Polscy snajperzy mogą otworzyć ogień na granicy z Białorusią. Generał podał warunek
Obecność polskich snajperów na granicy z Białorusią nie jest niczym nadzwyczajnym, biorąc pod uwagę ćwiczenia, które są tam prowadzone - powiedział w rozmowie z naTemat były szef BBN Stanisław Koziej. Z kolei gen. Waldemar Skrzyczpak wytłumaczył, w jakiej sytuacji polscy żołnierze mogliby otworzyć ogień.
Bezpieczeństwo granicy polsko-białoruskiej jest jednym z głównych tematów kampanii wyborczej w Polsce (mimo że oficjalnie jeszcze się nie zaczęła). O 100 bojownikach Grupy Wagnera, którzy przemieścili się na Białorusi w stronę przesmyku suwalskiego, mówił w sobotę w Gliwicach premier Mateusz Morawiecki. Następnego dnia lider PO Donald Tusk napisał na Twitterze: “Wygląda na to, że PiS szuka pomocy wagnerowców ze strachu przed wyborami. Marsz miliona serc wybije im te pomysły z głowy. Widzimy się wszyscy 1 października w Warszawie!”.
Byli wojskowi uspokajają jednak, że wagnerowcy nie są siłą, która może zagrozić Polsce. Co więcej, MON zdecydował o wzmocnieniu granicy polsko-białoruskiej, wysyłając na wschód 1000 żołnierzy i prawie 200 jednostek sprzętu z 12. Brygady Zmechanizowanej oraz 17. Brygady Zmechanizowanej.
Polscy snajperzy na granicy z Białorusią. Koziej i Skrzypczak wyjaśniają
Na granicy pojawili się również strzelcy wyborowi, co wywołało w sieci spekulacje. Zastępca ministra koorynatora ds. służb specjalnych Stanisław Żaryn poinformował, że “białoruskie służby dostarczają na granicę nie tylko migrantów, ale też sprzęt do przekraczania granicy (drabiny, narzędzia do cięcia) i atakowania Polaków (kamienie, cegły, kostkę brukową)”. Gen. Stanisław Koziej uspokajał w rozmowie z naTemat, że obecność snajperów przy granicy nie jest sytuacją, która jest jakkolwiek nadzwyczajna, biorąc pod uwagę ćwiczenia armii, które są tam prowadzone.
- Jeśli rozwija się wojska w strefie przygranicznej, a ćwiczą tam brygady 17 i 12, to wśród tych oddziałów są strzelcy wyborowi i tak jak inni muszą trenować. Dowództwo informuje zresztą nie tylko o ćwiczeniach prowadzonych z ich udziałem, ale także o działaniach pozostałych żołnierzy. Skoro ich tam wysłaliśmy, to oni nie mogą siedzieć w namiotach. Wojsko musi być w ciągłym ruchu i ciągle ćwiczyć. To normalny proces. Nie nadinterpretowałbym sytuacji oczywistych - ocenił generał.
Z kolei były dowódca Wojsk Lądowych gen. Waldemar Skrzypczak wyliczył, że na 600 żołnierzy stacjonujących przy granicy, jest kilkunastu strzelców wyborowych. - Podczas działań, które są prowadzone w warunkach przy granicy, zawsze z tyłu był jeden i wykrywał ukryte zagrożenie – wyjaśnił w rozmowie z portalem naTemat.
Gen. Skrzypczak powiedział, że polscy żołnierze będą mogli odpowiedzieć ogniem, jeśli ktoś “będzie czynił zamiary użycia broni” przeciwko nim lub w nich celował. - Reguluje to prawo użycia broni. Jeśli pierwszy strzał padnie z tamtej strony, to sytuacja nie pozostawia wątpliwości. Polscy żołnierze mogą strzelać - wytłumaczył generał. Nawiązał też incydentu, o którym informowano w czerwcu, że samochód polskiej straży granicznej został ostrzelany przy granicy z Białorusią. - Gdyby zdarzyło się to w obecności wojsk polskich, strzelcy wyborowi mogliby otworzyć ogień - podsumował Skrzypczak.
ISW: Grupa Wagnera prawdopodobnie zastąpiła rosyjską armię w szkoleniu Białorusinów
Ukraińska straż graniczna podała w sobotę, że obecnie na Białorusi jest ponad 5 tys. najemników rosyjskiej Grupy Wagnera. Jak podkreśla amerykański Instytut Studiów nad Wojną, resort obrony Białorusi podał 30 lipca, że bojownicy Grupy Wagnera prowadzą szkolenie na szczeblu kompanii z żołnierzami białoruskich brygad zmechanizowanych i obejmuje ono ćwiczenia taktyczne dla piechoty, skoncentrowane na ukrywaniu wielkości sił przed dronami oraz koordynację pomiędzy plutonami, kompaniami i brygadami. Według doniesień podczas szkolenia białoruska piechota ćwiczyła atak przy wsparciu czołgów i artylerii. Nowa rola Grupy Wagnera w szkoleniu żołnierzy białoruskich na szczeblu kompanii jest istotna, gdyż zwykle szkolenie takie prowadzili wojskowi rosyjscy - zauważa ISW.
Amerykański think tank pisze też, że rosyjskiemu ministerstwu obrony prawdopodobnie udało się zwerbować pewną liczbę najemników z Grupy Wagnera po nieudanym czerwcowym buncie jej właściciela Jewgienija Prigożyna, choć ten polecił bojownikom udać się na Białoruś do 5 sierpnia. 30 lipca sam Prigożyn przyznał, że pewna liczba najemników zgodziła się przejść na służbę w siłach rosyjskich, zapewne podległych resortowi obrony.
RadioZET.pl/NaTemat.pl/PAP
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET