcioprzymiotnikowe prawo wyborcze. Przepływy wyborców pomiędzy poszczególnymi partiami są niewielkie, a jeśli spojrzymy na dwa główne obozy, to w zasadzie nie ma żadnych.
Na dodatek Rafał Trzaskowski ma poparcie szczególnie wysokie wśród tych grup społecznych, które cechuje ponadstandardowo wysoki poziom partycypacji wyborczej. Może być pewny obecności przy urnach większości wyborców. Tylko niewielkie niszowe grupy - typu najmłodsi wyborcy - można dodatkowo zmobilizować. Dotyczy to jednakowo elektoratu Platformy, ale także Lewicy, czy części wyborców Trzeciej Drogi.
Karol Nawrocki może liczyć na wzrost poparcia? Kto mógłby zdecydować się na oddanie głosu na kandydata wspieranego przez PiS?
- W przypadku kandydata popieranego przez PiS sytuacja jest odwrotna. Struktura poparcia dla PiS-u od wielu lat wykazuje nadreprezentację np. mieszkańców mniejszych miejscowości, czy osób szeroko rozumianych jako starsze pokolenie, a więc tych grup społecznych, które cechuje niższa partycypacja i potrzeba szczególnie silnych stymulatorów.
Teraz Prawo Sprawiedliwość ma niższe poparcie niż w szczycie swoich triumfów. Wiele różnych czynników, zarówno zewnętrznych jak i wewnętrznych, ogranicza możliwości tej formacji. Poza tym demografia działa przeciwko PiS-owi, który niezbyt ma skąd czerpać wyborców. Elektorat Konfederacji jest wewnętrznie podzielony. Oczywiście skala wyborców, którzy są bliżsi PiS-owi, wzrosła w ostatnich miesiącach choćby dlatego, że sporo z nich wcześniej po prostu trafiła pod skrzydła Konfederacji. Ale to i tak za mało. Dodatkowo to jest zbyt chwiejny elektorat, złożony w olbrzymim stopniu z najmłodszego pokolenia wyborców, żeby mógł okazać się liczniejszy od elektoratu popierającego Trzaskowskiego w drugiej turze.
Czy to oznacza, że Rafał Trzaskowski nie musi za wiele robić, żeby wygrać te wybory?
- Nawet nie powinien zbyt wiele robić. Dlatego, że elektorat, który go poprze, jest wewnętrznie zróżnicowany. Przy tej skali poparcia, jeśli chodzi o drugą turę wyborów prezydenckich, każdy kandydat musi się liczyć z tym, że poprą go bardzo różni ludzie, więc musi być eklektyczny i dosyć ostrożny.
Trudno znaleźć prosty wspólny mianownik dla tych wszystkich grup. Platforma Obywatelska żyje w cieniu traumy z dwóch kampanii prezydenckich 2005 i 2015 roku. W obu tych elekcjach ugrupowanie to doprowadziło do sytuacji, w której kandydat PiS-u był zdolny zmobilizować przeciwko Platformie, w drugiej turze, bardzo wielu wyborców po swojej stronie. Także takich, którzy na co dzień zupełnie z prawicą się nie wiązali. Stały za tym różne czynniki. W 2005 roku były to: społeczno-ekonomiczny wymiar debaty i niefortunny pomysł podatku liniowego, sprzyjający bogatym, który obowiązywał wtedy w Ukrainie czy Rosji.
W 2015 roku zajmowała nas też kwestia wieku emerytalnego, a więc pojawił się pewien kontrast pokoleniowy. W tej chwili sztab Rafała Trzaskowskiego zdaje się rozumieć, że bardziej musi unikać wejścia na minę, której eksplozja doprowadziłaby do przetasowań w polskim życiu społecznym i pojawienia się jakichś nowych osi sporu. Natomiast polska polityka, wciąż funkcjonująca w ukształtowanych przez ostatnie dwa lata rządów PiSu ramach, daje strategiczną przewagę obozowi liberalnemu.
Rafał Trzaskowski jest w sytuacji, że czasami lepiej coś przemilczeć, albo wypowiedzieć się o czymś w sposób oględny, aniżeli szarżować w każdej sprawie, z daleko idącymi obietnicami. Zresztą widać, że w takich kwestiach, w których Platforma ze swoimi poglądami nie miałaby większości w społeczeństwie, Rafał Trzaskowski zachowuje dyskretny dystans.
Co musi zrobić Karol Nawrocki, żeby zbliżyć się w wyścigu o prezydenturę do Rafała Trzaskowskiego?
- Przy tym kandydacie i przy takich osiach podziałów nie ma po prostu takiej możliwości. Można liczyć jedynie na to, że druga strona popełni jakiś fundamentalny błąd, więc trzeba próbować po prostu podsunąć jakiś trudny temat. Taki, na który Platforma i jej kandydat nie zdołaliby właściwie, z punktu widzenia ich interesów, zareagować. Natomiast póki co Nawrocki nie ma nawet poparcia na poziomie PiS-u z partyjnych sondaży. Od początku ciągną się za nim dość dyskusyjne zachowania i postawy ujawnione w raporcie, które w każdej chwili mogą doczekać się renowacji. Treść raportu zdawała się sugerować, że to nie jest jeszcze koniec niekoniecznie korzystnych informacji dla Karola Nawrockiego.
Co istotne, Prawo Sprawiedliwość opierało swoją narrację na kwestiach społeczno-ekonomicznych. Poprzez to chciało pozyskać, czy utrzymać poparcie tych wyborców, którzy są mniej zainteresowani na co dzień polityką.
Dlatego mówili dużo o polityce społecznej, inwestycjach, polityce gospodarczej, a także o obronności. Tymczasem Karol Nawrocki nie kojarzy się z żadną z tych sfer. Można się tylko zastanawiać, dlaczego PiS nie wystawił Mariusza Błaszczaka, Mateusza Morawieckiego, Beaty Szydło, czy Przemysława Czarnka. Każdy z nich w jakimś sensie sprawia wrażenie przygotowanego do odgrywania poważnych ról. Prawo Sprawiedliwość chyba walczy tylko o to, żeby zachować strategiczną przewagę nad kandydatem Konfederacji w tych wyborach. Jeśli jest w ogóle jakikolwiek sens w wystawieniu Karola Nawrockiego, to może w tym, że dla części wyborców Konfederacji, w kontekście drugiej tury, będzie on bardziej akceptowalny niż któryś z tradycyjnych polityków PiS-u.
Kandydat Konfederacji Sławomir Mentzen ma 15 proc. poparcia i zamyka podium w walce o prezydencki fotel. Uda mu się utrzymać ten dobry wynik?
- Konfederacja stała się uniwersalną partią protestu, gdzie różne grupy, które nie chciały głosować na Platformę, a zwłaszcza na PiS, mogły sytuacyjnie na chwilę trafić pod jej skrzydła. Szczególnie tej partii pomagała kwestia ukraińska. Wystarczyło, że używała ona innej frazeologii niż wszystkie pozostałe formacje parlamentarne. Konfederacji sprzyjały też liczne obawy związane z wojną, polityką Ukrainy wobec Polski oraz z niepokojami części obywateli Polski w związku z migracją ludzi z Ukrainy. To świetnie było widać w roku 2023. Kiedy napięcia polsko-ukraińskie na tle polityki gospodarczej i historycznej były w swoim apogeum, to Konfederacja była właśnie na poziomie zbliżającym się do 15 proc.
Kiedy na chwilę wszystko się wyciszyło, to partie głównego nurtu bardzo łatwo poradziły sobie z ponadstandardowym poparciem dla Konfederacji. Można powiedzieć, że jeszcze kilka wypowiedzi prezydenta Zełenskiego i Sławomir Mentzen będzie miał, mimo swoich dość skrajnych poglądów na wiele kwestii, 15 proc. poparcia w wyborach.
Oprócz tego kandydat Konfederacji nie ma zbyt wielu instrumentów do tego, żeby utrwalać poparcie. Może liczyć tylko na to, że zewnętrzne okoliczności spowodują, że część wyborców będzie chciała przeciwko czemuś zaprotestować. Na przykład właśnie, jeśli chodzi o relacje polsko-ukraińskie, gdzie szczególnie wśród wyborców PiS-u widać narastanie rozczarowania polityką Ukrainy wobec Polski, ale także wśród wielu wyborców najmłodszego pokolenia. W najmłodszym pokoleniu, w którym PiS jest bardzo słaby, silne są Lewica, Platforma i Konfederacja, utrzymują się obawy przed skutkami napływu obywateli i obywatelek Ukrainy na rynek pracy w Polsce.
Dopóki w głównych nurtach polskiej polityki będzie dominowała narracja unikająca przyznania się do istnienia strategicznych problemów, Konfederacja będzie mogła liczyć na ponadstandardową dawkę poparcia, mimo że jest ugrupowaniem skrajnym poglądowo.
Kandydatka Lewicy osiągnęła w sondażu 3 proc. poparcia. Więcej ma nawet Krzysztof Stanowski.
- W przypadku Lewicy kampania wyborcza, na dobrą sprawę, jeszcze się nie rozpoczęła. Lewica jest ugrupowaniem średniej wielkości, więc na tle Platformy i PiS-u ma ograniczone zasoby. Nie jest zdolna cały czas prowadzić kampanii o jednakowej intensywności z głównymi kandydatami. Nie jest też łatwo prowadzić kampanii, gdy nie ma się szans na końcowe zwycięstwo. Myślę, że dopiero finalny etap kampanii, z wykorzystaniem telewizji i internetu, pokaże prawdziwe możliwości Magdaleny Biejat. Choć można stwierdzić, nie bez pewnej ironii, że i tak jest lepiej niż w przypadku Magdaleny Ogórek czy Roberta Biedronia.
Biejat będzie walczyła o symboliczną granicę 5 proc., co zbliżyłoby ją do wyniku partii. Taki rezultat dawałby Lewicy argumenty do negocjacji z Platformą i Trzecią Drogą. W przypadku kandydatki Lewicy rozstrzygające będą słabości kampanii Rafała Trzaskowskiego. To znaczy, w jakim stopniu kandydatka Lewicy będzie w stanie wykorzystać to, że będzie prawdopodobnie jedną z dwóch kobiet w tej kampanii. I czy będzie w stanie przekonać część wyborców, że głosowanie na nią jest formą nacisku na Rafała Trzaskowskiego, na przykład w sprawie praw kobiet do przerywania ciąży. Zapewne Magdalena Biejat nie będzie miała mniej niż 3 proc. poparcia w wyborach. Natomiast wszystko to, co ponad będzie już pewnego rodzaju sukcesem.
Na dobry wynik, jak na razie, nie ma co liczyć Szymon Hołownia. Z sondażu wynika, że chce na niego oddać głos zaledwie 7 proc. pytanych.
- Dla Szymona Hołowni zajęcie czwartego miejsca i jednocyfrowy wynik to polityczna katastrofa. To oznacza, że będzie on musiał przestać być twarzą Trzeciej Drogi. To z kolei olbrzymi plus dla PSL w wewnętrznych relacjach. Trzecia Droga jako formacja będzie musiała zmienić swój charakter. Polska 2050 jako partia przestanie mieć sens i będzie musiała stać się satelitą Platformy Obywatelskiej, zrywając z PSL-em, czyli wejść na tę drogę, na której znalazła się niegdyś Nowoczesna.
Ewentualnie musi rozpocząć polityczną drogę już pod pełnym przywództwem ludowców, jako tych, którzy dysponują strukturami organizacyjnymi. Cała Polska 2050 opierała się na popularności Szymona Hołowni. Trudno też sobie wyobrazić, by przy takim wyniku zerwać ewentualne umowy dotyczące sukcesji na stanowisku marszałka Sejmu.
Co jest powodem tak katastrofalnego wyniku Szymona Hołowni?
- Złudzenia. To znaczy, "pop polityka" jest świetnym pomysłem na jedną kampanię prezydencką czy sejmową. Doświadczył tego Paweł Kukiz, Grzegorz Napieralski, do pewnego stopnia Ryszard Petru jako lider partyjny. W kolejnej kampanii wyborcy już zaczynają się przyglądać takiemu politykowi i wtedy jest już dużo słabiej.
A jak się przyjrzą jeszcze bardziej wnikliwie, to następuje z reguły katastrofa. Okazuje się, że dystans między poglądami obywateli a kandydata jest zbyt odległy. W końcu ktoś taki wypada z polityki, albo zostaje po prostu szeregowym działaczem innej formacji. Wystarczy zobaczyć, co się stało z Kukizem, Napieralskim, czy Petru.
I tak samo stało się z Szymonem Hołownią. Za tym wszystkim musi kryć się jakaś treść. Znalezienie różnic pomiędzy Platformą a Szymonem Hołownią było bardzo trudne. Nie mogą, w stabilnym systemie partyjnym, obok siebie istnieć dwie formacje, tak samo pozycjonujące się i adresujące się do podobnych wyborców.
W przypadku Szymona Hołowni dochodził do tego jeszcze czynnik konserwatyzmu. Strategia Trzeciej Drogi opierała się na tym, że wobec słabnięcia PSL-u, eklektyzmowi i nieokreśloności Polski 2050 jedynym rezerwuarem wyborców są sympatycy Platformy. Zresztą Platforma przez bieg dziejów została zmuszona do tego, żeby tolerować to zjawisko, nie atakować frontalnie konkurencji. I wielu takich wyborców w istocie zagłosowało na Trzecią Drogę. Przyniosło jej to imponujący wynik w wyborach sejmowych, ale było jasne, że ten stan nie będzie mógł się dłużej utrzymywać. Nie da rady żyć na koszt nie swoich wyborców, a jedyni inni możliwi wyborcy to ci z prawicy.
Tyle tylko, że czyniąc różnego rodzaju gesty, dotyczy to PSL-u, jak i samego Szymona Hołowni, wobec wyborców prawicy odstraszało się od siebie elektorat liberalny, który zagłosowałby na taką Platformę w wersji soft. I z tej sprzeczności póki co Trzecia Droga nie zdołała się wyzwolić.
Czarne chmury zawisły nad Szymonem Hołownią.
- Szymon Hołownia stanie się politykiem niższej ligi po tych wyborach. Chyba że nastąpi jakiś gwałtowny zwrot i zajmie trzecie miejsce, albo uzyska dwucyfrowy wynik.
4 proc. poparcie dla Krzysztofa Stanowskiego jest zaskakujące?
- Na tym etapie nie jestem w stanie nic powiedzieć o jego wyniku. Pamiętajmy, że tego typu kandydaci są popkulturowi. Do tego dochodzi typ biznesowy. Biznesmeni próbują w dobie globalizacji wykorzystywać swoje zasoby finansowe. Był kiedyś w jednej z polskich kampanii prezydenckich kandydat, który wykorzystał swój start do reklamy wkładek do butów, które produkował.
Dopiero jakaś dłuższa tendencja, np. kilkutygodniowa, może nam pokazać, czy to jest 1 proc. czy bliżej 5 proc. poparcia dla Stanowskiego. Każdy procent jest bardzo złą informacją dla Sławomira Mentzena i może być nie najlepszą dla Szymona Hołowni. Z natury rzeczy inicjatywa Stanowskiego adresowana jest do młodszej generacji wyborców, którzy są odbiorcami określonego przekazu i typu mediów.
Jeśli cokolwiek miałoby się dziać interesującego w kampanii z Krzysztofem Stanowskim, to wyłącznie sytuacja, w której jego notowania, pod wpływem jakiegoś przekazu, gwałtownie wyskoczyłyby w górę. I wówczas bardzo ciekawa mogłaby być postawa PiS-u wobec tego zjawiska, bo sukcesy Stanowskiego oznaczałyby problemy Mentzena.
Paradoksalnie, z perspektywy PiS-u rozbicie logiki tej kampanii byłoby niezwykle ważne. Gdyby pojawił się ktoś z wysokim wynikiem, kto miałby szansę zająć trzecie miejsce, to byłoby to po prostu dla PiS korzystne. Można wtedy zastanawiać się, co ta partia mogłaby zrobić, żeby pokrzyżować szyki swoim konkurentom. Póki co Stanowski dopiero wystartował i trudno powiedzieć, aby był to start, który rzucałby na kolana.
Jak obecna kampania prezydencka wypada na tle poprzednich?
- Te wybory prezydenckie przejdą do historii jako chyba najnudniejsze. Absolutnie nic się nie dzieje. W poprzednich wyborach prezydenckich mieliśmy sytuację z COVID-em. Nie wiadomo było, kiedy wybory miały się odbyć. Była też zmiana kandydata Platformy.
W 2015 roku wygrał ten, kto nie był faworytem. W 2010 wszyscy egzystowaliśmy w cieniu tragedii. W 2005 roku kształtował się nowy system partyjny i wygrał nie ten, kto był wskazywany jako faworyt. W 2000 roku wiadomo było, że wygra Kwaśniewski, ale to, co się stało na miejscu drugim i trzecim, kompletnie przeorientowało polską politykę w centrum i na prawicy. W 1995 roku zwycięstwo Kwaśniewskiego było wielkim historycznym wydarzeniem. Tak samo, jak w 1990 roku zwycięstwo Wałęsy nad Mazowieckim.
A teraz zanosi się na absolutną nudę. Wygląda na to, że zwycięstwo Trzaskowskiego może być bezdyskusyjnie, ale po bardzo nudnej, obustronnie kampanii.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET