Bliscy ofiar wypadku w Krakowie zabierają głos. "Tak się dowiedzieliśmy"
Dla nas kierowca jest mordercą - mówili Onetowi bliscy Aleksandra, jednej z czterech ofiar wypadku niedaleko mostu Dębnickiego w Krakowie. Niektóre osoby, które zostawiają znicze na miejscu tragedii, obarczają winą pieszego. W feralną noc przechodził on przez jezdnię w niedozwolonym miejscu.
Wypadek w Krakowie, który wydarzył się w nocy z piątku na sobotę, poruszył całą Polskę. Czworo młodych mężczyzn - Patryk, Aleksander, Michał oraz Marcin - zginęło na miejscu po tym, jak samochód marki Renault Megane dachował i uderzył w mur na bulwarze Czerwieńskim. Wcześniej kierowca stracił panowanie nad pojazdem, przejechał przez skrzyżowanie przed mostem, zjeżdżając w lewą stronę oraz uderzył w słup sygnalizacji świetlnej i lampę oświetlenia ulicznego - wynika ze wstępnych ustaleń śledczych.
Na światło dzienne wychodzą nowe fakty dotyczące tragedii. - Śledczy mają dokładnie analizować monitoring z nagrania, ustalić, jaki wpływ na zdarzenie miała prędkość pojazdu, czy rolę w wypadku odegrało zwężenie drogi na moście Dębnickim spowodowane remontem tego mostu. Jak na przebieg zdarzenia wpłynął pieszy, który – jak widać na nagraniu – próbował wejść na drogę w miejscu niedozwolonym - mówił PAP Leszek Brzegowy z Prokuratury Okręgowej w Krakowie.
Wypadek w Krakowie. Bliscy ofiar przerywają milczenie
Mieszkańcy Krakowa i okolic w miejscu wypadku zostawiają znicze i zastanawiają się, dlaczego doszło do tej tragedii. Wśród nich byli również sąsiedzi jednej z ofiar. - Był dla mnie jak syn - powiedziała Onetowi sąsiadka Aleksandra. Wyjaśniła, że młody mężczyzna stracił rodziców, którzy zmarli na raka.
- W sobotę policja przyjechała do nas do domu i tak się dowiedzieliśmy… Nie możemy wciąż w to uwierzyć - dodał mąż kobiety. Zdaniem bliskich Aleksandra młody mężczyzna nie kolegował się z uczestnikami nielegalnych wyścigów. - Z Michałem i Marcinem to się kumplowali, przyjaźnili, ale z Patrykiem to nie. Nie wiem, czemu w piątek z nim jechali - tłumaczył mężczyzna w rozmowie z Onetem.
Jego żona powiedziała wprost, że przyczyną wypadku była "prędkość i głupota". - Może pani napisać, że dla nas kierowca jest mordercą - dodał mężczyzna.
Niektóre osoby, które zostawiają znicze na miejscu wypadku, winą za tragedię obarczają inną osobę niż kierowcę renault. "To ewidentnie wina pieszego", "To przecież mógł być każdy z nas" - to niektóre komentarze zebrane przez Onet.
Media ustaliły, że w feralną noc pojazd prowadził Patryk P., prywatnie syn celebrytki i bizneswoman Sylwii Peretti. Mężczyzna w serwisach społecznościowych wielokrotnie podkreślał, że jest fanem szybkiej i niebezpiecznej jazdy samochodem.
RadioZET.pl/Onet.pl/PAP
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET