Jak pozbawiono wolności Piotra Ogrodniczuka. Skandaliczne śledztwo i proces o zabójstwo
Był listopad 2018 roku, kiedy 40-letni Piotr Ogrodniczuk spał w hotelu w Słupsku. Z okna sąsiedniego pokoju na trzecim piętrze wypadł 45-letni Jacek B. Zmarł następnego dnia w szpitalu. Śledczy uznali, że nie było to samobójstwo a zabójstwo. Prokurator oskarżył o tę zbrodnię Piotra Ogrodniczuka. Mimo że nie było żadnych dowód na winę mężczyznę, oprócz zeznań rzekomego świadka zdarzenia.
Jesienią 2018 roku 40-letni Piotr Ogrodniczuk próbował wyjść na prostą z życiowych zakrętów. Większość czasu spędzał na otwartym morzu. Był bosmanem, ostatnio pływał na statkach ratowniczych. Na lądzie życie było jednak trudniejsze. Dlatego mężczyzna często sięgał po alkohol. Po kolejnej zakrapianej imprezie postanowił pójść na detoks. Tam poznał kolegę, który zaoferował mu pracę przy naprawie koparki. Po skończonym zleceniu mężczyźni pojechali na imprezę . Na niej Ogrodniczuk poznał Annę T. - kobietę, która wywrócił życie mężczyzny do góry nogami. I to bynajmniej nie z miłosnych powodów.
- Ona wymyśliła sobie, że pojedziemy do jej szwagra do hotelu w Słupsku. Coś tam się użalał nad sobą. Biadolił, że go jej siostra zostawiła, a on nie ma gdzie się podziać, bo chcą go wyrzucić z mieszkania. Mówił, że nie daje rady, że się zabije. Ale traktowałem to wtedy, jako takie pijackie gadanie - wspomina Piotr Ogrodniczuk.
Razem z nową znajomą trafił do hotelu w Słupsku. W nim mieszkał Jacek B. - szwagier Anny. Mężczyzna zaprosił gości do swojego pokoju, aby napić się razem wódki. Po kilku kieliszkach gospodarz wyszedł z pomieszczenia i zostawił Piotra i Annę samych. Para spędziła ze sobą noc.
- Rano czuję szarpanie i słyszę krzyk. "Jacek wypadł z okna! Wstawaj, wstawaj!". Podszedłem do okna, patrzę... Jacek leży na chodniku. W pierwszym momencie nie wiedziałem, czy mi się to śni, czy to prawda - relacjonuje mężczyzna.
Na miejscu była już karetka i policja. Anna zbiegła na dół do leżącego na chodniku Jacka B. Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Krzyczała: “coś Ty zrobił?!”. Chwilę później z hotelu wyszedł Ogrodniczuk. Jak twierdzi, przez chwilę rozmawiał z policjantem. Nic jednak nie widział, więc funkcjonariusz puścił go wolno. Piotr wsiadł w samochód i odjechał spod hotelu.
"Mamy mordercę!"
Jacek B. trafił do szpitala w bardzo ciężkim stanie. Wszystko wskazywało na to, że wypadł z okna na trzecim piętrze hotelu. Policjanci zaczęli wypytywać o okoliczności zdarzenia Annę T. Kobieta była w szoku, ale odpowiadał na pytania funkcjonariuszy. Powiedziała, że gdy usłyszała sygnał karetki, wyjrzała przez okno i zobaczyła leżącego na chodniku Jacka B. To oznaczało, że nie widziała, jak i dlaczego mężczyzna wypadł przez okno. Mimo to policja postanowiła zatrzymać ją i przewieźć na komisariat. Wieczorem policja zatrzymała także Piotra Ogrodniczuka.
- Zdążyłem odpalić samochód, przejechałem parę metrów i policja mnie zatrzymała. Odkręciłem szybę, podałem prawo jazdy. I nagle jeden policjant: "Mamy mordercę!" - przypomina sobie Ogrodniczuk i dodaje, że na początku myślał, że to żart.
- Rozglądałem się, czy nie było jakiejś ukrytej kamery. Myślałem, że to może jakiś program rozrywkowy, że zaraz ktoś wyjdzie zacznie się śmiać i powie: "żartowaliśmy". Tak się jednak nie stało - mówi.
Jacek B. zmarł dzień później w szpitalu. Obrażenia były na tyle rozległe, że lekarze nie zdołali utrzymać go przy życiu. Piotr Ogrodniczuk bardzo szybko został oskarżony o zabójstwo mężczyzny. Nie przyznał się do winy i cały czas powtarzał, że spał w innym pokoju, gdy Jacek B. wypadł przez okno.
Prokurator nie uwierzył w tę wersję wydarzeń. Według niego, już w czasie libacji alkoholowej Piotr pokłócił się z Jackiem. Kłótnię przerwała Anna T. proponując, aby wszyscy poszli spać. Kobieta spędziła noc z Ogrodniczukiem, a Jacek B. wyszedł do drugiego pokoju. W pewnym momencie wrócił po plecak, co zdenerwowało Ogrodniczuka, który był w łóżku z Anną T. Mężczyzna ubrał się i wybiegł za Jackiem. Następnie zaczął go bić, dał mu do rąk telewizor kineskopowy, a kabel przywiązał do szyi. W końcu wypchnął pijanego Jacka B. z 20-kilogramowym urządzeniem przez okno z trzeciego piętra hotelu. Tragiczne wydarzenia miała obserwować Anna T., której Ogrodniczuk grożąc kazał nic nie mówić policji. Zdaniem prokuratury, po wszystkim mężczyzna uciekł z miejsca zdarzenia.
Jedna wersja: zabójstwo
Akt oskarżenia przeciwko Ogrodniczukowi prokurator oparł praktycznie na samych zeznaniach Anny T. - szwagierki zmarłego Jacka B. Śledczy nie dysponowali innym materiałem dowodowym obciążającym oskarżonego. Na obudowie telewizora nie ujawniono odcisków palców Piotra Ogrodniczuka, ani innych śladów biologicznych. Nie było żadnych dowodów materialnych świadczących o tym, że w momencie zdarzenia był w pokoju razem z Jackiem B.
Były obrońca oskarżonego, dr Bartosz Fieducik uważa, że policja od początku przyjęła wersję, że doszło do zabójstwa. Nie brali w ogóle pod uwagę scenariusza, że Jacek B. popełnił samobójstwo.
- Uznali, że oddalenie się Piotra Ogrodniczuka z miejsca zdarzenia jest ucieczką. A jak ktoś ucieka, to ma na sumienie tego człowieka, który leżał na chodniku - twierdzi mecenas.
Nie wiadomo dokładnie, dlaczego policjanci byli przekonani, że doszło do zabójstwa. Później w sądzie, zeznają, że po rozmowie z Anną T. na miejscu zdarzenia odnieśli wrażenie, że kobieta nie mówiła prawdy. Dlatego została zatrzymana, jako osoba podejrzana w sprawie.
- Została zatrzymana, jako podejrzana o nakłanianie albo pomocnictwo w samobójstwie. Ona już wtedy mała widmo pójścia do więzienia. Policjanci poinformowali ją, co jej za to grozi - tłumaczy dr Bartosz Fieducik.
Anna T. zanim została przesłuchana na protokół, była poddana wielogodzinnemu rozpytaniu. To nieformalna czynność operacyjna praktykowana przez policjantów na etapie postępowania sprawdzającego.
- Po wielogodzinnym rozpytaniu, w końcu, według policjantów, postanowiła powiedzieć prawdę. Staje się świadkiem w sprawie, ale policjanci jej nie zwalniają. A właściwy przepis procedury karnej mówi o tym, że w sytuacji, w której ustała przyczyna zatrzymania, należy świadka zwolnić - wyjaśnia prawnik.
Podczas przesłuchania Anna T. powiedziała, że to Piotr Ogrodniczuk pobił i wypchnął przez okno Jacka B. Dzięki temu, z podejrzanej stała się świadkiem w sprawie. Ostatecznie otrzymała status pokrzywdzonej, bo stwierdziła, że Ogrodniczuk groził jej, żeby nie nic nie mówiła policjantom.
- Anna T. najpierw jest osobą zatrzymaną i podejrzaną, później staje się świadkiem i dodatkowo pokrzywdzoną w sprawie. I nawet wtedy, kiedy jest już pokrzywdzoną, policja nie wypuszcza jej do domu. Znowu ją zamykają w pomieszczeniu dla osób zatrzymanych - opowiada Fieducik.
"Można to nazwać torturami"
Co więcej, Anna T. w takich warunkach została przesłuchana również przez prokuratora. To nie wszystko. Jak się później okazało, kobieta zeznała przed sądem, że po przewiezieniu na komendę wciąż była nietrzeźwa. Prosiła o wodę, ale policjanci odmówili. Była zmęczona, spragniona, a na rękach miała mocno zaciśnięte kajdanki, co powodowało ogromny ból.
- Były to traumatyczne przeżycia dla niej: propozycje seksualne od policjantów, brak dostępu do wody, ciągłe krzyki i wyzwiska oraz przykucie jej do krzesła w pokoju przesłuchań. Do tego doszedł kac, bo miała ponad 2 promile alkoholu w wydychanym powietrzu w momencie przystąpienia przez policjantów do czynności z nią - mówi pełnomocnik Anny T. Bartłomiej Tutak i dodaje, że jego klientka uważa, że jej zeznania zostały wymuszone przez funkcjonariuszy.
Okoliczności, w jakich została zatrzymana Anna T. zainteresowały Helsińską Fundację Praw Człowieka. - Tak nigdzie nie wolno przesłuchiwać ludzi. Po pierwsze, to są zachowania nieludzkie i poniżające. Można je nazwać nawet torturami. A po drugie, tak uzyskane dowody są po prostu niewiarygodne. Od każdego można usłyszeć wszystko, jeżeli będzie w ten sposób przesłuchiwany - tłumaczy Maria Ejchart-Dubois z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Obserwatorzy z fundacji mieli wątpliwości również, co do rzetelności śledztwa i procesu przeciwko Piotrowi Ogrodniczukowi. - W mojej ocenie zostały złamane trzy bardzo ważne zasady postępowania karnego. Pierwsza, zasada prawdy materialnej, czyli obowiązku dochodzenia przez sąd do tego, co naprawdę się wydarzyło. Druga, zasada in dubio pro reo, czyli rozpoznawania wszelkich wątpliwości na korzyść oskarżonego. I trzecia, zasad jawności. Ten proces odbywał się z wyłączeniem jawności mimo że nie było do tego podstaw - wyjaśnia Ejchart-Dubois.
Anna T. była przesłuchiwana przez dwóch prokuratorów. W jej zeznaniach jest wiele nieścisłości, a w niektórych momentach są nawet sprzeczne informacje. Według mecenasa Fieducika, to pokazuje, że Anna T. nie jest wiarygodnym świadkiem, a na jej zeznaniach prokurator nie powinien opierać aktu oskarżenia.
- Proszę zwrócić uwagę na to, że prokurator opiera akt oskarżenia na zeznaniach świadka, który raz zeznaje, że jest naocznym świadkiem zdarzenia. Widzi, jak oskarżony kogoś bije i przywiązuje mu telewizor do szyi, a później go wypycha. Po kilku miesiącach Anna T. przychodzi do prokuratora złożyć zeznania i zapomina już o tym, co powiedziała wcześniej. Opisuje to zdarzenie mówiąc, że była w pokoju obok i tylko słyszała, że była jakaś kłótnia między mężczyznami, a później, że coś lub ktoś upadł zza oknem. Świadek nie może być jednocześnie w dwóch miejscach. Prokurator przyjmuje takie zeznania za wiarygodne mimo tych i wielu innych nieścisłości - oburza się były obrońca oskarżonego.
Niespodziewany zwrot akcji
W grudniu 2019 roku przed Sądem Okręgowym w Słupsku ruszył proces w sprawie zabójstwa Jacka B. Podczas przerwy na korytarzu sądowym doszło do niecodziennej sytuacji. Anna T. zapytała obrońcę Piotra Ogrodniczuka, co grozi za składanie fałszywych zeznań.
- Podczas przerwy zapytała mnie, jeśli dobrze pamiętam, co grozi za zmienienie zeznań, gdyby przyznała się do prawdy. Pytanie świadka zszokowało mnie i mówię to zupełnie szczerze. Bronię człowieka, którego uważam za osobę niewinną, w sytuacji, gdy materiał dowodowy jest bardzo wątpliwy i sprzeczny, a kluczowy świadek zadaje mi pytanie, co jej grozi za to, gdyby ona przyznała się do powiedzenia prawdy - emocjonuje się mecenas Fieducik.
Po rozmowie z obrońcą oskarżonego świadek postanowiła zmienić swoje zeznania. Zaprzeczyła, że widziała, jak Piotr Ogrodniczuk wypchnął przez okno Jacka B. Płacząc przepraszała oskarżonego, że kłamała. Jak tłumaczyła, bała się, że pójdzie do więzienia.
- Jak twierdzi Anna T., po przerwie coś w niej pękło i postanowiła powiedzieć to, co faktycznie pamiętała. Ona dalej nie ma przekonania co do winny Piotra Ogrodniczuka, czy jej braku, aczkolwiek nie może stwierdzić, co się wydarzyło, bo nie widziała żadnej przepychanki koło okna. Pani Anna obudziła się nad ranem i usłyszała syreny. Wychyliła się przez okno i zobaczyła Jacka B. leżącego na ziemi - tłumaczy pełnomocnik Anny T., Bartłomiej Tutak.
Wyrok oparty na niewiarygodnym świadku. Brak jednomyślności składu sędziowskiego
Ostatecznie, mimo że kobieta wycofała swoje poprzednie zeznania na niekorzyść Ogrodniczuka, sąd uznał, że były one wiarygodne i na ich podstawie skazał Piotra Ogrodniczuka na 10 lat pozbawienia wolności. Zdanie odrębne do wyroku złożyło dwóch członków składu sędziowskiego, w tym ławnik sądowa Ada Pogorzalska.
- Złożyłam odrębne zdanie, ponieważ zgromadzony materiał dowodowy pozostawiał zbyt wiele wątpliwości, aby uznać winę Piotra Ogrodniczuka. Nie można było ustalić wszystkich okoliczności zajścia, a zebrane poszlaki nie wykluczały różnych możliwych scenariuszy zdarzenia w takiej sytuacji - mówi Ada Pogorzalska, ławnik sądowa w pierwszym procesie przeciwko Ogrodniczukowi, po czym dodaje: - Wedle mojej osobistej opinii, korzystając z zasady swobodnej oceny dowodów, nie miałam najmniejszych wątpliwości, co do niewinności oskarżonego.
Mecenas Bartosz Fieducik złożył apelację od tego wyroku. Zarzucił Sądowi Okręgowemu, że między innymi bezzasadnie oddalił kluczowe wnioski dowodowe. Chodziło między innymi o przeprowadzenie eksperymentu procesowego, który zdaniem obrońcy wykazałby, że nie doszło do zabójstwa a samobójstwa Jacka B. Sąd Okręgowy w Słupsku nie zgodził się na eksperyment procesowy, bo stwierdził, że nie jest możliwe jego przeprowadzenie. Dlatego obrońca oskarżonego sam udał się do hotelu, w którym doszło do tragicznych wydarzeń.
- Nabyłem podobny telewizor, aby przeprowadzić eksperyment. Byłem w hotelu Słupsk, położyłem się na parapecie, który jest ponadprzeciętnie szeroki, bo miał aż 80 cm metrów szerokości. Po położeniu się, okazało się, że mój środek ciężkości nie znalazł się po zewnętrznej stronie stronie okna. Dlatego jestem święcie przekonany, że nie mogło dojść do sytuacji opisanej w akcie oskarżenia - wyjaśnia Fieducik.
Wersję o samobójstwie Jacka B. uwiarygodniają również zeznania świadków, z których wynika, że mężczyzna wielokrotnie wyrażał chęć odebrania sobie życia. W przeszłości podjął nawet próbę samobójczą.
Tuż przed śmiercią Jacek B. miał kłopoty finansowe. Nie był w stanie opłacić pokoju hotelowego. Do tego dochodziły problemy miłosne. Anna T. tuż po zdarzeniu obwiniała o śmierć Jacka B. swoją siostrę, która rozstała się z mężczyzną.
Sąd Okręgowy odrzucił także inny wniosek dowodowy obrońcy Ogrodniczuka. Mecenas Fieducik chciał, żeby przebadać jego klienta na wariografie. Usłyszał wówczas, że nie można przeprowadzić badania, bo minęło zbyt wiele czasu od zdarzenia. Po nieprawomocnym wyroku, a jeszcze przed rozprawą apelacyjną mecenas Bartosz Fieducik zwrócił się do sądu odwoławczego o zgodę na wejście do zakładu karnego, w którym osadzony był Piotr Ogrodniczuk, i przeprowadzenie badania wariografem. Sąd Apelacyjny w Gdańsku, w przeciwieństwie do sądu pierwszoinstancyjnego, nie miał nic przeciwko temu.
- Wyniki w opinii biegłego są jednoznaczne. Na 99% Piotr Ogrodniczuk nie ma nic wspólnego z zarzucanym mu w akcie oskarżenia czynem, a więc z pobiciem i wypchnięciem pokrzywdzonego przez okno - mówi były obrońca oskarżonego.
Podłożone nagrania z monitoringu
Wiele wątpliwości w sprawie śmierci Jacka B. mógłby wyjaśnić hotelowy monitoring. Okazało się jednak, że w aktach sprawy są niekompletne nagrania. Można było jedynie odtworzyć, to co zostało zarejestrowane do godziny 8 rano, a więc tuż przed upadkiem Jacka B.
- Nie byłem w ogóle w stanie odtworzyć tego nagrania po godzinie 8, a te nagrania do godziny 8 nie stwarzały mi problemu. Poprosiłem znajomego informatyka, który mi otworzył plik z materiałem po godzinie 8 rano i zamurowało mnie, bo okazało się, że to nagranie, które miało być z hotelu Słupsk, to jest zapis z zupełnie innego miejsca i czasu - niedowierza mecenas.
Jak tłumaczy, monitoring mógłby również rozwiać wątpliwości, co do współlokatora Jacka B., którego odciski palców znalazły się na obudowie telewizora. Na oknie i klamce ujawniono również krew mężczyzny.
- Bartosz K. ma status świadka w tym postępowaniu. Raz mówi, że skaleczył się dwa dni przed zdarzeniem, innym razem mówi, że skaleczył się tydzień, czy dwa tygodnie przed zdarzeniem. Według niego, stąd też może być krew na tych przedmiotach. Oczywiście w sytuacji, w której ktoś mieszka w danym pokoju, będzie zostawiał ślady biologiczne, ale akurat krew na boku telewizora, na klamce od okna i na szybie, przez którą wypadł pokrzywdzony?
Niedługo przez tragicznym zdarzeniem mężczyźni mieli się o coś kłócić. O tym, mówiła w swoich pierwszych relacjach świadek Anna T. Co więcej, na nagraniach, które udało się odtworzyć, obrońca oskarżonego dostrzegł istotny szczegół, a właściwie jego brak.
- Później zastanowiłem się: a może nie jest istotne to, co jest, a to czego nie ma. A nie ma wychodzącego z obiektu Bartosza K. - dostrzegł adwokat.
"Najwięcej wskazuje na Bartosza K."
Mimo że prokurator ani sędzia nie skupili swojej uwagi na Bartoszu K. to pytań wokół zachowania mężczyzny jest znacznie więcej. Tuż po tym, jak służby ratunkowe przyjechały na miejsce upadku Jacka B., do recepcji hotelu zadzwonił rzekomy brat Bartosza K. Pytał, czy na miejscu wciąż jest policja, bo Bartosz chce odebrać swoje rzeczy. Gdy mężczyzna przyjechał pod hotel i zobaczył śledczych, to szybko się oddalił.
- Jeśli coś ma wskazywać na udział osób trzecich w tym zdarzeniu, to najwięcej wskazuje na Bartosza K. - ocenia mecenas Fieducik.
Bartosz K. ma jednak alibi. Jego koledzy oświadczyli, że pojawił się w pracy tuż po godzinie 7 rano. Przypomnijmy jednak, że kamera monitoringu nie zarejestrowała, jak opuszczał hotel. Jak zatem udało mu się dotrzeć do pracy? Ta kwestia nie została wyjaśniona przez sąd. Natomiast, według policji, mężczyzna nie mógł być w hotelu w krytycznym czasie. Tuż przed tym, jak poszedł do pracy, miał być w jednym ze sklepów spożywczych. To miało wynikać z monitoringu. Problem jest jednak taki, że śledczy nie zabezpieczyli zapisu z kamery, a jedynie sfotografowali ekran, na którym odtworzono nagranie.
- Na tym zdjęciu z monitoringu widzimy sylwetkę mężczyzny, który stoi tyłem do kamery. Jest w kapturze, nie widać jego twarzy. Nie jesteśmy w stanie odtworzyć nagrania z monitoringu i poczekać, aż ten mężczyzna, który finalizuje zakup w sklepie przy ladzie, odwróci się i pokaże nam twarz. Nie jesteśmy w stanie wskutek uchybień i zaniechań policji oraz prokuratury potwierdzić, czy faktycznie Bartosz K. był w tym sklepie - irytuje się były obrońca Piotra Ogrodniczuka. Ponadto, okazuje się, że sam Bartosz K. nie rozpoznał się na zdjęciu z monitoringu sklepu.
Uchylony wyrok skazujący, Ogrodniczuk na wolności. To jednak nie koniec
To, czy doszło do samobójstwa Jacka B., czy może jednak zabójstwa mężczyzny Sąd Okręgowy w Słupsku będzie musiał osądzić jeszcze raz. Sąd Apelacyjny w Gdańsku po zapoznaniu się z aktami sprawy nie miał wątpliwości, że proces nie został przeprowadzony rzetelnie. Dlatego uchylił wyrok skazujący i skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia. Piotr Ogrodniczuk po czterech latach za kratami w końcu opuścił areszt tymczasowy. We wznowionym procesie odpowiada z wolnej stopy. Mimo to zdaje sobie sprawę, że wciąż jest oskarżonym w sprawie śmierci Jacka B.
- Zobaczymy co będzie. Chciałbym, jak najszybciej wrócić na morze i żeby to wszystko się skończyło - mówi Ogrodniczuk.
Mężczyzna wspomina, że czas w areszcie był bardzo trudny. Przetrwał go dzięki temu, że rodzina cały czas wierzyła w jego niewinność.
- Oni się nigdy nie zapytali mnie, czy to zrobiłem, czy mam z tym coś wspólnego. Nawet nie zadali mi takiego pytania. Oni od początku byli przekonani, że ja nie mam z tym nic wspólnego - wspomina Piotr.
Gdyby nie zeznania Anny T., których kobieta w końcu się wyparła, Piotr Ogrodniczuk nie spędziłby czterech lat za kratami.
- Z biegiem czasu wydaje mi się, że ta złość na nią przekształciła się w żal. Po prostu mi jej szkoda, bo będzie do końca życia żyła z tym, że to mi zniszczyła życie - mówi Piotr Ogrodniczuk.
O sprawie Piotra Ogrodniczuka posłuchasz również w podcaście kryminalnym Radia ZET "Materiał dowodowy".
"Materiał dowodowy" to reporterski podcast kryminalny Radia ZET przygotowywany przez dziennikarza Mateusza Kaperę. Przybliżamy słuchaczom najciekawsze sprawy kryminalne, które wydarzyły się w Polsce. Odkrywamy nowe fakty i rozmawiamy z rodzinami nie tylko ofiar, ale także oprawców. Nowe odcinki, co dwa tygodnie na player.radiozet.pl, kanale Youtube Radia ZET i najpopularniejszych platformach streamingowych.
Kontakt z autorem: mateusz.kapera@radiozet.pl
RadioZET.pl
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET