`

Kolejne zmiany w WF, w szkołach akcje rowerowe. "A epidemia otyłości u dzieci narasta"

7 min. czytania
20.06.2024 10:39
Obserwuj nas na Google

Ministerstwo edukacji ogłosiło zmiany w programie dotyczącym obowiązkowych testów sprawnościowych na WF. Szkoły proponują, by zacząć od podstaw i zachęcają młodzież do dojeżdżania rowerem na lekcje. A uczniowie? Widząc kolejne decyzje MEN, różne podejście nauczycieli, a także postawę rodziców, stwierdzają: nie opłaca się wysilać. - Epidemia otyłości u dzieci narasta – ostrzega prof. Mirosław Jarosz, gastroenterolog.

Rowery pod szkołą
fot. Aleksandra Pucułek

Na dziedzińcu przed SP nr 340 w Warszawie stoją dziesiątki kolorowych rowerów. Nie wszystkie zmieściły się pod wiatą, więc część z nich ustawiono wzdłuż budynku. Między nimi leży kilkanaście hulajnóg. - Wiosną i latem tak jest niemal codziennie. Nie ma klasy, w której ktoś nie korzystałby z tego środka transportu. Są też tacy, którzy nawet zimą przyjeżdżają rowerem do szkoły – opowiada Renata Mazur, wicedyrektorka SP nr 340.

Doskonale rozumie to Janek, drugoklasista, który chodzi, a raczej jeździ do liceum w Sulejówku. Czy śnieg czy deszcz zawsze przyjeżdża rowerem. Wychodzi mu 16 km w dwie strony. - Po pierwsze tak jest najszybciej. Po drugie uwielbiam rower – tłumaczy. Część jego klasy w maju i czerwcu, gdy robi się cieplej, dołącza do niego i jeżdżą tak cały grupami.

- 40,50 minut rowerem w jedną stronę i przy okazji głowa odpoczywa - Piotr Szlązak, nauczyciel historii w podwarszawskim liceum, stara się dać przykład uczniom i również dojeżdża rowerem na lekcje. Zwłaszcza, że przy szkole ma stojaki, a autem jedzie zaledwie 5,10 minut krócej. - A potem idę jeszcze na rolki - opowiada. Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?

Epidemia otyłości narasta

Gdy spojrzy się na statystyki, takie pytanie samo nasuwa się na myśl. Np. według raportu z 2022 roku przygotowanego przez ekspertów z warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego w ramach projektu „WF z AWF” tylko 6 proc. uczniów potrafi zrobić podstawowe ćwiczenia na lekcjach WF-u. - Szacuje się, że co czwarte dziecko ma nadwagę lub otyłość – podaje z kolei prof. Mirosław Jarosz, internista, gastroenterolog, twórca Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej, wieloletni Dyrektor Instytutu Żywności i Żywienia im. prof. Aleksandra Szczygła i kierownik Kliniki Chorób Metabolicznych i Gastroenterologii tego Instytutu.

Choroby związane z otyłością może długo wymieniać. To stan przedcukrzycowy, cukrzyca typu 2, nadciśnienie tętnicze, choroby związane z obciążeniem układu kostno-stawowego, ale też zaburzenia emocjonalne, co rodzi potem problemy związane z zachowaniem dzieci, czyli agresją, depresją oraz gorszymi wynikami w nauce.

Redakcja poleca

Pochodną otyłości, nieprawidłowego żywienia i stylu życia są też nowotwory, np. raka jelita grubego, przełyku, piersi, prostaty. - Paleta tych powikłań jest olbrzymia. Traktujemy często otyłość i nadwagę jako problem estetyczny, a to wielki wielki błąd. Epidemia otyłości narasta u dzieci, co potem przenosi się na populację dorosłych – mówi prof. Jarosz.

Stąd ministerstwo edukacji, jeszcze za poprzedniej władzy, wprowadziło program „Sportowe talenty”. Nauczyciele WF w podstawówkach w klasach IV-VIII oraz w liceach, technikach i szkołach branżowych co roku mają przeprowadzać obowiązkowe testy sprawnościowe uczniów, by sprawdzić ich koordynację, szybkość, siłę i wytrzymałość. Za wyniki nie są wpisywane oceny, ale wuefiści podają je do ogólnopolskiego systemu. Dostęp do niego mają mieć eksperci, którzy będą wyciągać wnioski z rezultatów uczniów oraz kluby i związki sportowe, by wyławiać talenty.

Barbara Nowacka, obecna szefowa MEN, po pierwszych testach, w czerwcu ogłosiła, że od nowego roku szkolnego program zmieni nazwę na „Badanie kompetencji ruchowych młodzieży szkolnej” i na tym właśnie będzie się koncentrował. Zniknie z niego element szukania talentów. Co niektórzy wuefiści mimo zmian nie kryją niechęci do organizowania takich obowiązkowych testów i szukają minusów. Bo to zmuszanie dzieci do czegoś, czego nie lubią, bo jeszcze bardzie je to zniechęci do WF, bo to dodatkowa biurokracja, bo stygmatyzacja dzieci, bo nikt za to dodatkowo nie płaci – to najczęstsze argumenty, jakie podnoszą przy okazji dyskusji o programie.

Rowerem do szkoły, w szkole zdrowe śniadania

Szkoły na swoją rękę próbują uczulać uczniów na potrzebę aktywności fizycznej. Wspomniana warszawska podstawówka co roku bierze udział w akcji „Rowerowy maj”, w ramach której dzieci za przyjazd rowerem do szkoły zbierają naklejki. Klasa, która zbierze ich najwięcej, otrzymuje nagrody. Oprócz tego doszkala się np. na spotkaniach ze strażą miejską z przepisów ruchu drogowego.

Redakcja poleca

SP nr 1 w Łodzi z Budżetu Obywatelskiego wybudowała wiaty i postawiła stojaki, by dzieci miały gdzie zostawiać rowery. Do tego co roku nauczyciele zabierają klasy do miasteczka ruchu drogowego, w którym uczniowie mogą zdać kartę rowerową. - To też ich mobilizuje do korzystania z tego środka transportu – tłumaczy Magdalena Prokaryn-Dynarska, dyrektorka SP nr 1 w Łodzi.

Wśród uczennic, zwłaszcza z klas siódmych i ósmych, zauważyła też, jak dbają o dietę. - Przynoszą w pudełkach sałatki, owoce, mają urozmaicone zdrowe śniadania – opowiada. Wychowawcy ze swoimi klasami przeprowadzali też akcję polegającą na rozmowach o diecie i wspólnym przygotowywaniu zdrowych śniadań.

Rowerem do szkoły? Jednak autem

Gorzej jeśli rodzice w tym temacie zachowują się inaczej. Tomasz Bilicki, nauczyciel wiedzy o społeczeństwie i terapeuta, jakiś czas temu na drzwiach podstawówki, w której uczy i na Facebooku zamieścił takie ogłoszenie: „Rodzicu, który księżniczkę/księcia podwozisz pod drzwi szkoły i najchętniej wjechałbyś autem do szatni, niesiesz tornister, pomagasz zdjąć kurteczkę, otwierasz ciężkie drzwi wejściowe, chronisz przed deszczem, dziękuję, że zapobiegasz bezrobociu terapeutów”.

W ten sposób chciał zwrócić uwagę rodziców na to, że nadopiekuńczością zabierają dzieciom poczucie sprawstwa. Przy okazji poruszył też wątek braku aktywności fizycznej wśród młodzieży, na który od razu zareagowało wielu nauczycieli. Obrazki aut parkujących pod samymi drzwiami szkoły, w dodatku należących do rodzin, które mieszkają po drugiej stronie ulicy, znają doskonale.

- Rodzice dają przykład dzieciom. To oni kształtują nawyki żywieniowe i postawy względem aktywności fizycznej. Jeżeli tata, mama wolny czas spędzają siedząc na fotelu przed telewizorem albo ze smartfonem w dłoni, to trudno, żeby dziecko nie zaniedbywało aktywności fizycznej – mówi prof. Jarosz. Nieraz od rodziców pacjentów słyszy: - Moje dziecko jest otyłe, ale jak mam się nim zająć, skoro cały czas pracuję? Jak syn czy córka grają w gry w komputerze czy telefonie, to jest spokój w domu, mogę pracować.

WF? To żart

Sytuację można by podsumować tak: MEN próbuje wprowadzać programy, które po chwili zmienia. Wuefiści – przynajmniej w części – są im niechętni, co dzieci doskonale widzą. Tak samo jak nastawienie rodziców do aktywności fizycznej. Efekt? - Po co? - odpowiada pytaniem na pytanie o WF Piotrek, licealista z Kielc.

Redakcja poleca

Za wychowaniem fizycznym nigdy nie przepadał. Rodzice próbowali go kiedyś wozić na zajęcia z piłki nożnej, ale zrezygnował po pół roku. Na WF chodzi tylko po to, żeby mieć wymaganą do zdania frekwencję – czyli był mniej więcej na połowie wszystkich lekcji. W testach uczestniczył, ale skoro nie były na ocenę i nauczyciel miał do nich ambiwalentne podejście, to nastolatek uznał, że nie ma co się starać i wysilać. Chodzi za to raz w tygodniu na siłownię, żeby wzmocnić mięśnie ramion. Podrzuca go tam mama, jadąc do pracy. Ta która zresztą wcześniej próbowała zachęcić go do piłko nożnej. Sprzeczności widać na pierwszy rzut oka.

- WF? To żart – stwierdza z kolei Przemek, licealista z Łodzi. Przez lata trenował siatkówkę. Teraz na WF ze względu na sfeminizowaną klasę ćwiczy z dziewczynami. - Nie robi się nic. Popularne zajęcia na macie, czyli macie i grajcie królują – ironizuje. Pasję do sportu stracił. Gdy tylko skończył 18 lat, rodzice kupili mu auto, żeby dojeżdżał do szkoły. - Oszczędność czasu i wygoda – wyjaśnia.

Edukacja, zdrowie i jeden program

- Ciągle szukamy doraźnych rozwiązań. Każda akcja, która zmobilizuje dzieci i młodzież do ruchu, poruszy ich ambicje, jest dobra. Ale ona może tylko wspomóc główny nurt działania państwa. Bez holistycznego podejścia do problemu, czyli bez stworzenia wielosektorowego państwowego programu, który byłby wmontowany w edukację i w zdrowie, nic się nie zmieni – mówi prof. Jarosz. Nie ma wątpliwości, że brak postępu w walce z otyłością i nadwagą wśród dzieci wynika przede wszystkim z zaniechania dobrych praktyk.

Bo takie mieliśmy. Profesor wraca tu konkretnie do Szwajcarsko-Polskiego Programu Współpracy „Zachowaj równowagę" dotyczącego edukacji w zakresie żywienia i aktywności fizycznej wśród dzieci i młodzieży sprzed 10 lat. - Działaniami byli objęci także nauczyciele, dyrekcja i rodzice – zaznacza prof. Jarosz. W programie wzięło udział 10 proc. szkół. Realizacja wszystkich zadań była szczegółowo kontrolowana. - I co się okazało? Że to działa. W ciągu dwóch lat 50 proc. uczniów poprawiło sprawność fizyczną i wiedzę na temat żywienia. Wśród najmłodszych dzieci otyłość obniżyła się o 2-3 proc. To bardzo dużo – podkreśla prof. Jarosz.

Program pokazał, że można poradzić sobie z problemem, ale, jak zaznacza ekspert, potrzebny jest też nakład finansowy. - Wydajemy olbrzymie kwoty na leczenie, nowe urządzenia, nowe leki, a 80 proc. chorób jest związanych z żywieniem i stylem życia. Non stop słyszymy o miliardowych inwestycjach. Wydanie kilkudziesięciu milionów na 8-10-letni ogólnopolski program, żeby uratować milion dzieci przed otyłością, to jest nic w odniesieniu do potencjalnych olbrzymich korzyści zdrowotnych dla dzieci, społeczeństwa i państwa - mówi ekspert.

Zaznacza, że państwo musi mieć konkretną wizję tych programów. Do tego potrzebna jest też większa świadomość obywateli w tym zakresie. - Nasz rozwój cywilizacyjny, dobrostan zależy od tego, jakie będzie nasze zdrowie – podsumowuje.

Źródło: Radio ZET

Nie przegap

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET