Krzyk, płacz i awantury przy odrabianiu pracy domowej. „Gdy siadamy do matematyki, słyszy cały dom”
Nad zadaniami córki z matematyki Bartek z żoną siedział cały wieczór. W końcu zaniósł ćwiczenia do pracy i poprosił koleżankę, której mąż jest matematykiem, by pomógł je rozwiązać. Magda do dziś, gdy widzi kasztany, ma ochotę je pozbierać, chociaż syn jest już w liceum. Gdy Julka siada z tatą do ułamków, słyszy cały dom. W odrabianie prac domowych coraz częściej zaangażowane są całe rodziny. Czy takie zadania mają jeszcze sens?
Julia w szkole zazwyczaj zapisze temat, krótką notatkę, parę punktów. Reszta do domu. Wraca, pół godziny odpoczynku. - I o 16 zaczyna się druga szkoła. Szkoła życia. Dzika awantura – stwierdza z sarkazmem Monika, mama Julii. Gdy rzuca pytanie do córki: co masz dziś zadane, sama ma gęsią skórkę.
Zazwyczaj lista wygląda tak: z polskiego trzeba napisać wypracowanie albo zrobić ćwiczenia z gramatyki, z biologii – coś narysować albo odpowiedzieć na pytania, z historii wyszukać informacje o kolejnym królu, z angielskiego – rozwiązać ćwiczenia ze słówek i czasu, z matematyki (obecnie) zrobić i przećwiczyć zadania z ułamków. - Tego przedmiotu zazwyczaj jest najwięcej. Klasa jest głośna, nauczycielka się denerwuje, nie chce powtórzyć, Julka nie słyszy – opowiada Monika. Do tego czasem dochodzi plastyka i technika – prace opisowe np. dotyczące danego stylu w sztuce. To prace domowe zadawane w piątej klasie.
Z angielskim i matematyką Julka radzi sobie najgorzej, więc pomaga tata. Jak siadają do matematyki, słyszy cały dom. - Ja siadam w tym czasie z młodszą córką, która chodzi do pierwszej klasy. Kontroluję, czy równo pisze literki, słówka. Poprawiam przy czytaniu – mówi Monika. Potem sprawdza, jak poszły starszej córce pozostałe przedmioty jak polski czy historia. Gdzieś ok. 21 przekrzykiwanie zasad dotyczących dodawania i odejmowania ułamków cichnie. W zamian pojawia się płacz: „mamo, ale ja się dziś w ogóle nie pobawiłam”.
- I tak jest codziennie od początku roku szkolnego. W weekendy jeden dzień też trzeba zaplanować na lekcje – przypomina Monika. - Szkoła jest od tego, żeby tam dzieci się uczyły, a stało się na odwrót. W szkole więcej się bawią, a w domu uczą – stwierdza.
Gdy Julka o godz. 16 siada do lekcji, Piotrek, licealista, często jeszcze jest w szkole. Dlatego już w okienku, np. gdy inni mają religię, siada do pracy domowej. Uczy się na profilu matematyczno-informatycznym, więc z części przedmiotów - jak historia, geografia, czyli tych w jego wypadku na poziomie podstawowym - na szczęście nie ma nic zadawane. Inaczej, jak mówi, zabrakłoby mu nocy. Nad pracami domowymi spędza średnio dwie godziny dziennie, ale nie wlicza w to nauki na kartkówki, sprawdziany, testy.
Nie zliczy też, ile razy na koniec tygodnia słyszał standardowe zdanie „tylko jedno zadanie zrobicie”. I tak mnożąc to razy kilka przedmiotów, weekendy również wypełniają się nauką. Zazwyczaj po dwie, trzy godziny. I nie tylko weekendy. - Na ferie z matematyki dostaliśmy 25 zadań „dla chętnych”. W teorii nie musimy ich robić, bo niby nie można zadawać prac domowych na ferie, ale tak czy siak trzeba je rozwiązać, jeśli nie chcemy mieć przewalone u matematyczki - opowiada.
Etat plus praca dodatkowa
O zbyt dużej liczbie prac domowych zrobiło się głośno przy okazji wdrażania reformy edukacji cztery, pięć lat temu. Upchanie trzech lat gimnazjum do siódmej i ósmej klasy skończyło się przerzuceniem wielu zadań do domu. MEiN w osobie wiceministra Macieja Kopca orzekło ostatecznie, że obciążenie polskich uczniów lekcjami jest na tle innych państw niewielkie (choć przyznało, że stosunkowo dużo czasu spędzają na nauce poza szkołą), że prace domowe są nieodłącznym elementem systemu oświatowego, że stanowią jedno z kluczowych narzędzi kształcenia i że ich celem jest wspomaganie pracy dydaktycznej.
Rzecznik Praw Dziecka zaznaczył co prawda, że zadania muszą być przemyślane, dostosowane do indywidualnych potrzeb ucznia i nie mogą być nadmiernym obciążeniem, ale stwierdził jednocześnie, że praca domowa spełnia ważne funkcje dydaktyczne, począwszy od utrwalania wiadomości zdobytych podczas zajęć w szkole po kształcenie samodzielności myślenia i działania.
Bartek, gdy czytam mu te wszystkie hasła, nie może przestać się śmiać. Chociaż jest to raczej śmiech przez łzy. Z bezsilności. - Nawet po osiem lekcji dziennie. Powrót do domu, obiad i znowu lekcje. Etat plus praca dodatkowa. Często do godz. 21 – opowiada, jak wygląda standardowy dzień jego córki, ósmoklasistki. - A mówimy o 15-latkach. To tyle, jeśli chodzi o niewielkie obciążenie dzieci – dodaje. Ze złością opowiada, jak np. wygląda matematyka: na lekcji uczniowie robią najprostsze zadania, do domu zadane mają najtrudniejsze. Nad jedną taką pracą siedziała córka, on, żona i nic. W końcu zabrał zadania do pracy i poprosił koleżankę, której mąż jest matematykiem, by pomógł je rozwiązać.
- W jednym humanie matematyka polega na właściwie na zadawaniu pracy domowej. Nikt nie potrafi jej rozwiązać, więc następna lekcja to robienie tych zadań na tablicy. Po czym nauczyciel zadaje nowe ćwiczenia do domu. I tak wkoło. Koleżanka z tej klasy nieraz prosi mnie, żebym rozwiązał jej chociaż kilka zadań, żeby nie miała pusto w zeszycie – opowiada Piotrek.
Praca domowa z internetu
Syn Magdy w podstawówce z pracą domową radził sobie zazwyczaj sam, ale Magda nigdy nie zapomni nocnych wypraw po kasztany z latarką na głowie. - Ta czołówka była oczywiście po to, żeby nie wpaść na innych rodziców, których dzieciom też przypomniało się, że na plastykę pani kazała przynieść kasztany – wspomina.
Nawet gdy jej syn poszedł do liceum, łapała się na tym, że zatrzymywała się pod kasztanowcem i pakowała kasztany do kieszeni. Na wszelki wypadek, może się przydadzą. - Wciąż też mam pełne szuflady bibuły we wszystkich kolorach, wstążek i fizeliny – dodaje. Hasła o wspomaganiu pracy dydaktycznej, dostosowaniu do indywidualnych potrzeb, a przede wszystkim o samodzielności nijak się do tych historii mają.
Dr Joanna Leek z Wydziału Nauk o Wychowaniu Uniwersytetu Łódzkiego przypomina z kolei, że w prawie oświatowym nie ma zapisanego obowiązku pracy domowej. - Jest to raczej kulturowy wytwór przekazywany z pokolenia na pokolenie. Tak wszyscy robili, więc my też róbmy tak samo – komentuje, odnosząc się do stwierdzenia ministra, że zadania domowe są nieodłącznym elementem systemu oświatowego i stanowią jedno z kluczowych narzędzi kształcenia. - Można powiedzieć, że jest to pewna forma utrwalania wiadomości ze szkoły. Ale w dobie internetu ta funkcja wydaje się już nieaktualna – dodaje badaczka.
- Za 2 zł w abonamencie zyskuje się dostęp do wszystkich podręczników na rynku i rozwiązanych zadań. Skąd wiem? Nieraz obserwowałam, jak uczniowie na przerwach spisywali z tych stron prace – opowiada Dobrawa Szlachcikowska, matematyczka, która obecnie uczy w szkole społecznej w Krotoszynie.
Praca domowa? Taką mamy podstawę programową
Dlaczego więc nauczyciele uporczywie trzymają się ćwiczeń domowych? - Ogromne podstawy programowe, wypełnione wiadomościami teoretycznymi po brzegi – wyjaśnia krótko polonistka z jednego z warszawskich liceów, która prosi o anonimowość. - Żeby tę teorię później wcielić w praktykę i zrozumieć materiał, trzeba zadawać pracę domową – tłumaczy. Przyznaje, choć nie jest z tego zadowolona, że regularnie swoim uczniom zadaje coś do domu, np. lekturę do przeczytania.
- Proszę zerknąć do podstawy. To są ilości gigantyczne – mówi i podaje przykład: - W drugiej klasie pracujemy z II połową XIX wieku, w której mamy realizm, naturalizm i pozytywizm. Uczniowie muszą przeczytać „Lalkę” dwa tomy, „Potop” trzy tomy, „Zbrodnię i Karę” prawie 400 stron. Na poziomie rozszerzonym jeszcze np. „Panię Bovary” też prawie 400 stron. Giganty, na które możemy przeznaczyć maksymalnie po tygodniu. Do tego dochodzą krótkie teksty i formy, które trzeba przeczytać, przepracować, przemyśleć – wylicza.
Oprócz tego w domu licealiści piszą wypracowania. - Na lekcji można zrobić jedno, góra dwa w semestrze, bo to wytrąca godziny na realizację podstawy, a każdy z nią goni – mówi polonistka. Jak reagują na to uczniowie? - Zmęczeniem i powierzchownością. Jeśli uczeń słyszy, że ma do przeczytania np. trzy tomy powieści historycznej, to jest to dla niego ogromnym obciążeniem psychicznym – doskonale zdaje sobie z tego sprawę nauczycielka.
Zwłaszcza, że jej uczniowie starają się sprostać wymaganiom, jak tylko mogą. Nieraz widzi, jak czytają w trakcie okienek, ściągają audiobooki i słuchają lektur w autobusie w drodze do szkoły. - Niektórzy z wyprzedzeniem czytają w wakacje, ale potem i tak muszą do tego wrócić – mówi i wcale nie dziwi się opowieściom rodziców, którzy czytają na głos dzieciom np. „Pana Tadeusza” albo „Krzyżaków”, żeby coś z tego uczniowie zrozumieli.
- Nie da się wszystkiego zrobić na lekcjach – potwierdza Jakub Szewc, matematyk z łódzkiej podstawówki. Ostatnio postanowił, że nie zadaje nic na weekendy i dni wolne, więc próbuje ograniczać prace domowe. - Ale praktyka z matematyki jest potrzebna. Staram się, żeby te prace były adekwatne do tego, co było na lekcji i w miarę szybkie – zaznacza.
Po pracy wolne, po szkole nie
- Muszą przećwiczyć, ale nie ćwiczą, bo spisują! - odpowiada Dobrawa Szlachcikowska, matematyczka. - W idealnym świecie być może to by działało, ale to się sprawdza jedynie w młodszych klasach, które jeszcze nie buszują tak w internecie. W starszych nie widzę sensu – mówi. Dlatego nie zadaje ich i jak ocenia, na razie jej się to sprawdza.
Na lekcji pokazuje parę przykładów, a potem uczniowie pracują sami albo w grupach. Ona chodzi po klasie, pomaga, sprawdza, tłumaczy. - Ktoś zrobi wszystkie zadania super, ktoś minimum? Też dobrze, bo wiem, że na pewno zrobił je sam – mówi. Tym, którzy gorzej radzą sobie z materiałem, zaleca czasem zrobienie danych ćwiczeń w domu, ale nigdy nie jest to obowiązek. - Jeśli będą robić na siłę, to się mija z celem – stwierdza. Po trzecie jej zdaniem nauczyciele muszą jeszcze raz zajrzeć do podstawy programowej, a nie trzymać się sztywno podręczników, bo w nich jest dużo więcej materiału niż zakłada podstawa.
Nie tylko z matematyki. Dobrawa uczy też chemii i z tego przedmiotu też nie zadaje nic do domu. - Dzieciaki nie mogą być wiecznie na lekcjach. Tak jak my wracamy po pracy do domu i chcemy mieć wolne, tak samo one. Narzekamy, że nie uprawiają sportu, ale kiedy? Niech się jeszcze trafi kartkówka, klasówka, do tego uczeń ma być przygotowany z trzech ostatnich lekcji z każdego przedmiotu. To jest nie do osiągnięcia – mówi Szlachcikowska.
Na to samo zwróciła ostatnio uwagę Monika. - Wracamy z pracy i mamy ochotę się położyć na godzinę, córka nie może - stwierdza. - Da się uczyć bez prac domowych, bo ja tak uczę – mówi w podobnym tonie Sandra Sawa, nauczycielka angielskiego, która uczyła zarówno w podstawówkach, jak i w liceach. - Gdy sama chodziłam do szkoły, nigdy mi się to nie podobało. Gdy teraz widzę, jak dzieci są przeładowane, nie zmieniłam zdania – komentuje.
Czasem proponuje, żeby uczniowie posłuchali sobie piosenek po angielsku, obejrzeli filmy, ale jej zdaniem ćwiczenia z książki doprowadzają do tego, że dzieci rozwiązują je na oko, uczą się wypełniać luki. To nie przekłada się na realną naukę języka. - Nieraz na prywatne lekcje przychodzi ktoś do mnie z błagalną prośbą, żeby pomóc mu zrobić zadania domowe. Ja jeszcze coś wytłumaczę, ale część spisze bezmyślnie od kolegów - mówi.
Sandra była jedyną anglistką w szkole, która nie zadawała prac domowych, mogła więc porównać wyniki swoich uczniów. Były takie same jak u pozostałych albo lepsze. - Tylko taka metoda więcej wymaga od nauczyciela. Więcej musi się naprodukować na lekcji, żeby nauczyć i nie polegać na tym, że dzieci douczą się w domu. Ale przecież edukacja polega na tym, żeby to nauczyciel uczył, a nie żeby dzieci uczyły się w domu – podkreśla.
Poproszę o pracę domową
W Kaliszu, Poznaniu pojawiają się szkoły, które zastrzegają, że u nich nie ma prac domowych, ale są to pojedyncze edukacyjne wyspy. Według danych Instytutu Badań Edukacyjnych 97 proc. nauczycieli uważa pracę domową za konieczność. Sandra i Dobrawa są więc w mniejszości. Powodów takich statystyk jest jeszcze więcej. - Nie każda dyrekcja była zadowolona z tego, że nic nie zadaję. Pokutowało przekonanie, że po prostu tak trzeba – przyznaje Sandra.
To, że zadania domowe nadal w polskiej szkole są mile widziane przez system, pokazują chociażby hospitacje lekcji. W arkuszu, który dyrekcja wypełnia, widnieje punkt z pytaniem o to, czy nauczyciel zadał pracę domową. - Jeśli nie zadał, to dostawał minusowe punkty – wspomina Sandra.
I jeszcze jedna kwestia: rodzice. Gdy Dobrawa na pierwszej wywiadówce poinformowała, że nie zadaje nic do domu, większość ucieszyła się, bo dzieci chodziły na wiele zajęć dodatkowych, więc z ćwiczeniami musiałyby siedzieć w nocy. - Ale dostałam maila od jednego rodzica, że on chce zadania – wspomina. Na szczęście gdy nauczycielka raz coś zadała, uczennica nie odrobiła i temat się rozmył. - Zdarza się, że rodzice kładą duży nacisk na oceny. Trudno jest im zrozumieć, że dzieci, które w podstawówce były prymusami, w liceum już nie mają piątek, czy czwórek. Podobnym weryfikatorem dla niektórych jest praca domowa – przyznaje polonistka z Warszawy.
Ostatnio głośnym echem odbił się list jednej z dyrektorek warszawskich liceów, która na zastrzeżenia do uczenia matematyki poprosiła rodziców, by przestali przykładać tak wielką wagę do ocen. „Proszę zrozumieć, że Wasze dzieci pracują w szkole w wymiarze 32-34 godziny tygodniowo, a do tego uczą się w domu. Nie da się być dobrym ze wszystkiego, nie da się ze wszystkim nadążyć. Doba ma tylko 24 godziny. Wasze dzieci nie muszą mieć czwórek i piątek, nie muszą mieć czerwonego paska. Zarówno wysokie oceny, jak i czerwone paski, nikomu nie są potrzebne w rekrutacji na studia czy do szkół policealnych” - napisała.
Jaki wynik wyszedł wam w zadaniu trzecim?
Według Anny na pewno zmieniły się dzieci, które zajęte smartfonami i laptopami, trzeba mocno zaganiać do pracy. Trudniej im się skoncentrować na nauce i w ogóle zapamiętać, co mają zadane. Ma porównanie, bo między jej córkami jest 15 lat różnicy. Starsza już dawno skończyła studia, młodsza jest w trzeciej liceum. - Czasem przeczytałam starszej wypracowanie, ale sama siadała do lekcji i nawet dobrze nie wiedziałam, z czego i ile ma zadane. Z młodszą w niedzielę po południu zaczyna się awantura i walka, żeby siadła i coś zrobiła – opowiada Anna.
Monika cofa się we wspomnieniach do swojej szkoły. Gdy przychodziła z niej, to rzucała plecak i biegła na dwór. - Moja mama mówi, że nie pamięta, żeby ze mną siedziała przy lekcjach – mówi. Największa różnica zdaniem Anny zaszła bowiem wśród rodziców, którzy swoje ambicje – najczęściej niespełnione – przenoszą na dzieci i wręcz oczekują ćwiczeń domowych. - Na wywiadówkach słyszę, zwłaszcza od matek, które nie pracują, jak siedzą nad dzieckiem i każą robić zadania z jedną gwiazdką, z dwoma, z trzema i poprawiać czwórkę plus na piątkę. Zapisują też syna czy córkę na wszelkie możliwe zajęcia dodatkowe. Nie ma zmiłują, mają chodzić – opowiada, co słyszy w klasie.
Anna z racji wieku, jak mówi, nie uczestniczy w internetowych grupach rodziców, ale słyszała, jak żywo o liście prac domowych dyskutują tam rodzice - nie dzieci. Joanna, mama trzecioklasistki, która do takiej grupy należy, najczęściej widzi tam pytania: „co było zadane”, albo „czy rzeczywiście to było zadane”, bo dziecko niedokładnie zapisało. Potem następuje wymiana wyników. - Jak pokazujemy rozwiązania, to tak, żeby nie było widać wyników – zaznacza.
Dlaczego dziecko nie może siąść samo do lekcji? - Jak nie przypilnować, to połowę miałaby nie odrobione – odpowiada od razu Monika. Zaangażowanie rodziców w prace domowe zwiększyły z pewnością lekcje zdalne, a jak dzieci zobaczyły, że mama czy tata przejmują dowodzenie, to chętnie w kwestii prac domowych oddają im stery. Wiedzą, że nie muszą wszystkiego dobrze pamiętać, bo rodzic i tak za nich się dowie. I zrobi, bo skoro inni tak robią, to „czemu moje dziecko ma nie dostać piątki z pracy domowej”.
Do dziś Piotrek z niechęcią wspomina niedzielne popołudnia z czasów podstawówki. - Non stop słyszałem: popraw, bo nie równo ten szlaczek, napisz więcej, żeby dostać plusa. Ja miałem to gdzieś – nie ukrywa, ale krzyk mamy doskonale pamięta. - Chociaż pewnie nie było jej łatwo, bo ja czasem celowo wgapiałem się w okno – dodaje. Teraz rodzice - na szczęście dla niego - nie są w stanie już mu pomóc z matematyki czy fizyki. To czego nie wie, robi na grupie z całą klasą albo na korepetycjach.
Gdyby praca domowa była twórcza
Dr Joanna Leek przyznaje, że rzeczywiście działać tu mogą ambicje i aspiracje rodziców, bo edukacja i wykształcenie zawsze są w cenie. Ze strony rodziców może to być też forma ochrony dziecka. - Jeśli dziecko potrzebuje pomocy w pracy domowej, to trzeba pomóc, ale nie wyręczyć. Można odrobić za córkę czy syna pracę, ale co to da? Jak dziecko rozbije szklankę, to potem też będzie oczekiwało, że rodzic posprząta za niego? – podaje przykład dr Leek.
W pewnym sensie pomogłaby zmiana podstawy programowej tak, by nauczyciele sami określili, ile czasu potrzeba, żeby przerobić wszystko w szkole i utrwalić wiadomości. - Obecne lektury prezentują problemy anachroniczne. Przerastają poziomem trudności i dojrzałości uczniów, którzy się z nimi mierzą. Gdybyśmy w spisie lektur mieli książki komentujące w sposób współczesny rzeczywistość, to uczniowie wykazywaliby się większym zaangażowaniem – potwierdza polonistka z Warszawy.
Przypomina też, że w domach rośnie frustracja i zniecierpliwienie w czasie odrabiania prac domowych, bo rodzice nie pamiętają już swojego szkolnego wysiłku. - Nieraz mówię córce, że mogła szybciej robić te zadania, to zdążyłaby się pobawić. Ale może szybciej się nie dało? Dla dorosłych to jest proste, ale dla 11-latki niekoniecznie – zastanawia się Monika. - Rodzicom wydaje się, że praca domowa to nie są problemy, albo że nie mają takiego kalibru jak problemy dorosłych, a to nie prawda. Dla takiego dziecka to jest problem na miarę jego dziecięcego świata – tłumaczy polonistka.
Przekonał się o tym Bartek. Jego córka z czasem do lekcji siadała też przed lekcjami – wstawała przed szkołą, żeby wszystko starannie zrobić. Nie chciała odpuścić, chociaż rodzice nie oczekiwali piątek. Skończyło się problemami ze snem. Nastolatka przejmowała się, czy wszystko zrobiła, czy o niczym nie zapomniała. Rodzice zapisali ją w końcu do psychologa.
Dr Leek przypomina, że w wielu krajach odchodzi się od pracy domowej. Np. w Finlandii coraz częściej uczniowie po lekcjach spotykają się w mniejszych grupach z nauczycielami i tam rozwiązują ewentualne niejasności. Do tego potrzeba jednak – jak zaznacza badaczka - zmiany myślenia u nauczycieli.
- Sama praca domowa mogłaby mieć zastosowanie, ale na razie jest pracą odtwórczą. Nauczyciele często idą po linii najmniejszego oporu. Dają zadania z podręczników, które są wszędzie dostępne. Nieduża kreatywność nauczycieli spotyka się z niedużą kreatywnością dzieci. Gdyby praca domowa była twórczo przemyślana, byłyby to zadania nowe, a przede wszystkim byłoby ich zdecydowanie mniej, to uczniowie nie przepisywaliby ich i może rzeczywiście podeszli z ochotą do tworzenia jakiegoś projektu – stwierdza dr Leek.
Na razie Piotrek odkłada na ostatni dzień ferii zadania od matematyczki i stara się nie myśleć o nadchodzącym poniedziałku. Polonistka z Warszawy na ferie zadała klasom do przeczytania „Przedwiośnie”, a Monika odsuwa jak najdalej myśl o tym, co co będzie dalej w kolejnych klasach. - Na pewno nie będzie ciszej w domu – przewiduje z pesymizmem.
RadioZET.pl
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET