`

Psychiatra dziecięca po pracy. „Zatrzymuję się w połowie drogi do domu i krzyczę”

8 min. czytania
27.07.2023 07:05
Obserwuj nas na Google

Czasami jadę okrężną drogą do domu albo zatrzymuję się w lesie, żeby się wypłakać. Nieraz krzyczę w samochodzie. Gdy dojeżdżam do domu i jeszcze potrzebuję pobyć w ciszy, to syn z mężem już o tym wiedzą. Czekają 15 minut, pół godziny.

Aleksandra Lewandowska
fot. Adam Burakowski/REPORTER

Aleksandra Pucułek: - Zawsze rozmawiamy o dzieciach, a dziś chciałam o pani.

Dr Aleksandra Lewandowska, psychiatra dziecięca*: - Jak umówiłyśmy się na to spotkanie, to pomyślałam, że z jednej strony to będzie dla mnie najprzyjemniejszy wywiad, bo jeszcze takiego nie miałam, a z drugiej strony najtrudniejszy, bo dotykam siebie.

To zacznijmy od najtrudniejszego dyżuru. Miała pani taki, potrafi taki wskazać?

- Od razu mam go przed oczami. Jeden z trudniejszych i nie dotyczy nastolatka, dziecka, ale 50-letniej kobiety. Pielęgniarki zadzwoniły, że nowo przyjęta pacjentka jest w dużym niepokoju. Na dyżurach zazwyczaj dużo się dzieje, ale akurat wtedy miałam czas i przestrzeń, żeby z tą panią dłużej porozmawiać. Kobieta poczuła się bezpiecznie i krok po kroku zaczęła mówić o tym, co ją spotkało w dzieciństwie. Doświadczyła traumy, przemocy seksualnej. Przerażająca historia, ale utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, jak ważne jest zajęcie się dzieckiem. Tą kobietą nikt się nie zajął, kiedy tego potrzebowała. To wpłynęło na całe jej życie.

Przeżyła pani śmierć pacjenta?

- Tak i była to jedna z pierwszych moich pacjentek, którą prowadziłam w oddziale, rozpoczynając specjalizację. Nastolatka wyszła na przepustkę. W poniedziałek, gdy przyszłam do szpitala, nie wracała, więc zaczęły się poszukiwania. Niedługo potem od jej mamy dowiedziałam się, że dziewczyna popełniła samobójstwo.

Najmłodszy pacjent?

- Dziewczynka, 2,5 roku. Mama zostawiła ją pod drzwiami pogotowia opiekuńczego. Dziewczynka krzyczała, była autoagresywna. Dorośli obok byli bezradni, więc przywieźli ją do nas. Zdiagnozowaliśmy u niej autyzm.

Redakcja poleca

Jak wygląda życie po takiej pracy? Gdy obłożenie oddziału sięga nawet 200 proc. Gdy trafia do pani niespełna ośmioletni chłopiec po próbie samobójczej. Gdy widzi pani niepełnosprawnego pięciolatka, który chowa się pod łóżko, bo doświadczał przemocy. Gdy od siedmiolatki słyszy pani, że chciałaby pójść do aniołków, bo tam jest lepiej. To historie z pani pracy, o których wspominała pani w naszych poprzednich rozmowach.

- Jeśli czuję, że jestem tak wściekła, że mam ochotę wykrzyczeć tę złość, to robię to. Nieraz zatrzymuję się w połowie drogi do domu i krzyczę w samochodzie. Czasami jadę okrężną drogą albo zatrzymuję się w lesie, żeby się wypłakać. Ale tak dogłębnie, od środka. Pobyć z tymi emocjami, z tą złością, smutkiem, bezradnością. Jak pozwolimy sobie na to, to te emocje, jak chmury, odchodzą. Jak je wykrzyczę, wypłaczę, to one nie są już we mnie.

Uwielbiam też tańczyć. Nie biegam na jakieś zajęcia grupowe, tylko po prostu w pokoju, w domu tańczę. To mi bardzo pomaga.

Jaką muzykę wtedy pani włącza?

- Jeśli mam potrzebę odreagowania i dużo złości w sobie, to włączam mocną, rockową muzykę. Uwielbiam Guns N’ Roses. Ale jak mam nastrój dziecka, a o to w tej pracy nietrudno, to puszczam lata 80. 90. i mogę szaleć. Zaraziłam tym syna, 14-latka. Też odreagowuje stres przez muzykę.

Ale to, co jest dla mnie najważniejsze i towarzyszy mi od studiów, to medytacja. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić siebie w tej liczbie obowiązków, odpowiedzialności, którą mam, bez tego azylu. Wysypiam się w ciągu czterech, pięciu godzin – to mam po mamie - wstaję ze wschodem słońca i zaczynam każdy dzień od medytacji. To jest coś, co trudno opisać słowami. Dla mnie to jest taki duchowy prysznic.

Po takiej dawce i mieszance emocji, jaką dostaje pani w szpitalu, da się wrócić do domu i rozmawiać z synem o tym, co było w szkole?

- Oczywiście nie da się zamknąć drzwi, odciąć od moich pacjentów. Moje życie zawodowe jest obecne w domu, ale nie na tyle, żeby odciągać moją uwagę od syna. Tak samo teraz. Chociaż wokół się dużo dzieje, co chwila ktoś wchodzi do pokoju, o coś pyta, ale to rozmowa z panią jest dla mnie w tej chwili w centrum i potrafię się na niej skupić.

Syn, mąż pytają, co w pracy? W pani wypadku takie rozmowy wchodzą w ogóle w grę?

- Nawet gdybym była bardzo przytłoczona tym, co stało się z danym pacjentem, nie mogę o tym powiedzieć bliskim. W mojej specjalizacji tajemnica lekarska jest bardzo ważna. Na szczęście możemy wszystko przegadać w zespole. Tu nie ma tajemnic.

Redakcja poleca

Rodzina już nie pyta, dlaczego wysiada pani z auta z czerwonymi oczami?

- Gdy wracam później i mam zmęczone oczy, bo całą 20,30-minutową drogę z pracy przepłakałam, to mówię o tym szczerze. Ale o emocjach, nie o pacjentach. Albo jak dojeżdżam do domu i czuję, że jeszcze potrzebuję pobyć w ciszy, to syn z mężem już o tym wiedzą. Czekają i rozumieją, że muszę 15 minut, pół godziny pobyć w swojej przestrzeni.

Nigdy nie powiedzieli: słuchaj, może pomyśl nad zmianą, to za dużo?

- Nie. Ale jak dostaję sygnał, że jest mnie za mało w domu, to słucham.

Były takie komunikaty?

- Tak, nieraz, ale chyba udało nam się podzielić obowiązki. Teoretycznie w poradni kończę pracę o godz. 18, ale jeśli dziecko potrzebuje dłuższej rozmowy, to wychodzę np. o 20. Wszystko fajnie jak nie mam nic zaplanowanego, ale nieraz musieliśmy zmieniać plany.

Pamiętam, gdy mój synek był jeszcze w zerówce, a ja umówiłam się z nim na wspólną zabawę wieczorem. I co? Sytuacja awaryjna w pracy. Oczywiście dałam znać mężowi, poprosiłam, żeby uprzedził syna, że się spóźnię, ale czułam się okropnie z tego powodu. Całą drogę przepłakałam. Weszłam do domu ze łzami w oczach, synek czekał już w drzwiach. Podchodzę do niego, przepraszam go, a on patrzy na mnie, bierze mnie za ręce i mówi: „Mamusiu, ty kochasz swoją pracę, jesteś szczęśliwa, ja też, to niczego nie zmieniajmy”.

Opowiadałam to potem przyjaciółce w pracy. Była zdziwiona jego dojrzałością, ale od małego rozmawiałam z nim otwarcie o uczuciach. Potrafiłam przyznać się do błędu. Nawet jak miałam ileś obowiązków, to ten czas, gdy wracałam do domu, był zarezerwowany tylko dla niego i on o tym wiedział.

Dr Aleksandra Lewandowska, psychiatra dziecięca
Fot.

A pani ma czas np. na fryzjera, teatr, kino?

- Końcówki podcina mi moja kochana oddziałowa, ale do teatru, kina, na koncerty chodzimy. Mąż robi mi takie niespodzianki. Oczywiście wcześniej uprzedza o nich.

Niespodzianka z wyprzedzeniem.

- Bo wie, że mogę coś mieć. To mnie motywuje do tego, żeby tak poukładać plan, żeby zdążyć.

Bilety były kiedyś oddawane?

- Nie zdarzyło się.

Redakcja poleca

Dlaczego w ogóle wybiera się taką specjalizację jak psychiatria dziecięco-młodzieżowa?

- Od drugiego roku studiów wiedziałam, że chcę się tym zająć.

Wcześnie.

- Wiem, ale od zawsze chciałam pracować z dziećmi. Mama zaszczepiła we mnie otwartość na ludzi. Na początku myślałam, że będę uczyła w szkole, ale w siódmej klasie wychowawca spytał mnie: czemu nie medycyna? Wychowując się na wsi, nie miałam pojęcia o psychiatrii, więc stwierdziłam, że jeszcze więcej będę mogła zrobić dla dzieci jako pediatra niż nauczyciel. Z moją duszą społecznika już miałam wizje wyjazdów na misje.

Gdy jeździłam na studia, wysiadałam na Łodzi Północnej. Stary dworzec na Bałutach, wiele osób bezdomnych, pijanych. Widziałam dzieci zajmujące się sobą, zaniedbane, brudne. Słyszałam krzyki ich rodziców, przekleństwa. Zastanawiałam się, jak to zmienić. Nie miałam zgody na krzywdę wobec dzieci.

Pochłaniałam książki z psychologii i tak trafiłam na psychiatrię dzieci i młodzieży. W tamtym okresie nie była jeszcze podstawową specjalizacją, na wielu uczelniach w ogóle nie było zajęć dotyczących tego obszaru. Jak skończyłam studia, to akurat weszła jako podstawowa specjalizacja.

Nie przyszło zderzenie z rzeczywistością i zwątpienie?

- Miałam kryzys zaraz po studiach na stażu. Mimo tego, że tak wcześnie byłam ukierunkowana.

Skąd się wziął?

- Z bezsilności. Czułam, jakbym się kręciła w kołowrotku niczym chomik. Młodzież była przyjmowana, wypisywana, za chwilę wracała. Zastanawiałam się, jaka ma być w ogóle moja rola, bo miałam wrażenie, że jestem „wszystkim po trosze”. Powiernikiem, pedagogiem psychologiem, pracownikiem socjalnym, lekarzem. Ale to uruchomiło we mnie chęć działania, myśl, że można rozwinąć psychiatrię środowiskową. Jak teraz sobie pomyślę, że to się dzieje, to wiem, że marzenia się spełniają.

Oprócz empatii musi być pani bardzo cierpliwa, bo 20 lat pani na to czekała.

- Wykorzystywałam tę frustrację na działanie oddolne. Prowadziłam charytatywnie warsztaty w szkołach, jeździłam do domów dziecka z wizytami lekarskimi. Zresztą z tego powodu zgodziłam się na funkcję konsultanta krajowego. Nieraz w swoich oddolnych działaniach dochodziłam do ściany, bo na więcej system mi nie pozwalał, a teraz mogę mieć wpływ na jego zmianę.

Nie wkurza to panią, że trzeba było tak dramatycznych statystyk dotyczących samobójstw, depresji, żeby w końcu wprowadzić zmiany?

- Teraz kiedy środowisko w końcu jest słuchane, raczej czuję radość, że wreszcie coś się dzieje i ta praca mimo trudów naprawdę jest przyjemna.

Nigdy bym nie pomyślała, że psychiatria może być przyjemna.

- To dają dzieciaki. Ich szczerość, spontaniczność motywują do pracy nas sobą. Wzbogacają mnie nie tylko jako lekarza, ale przede wszystkim jako człowieka. Dlatego ta praca nie jest tylko pracą.

Jak przez te 20 lat zmieniła się psychiatria, pacjenci?

- Jest znacznie więcej młodszych pacjentów, bardzo często z traumatycznymi historiami w tle. Niestety, do oddziału przyjmowane są już nawet czterolatki.

Dlaczego?

- Najczęściej niewydolność wychowawcza i doświadczanie przemocy. Zaburzenia psychiczne, takie jak schizofrenia, choroba afektywna dwubiegunowa, to niewielki odsetek pacjentów. Ponad 80 proc. dzieci trafia na oddział głównie przez czynniki środowiskowe. Czyli kryzys relacji, brak umiejętności rodzicielskich. Z drugiej strony komfort opieki nad pacjentem jest większy.

To rzadko się słyszy.

- Jak ktoś mówi, że się nie da, że nie ma kadry, to nie zgadzam się z tym. Pracuję w szpitalu, który ma ponad 120 lat. Może nie mam super warunków, ale mam cudownych ludzi, którym się chce. Ale nie jestem szefem, który o godz. 15 wychodzi ze szpitala i idzie do prywaty, tylko również pracuję z moim zespołem w poradni, jeżdżę do pacjentów, spotykam się w ich sprawie w szkole czy z kuratorem.

Podkreślam też, że osobom, które się uczą, np. rezydentom, trzeba stworzyć poczucie bezpieczeństwa, a nie rzucać na głęboką wodę. Jak potrzebują wsparcia, to wiedzą, że my starsi stażem i odpowiedzialni za ich szkolenie, jesteśmy. To zachęca ich do wyboru tej specjalizacji. Gdybym sama nie miała ogromnego wsparcia zespołu po śmierci mojej pacjentki, to też różnie mogłyby to na mnie wpłynąć.

W trakcie specjalizacji rezydenci nie rezygnują?

- W ciągu 20 lat miałam trzy osoby, które stwierdziły, że ta specjalizacja dla nich jest zbyt trudna. Wobec jednej sama zaprotestowałam, bo widziałam niebezpieczeństwo dla pacjentów.

Pytałam o najtrudniejszy dyżur, to spytam też o najpiękniejszy.

- Nie chcę, żeby to zabrzmiało banalnie, ale każdy dzień. Przychodzę tu z uśmiechem i każdego dnia odwzajemniony uśmiech tych dzieciaków w oddziale, poradni, to najcudowniejsze chwile.

Co pani ma w sobie takiego, że po tylu latach obserwowania ludzkich dramatów wciąż potrafi się pani wzruszać, nie wypaliła się pani i nie obudowała murem?

- Baza, czyli to co wyniosłam z domu, empatia, otwartość na drugiego człowieka i jego ciekawość. Gdyby tego zabrakło, to nie mogłabym tego zawodu wykonywać.

To pod tym kątem mamy podobnie w pracy.

- Tak. Jeśli uważamy, że to co materialne nam służy i pomaga, ale nie jest celem, to nie znika nam z oczu otwartość na drugiego człowieka. Kiedy te proporcje są odwrócone, to wtedy praca nie sprawia satysfakcji i w kontakcie z drugim człowiekiem to się czuje.

W tym natłoku obowiązków może pani pozwolić sobie na wakacje?

- Od niedawna mogę sobie pozwolić nawet na dwa tygodnie urlopu w trakcie wakacji. Praca zostaje we mnie, ale na urlopie jestem skoncentrowana na sobie, rodzinie, na odpoczynku. Telefon nie jest wyłączony, ale mam mniej połączeń. Chociaż połączenia to jedno, a maile drugie. Jeden dzień bez sprawdzenia poczty to min. 30 zaległych wiadomości.

Już po skończeniu specjalizacji miała pani jeszcze kryzys, zwątpienie?

- Nigdy już nie miałam.

*Dr Aleksandra Lewandowska jest specjalistką w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży. Kieruje oddziałem psychiatrycznym dla dzieci w Szpitalu im. Józefa Babińskiego w Łodzi i Poradnią Zdrowia Psychiatrycznego dla Dzieci i Młodzieży. W 2021 roku objęła stanowisko konsultanta krajowego w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży.

RadioZET.pl

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET