Zamknij

"To nie jest przestępstwo". Przez co musiała przejść Polka, którą molestowano w hotelu

24.09.2020 09:41
Zdjęcie ilustracyjne
fot. triple_v/Shutterstock

Masażysta napastował mnie seksualnie, brutalnie włożył palce do pochwy. Menadżer hotelu stwierdził, że to niemożliwe. Bo on pracuje tu dziesięć lat. Policja nie chciała mnie przesłuchać ani zawieźć na testy DNA. Pytali: czy wiedziałam, że zabieg będzie wykonywać mężczyzna?

Z wiadomości w skrzynce odbiorczej:

"Jestem w hotelu w w Bułgarii. Wczoraj miałam udać się na umówiony w hotelu masaż. Podczas masażu zostałam napastowana seksualnie."

"Po wydarzeniu byłam w ogromnym szoku wiec dopiero po dwóch godzinach zdecydowałam się powiadomić policję. Policja odmawiała zabrania mnie na testy DNA do szpitala, potwierdzające winę masażysty. Od 18 do 22:30 próbowałam wymóc na nich jakieś działanie. Żaden z policjantów nie mówił po angielsku, nie wiedzieli co mają zrobić. Potem przyjechali kolejni, tak samo bezradni. Zlekceważyła mnie również obsługa hotelu, jeden z managerów powiedział, że to kłamstwa."

I na koniec:

"Mam wrażenie, że wszystko wydaje się być tuszowane. Nie wiem już co mam robić, boję się, że jak tylko wyjadę, to sprawa zostanie zamknięta. Błagam, proszę Was o pomoc, nie wiem co dalej".

Testy nic nie wykażą

Z W. znajduję kontakt przez komunikator internetowy. Spędza wakacje na bułgarskim wybrzeżu ze swoim partnerem w popularnym resorcie.

W niedzielę 20 września o trzeciej po południu jest umówiona na zabieg – masaż turecki. Ot, jedna z wielu usług, oferowanych w tego typu kompleksach wypoczynkowych. Pierwsze dwadzieścia minut całego rytuału to pobyt w łaźni parowej – pod wpływem ciepła w skórze otwierają się pory, co pomaga w dalszym procesie oczyszczania. W trakcie zabiegu często robiony jest peeling, sam masaż wykonuje się na  bazie aromatycznych olejków. W międzyczasie ciało polewane jest chłodną wodą. Tak w każdym razie miało to wyglądać.

"Z takim zamysłem szłam na ten zabieg. Podczas masażu pan zaczął mnie dotykać w dziwny sposób. Już to wzbudziło moje podejrzenia, ale pomyślałam sobie, że w sumie jestem w innym kraju, a o samym masażu czytałam, że nie należy do najdelikatniejszych. W pewnym momencie masażysta zaczął brutalnie wpychać mi palce do pochwy. Sparaliżowało mnie. Przez kilka sekund nie wiedziałam co się dzieje. Zaczęłam krzyczeć, że ma przestać. A on tylko zapytał: czy mi się to nie podobało?" – mówi.

Nie wiedziała co zrobić, ani co powiedzieć. Chciało jej się tylko płakać.

Pobiegła do pokoju hotelowego. "W tym czasie mój chłopak był na siłowni. Jak tylko weszłam do pokoju zaczęłam szlochać, wpadłam w amok. Zadzwoniłam do partnera. Mówię, że ma przyjść jak najszybciej, musimy porozmawiać. Wpadł i od progu już widział, że coś się dzieje. Od razu chciał dzwonić na policję" – relacjonuje kobieta.

Kolejne dwie godziny W. pamięta trochę jak przez mgłę. Na przemian płacze i milczy. Czuje wstyd. Na początku nie chce nic zgłaszać. Przecież jej nie zgwałcił, może to nic takiego? Za namową partnera decyduje się jednak zejść na dół do recepcji. Liczy na to, że personel zawiadomi  policję.

Ale kolejność zdarzeń jest inna. "Przyszedł jeden menadżer, drugi i każdemu z nich po klei musiałam opowiadać tę samą historię. W końcu powiedziałam, że jeśli nie zadzwonią na policję – zrobię to sama. Obiecali, że zadzwonią. Czekaliśmy dwadzieścia minut, nikt się nie zjawił"- mówi. W końcu wybiera numer alarmowy.

Kontakt z funkcjonariuszami, którzy pojawiają się w hotelu, jest bardzo utrudniony. Nie mówią po angielsku, w rolę tłumacza wstępuje więc jeden z menadżerów. W. opowiada historię od początku. Kiedy kończy, od policji słyszy: - nie wiemy, co robić. Nigdy wcześniej nie mieliśmy takiej sytuacji.

Kolejne trzy godziny upływają na telefonach – policjanci wymieniają informację z "górą". O dziesiątej wieczorem  W. i jej partner usłyszą, że funkcjonariusze kończą dzisiejszą zmianę. Ale przyjedzie zaraz ktoś inny – zapewniają. Pół godziny później w hotelu pojawiają się kolejni policjanci, którym W. znów opowiada całą historię. Oni też nie wiedzą co robić – nie dostali informacji "z góry".

"Od samego początku –gdy tyko zobaczyłam policjantów - domagałam się, by natychmiast zabrali mnie na badania do szpitala. Sprawdziłam w Internecie, jak zachowywać się w takiej sytuacji, co robić. Przeczytałam, że osoby, które doświadczyły gwałtu lub napaści seksualnej powinny jak najszybciej udać się do lekarza na testy DNA, które to potwierdzą. Bo bez nich to słowo przeciwko słowu…" – przyznaje W.

Zobacz także

Błagania W. o to, by mundurowi zabrali ją do szpitala trwają kilka godzin i nie przynoszą żadnego skutku. Policjanci twierdzą, że wykonywanie testu jest bez sensu, bo minęło już za dużo czasu od samego zdarzenia i … że W. już się wykąpała, więc badania nic nie wykażą. Ale jeżeli chce zrobić test, to proszę bardzo - tylko na własną rękę.

Przed godziną jedenastą policja jest nadal w hotelu, ale W. ma wrażenie, że zupełnie nic się nie dzieje a wszelkie działania mają jedynie charakter powierzchowny. W budynku pojawia się kolejny menadżer.

Powiedziałam po raz kolejny, co ten mężczyzna mi zrobił, płakałam…A on mówi, że ten mężczyzna pracuje tutaj od dziesięciu lat i nigdy coś takiego się nie wydarzyło! I czy jestem tego pewna? Wtedy byłam w szoku. Nie spodziewałam się takiej reakcji hotelu, w którym spotkało mnie coś takiego

W.

W. postanawia, że do szpitala pojedzie sama. Kiedy otwiera drzwi taksówki, zatrzymuje ją jeden z funkcjonariuszy i ostatecznie zgadza się zawieźć ją na badania. Ale pod warunkiem, że najpierw pojadą na komisariat do Nessebaru – godzinę drogi z Obzoru – żeby złożyć zeznania. Kiedy zajeżdżają pod komendę, jest po dwunastej w nocy. Na zewnątrz panuje chłód. Policjanci mówią, że partner W. ma zaczekać przed wejściem bo – jak tłumaczą – "to nie jest sprawa karna". W. oczywiście się nie zgadza. Udaje im się jednak wymóc, by chłopak mógł poczekać na nią na ławce w korytarzu.

Pani komisarz – która obecnie prowadzi jej sprawę – nie mówi po angielsku, jak zresztą nikt na całej komendzie. Powołany zostaje tłumacz przysięgły. W. po wszystkim żałuje, że nie nagrywała całego przesłuchania. Nie ma pewności, w jaki sposób jej słowa zostały przetłumaczone. Musi opisywać krok po kroku wszystkie pozycje podczas masażu, każde słowo i zdanie wypowiedziane przez pracownika hotelu.  Pada pytanie: czy wiedziała, że będzie ją masować mężczyzna?

Oczywiście, że nie, odpowiada. Zresztą jakie to miałoby znaczenie?

Zeznawała po angielsku, nikt nie przeczytał jej później protokołu. Kazali szybko podpisywać i zaraz jechali do szpitala. Dochodziła druga w nocy.

Zobacz także

"Po zeznaniach policja nie chciała mi udzielić żadnych informacji, co dalej. Pytałam: zrobicie testy i co? A oni, że nie wiadomo, że robią co mogą. Ale zaczęłam drążyć i zażądałam wydania mi dokumentu potwierdzającego złożenie zeznań. Odpowiedzieli, że w takim razie mam przyjechać do Nessebaru w czwartek i wówczas otrzymam od nich takie zaświadczenie" – dodaje.

"To nie jest przestępstwo"

Następnie  W. zostaje przetransportowana radiowozem do szpitala w Burgas – kolejne czterdzieści minut jazdy w jedną stronę. Wchodzi do gabinetu i zgodnie z poleceniem siada na fotelu ginekologicznym. Lekarz bez słowa wstępu wkłada metalowy wziernik, W. krzyczy z bólu: co pan robi? Przecież to strasznie boli!

"Lekarz i pielęgniarki mieli problem z tym, że ktoś w ogóle przyjeżdża na badania o tej godzinie. Padały pytania: czego ja od nich właściwie oczekuję i jaki to jest problem? Odpowiadam więc, że pan jako lekarz chyba powinien wiedzieć, jaki test ma być zrobiony w takiej sytuacji? Wykonał w końcu badania, nawet nie wiem jakie. Później dał mi do podpisania jakąś kartkę. Zapytałam, co to były za testy i co jest tu napisane? On zapewniał, że dostarczy to policji, oni już będą wszystko wiedzieć. Nie ustąpiłam, zażądałam dokumentu poświadczającego wykonanie badań. Nie dostałam go, ale ostatecznie wymogłam zrobienie zdjęcia" – relacjonuje Polka.

napascseksualna5

Treść dokumentu sporządzonego na podstawie badań nie została W. przetłumaczona. fot.: materiały rozmówczyni RadioZET.pl.

Około czwartej nad ranem wycieńczona kobieta zostaje odwieziona przez policję do hotelu. Czekają ją zaledwie dwie godziny snu. Musi wstać o siódmej, gdyż o dziewiątej w szpitalu w Burgas przejdzie obdukcję.

Wszystko dzieje się w trzech miejscowościach. Komenda, na której W. zeznaje jest w Nessebarze, szpital – w którym pobierane są jej próbki wymazów – w Burgas, a hotel – w którym mieszka - znajduje się w Obzor. Miejscowości dzieli od siebie około godzina drogi. Krążą więc na przemian tam i z powrotem.

21 września w poniedziałek mają jechać najpierw na komendę, później ponownie do szpitala. Towarzyszyć jej będzie powołana wcześniej tłumaczka. Kiedy podjeżdżają pod komisariat, policjantka – za pośrednictwem tłumaczki – każe partnerowi W. wysiąść z samochodu. Mówi, że nie będzie tam potrzebny. W. protestuje.

"To nie jest przestępstwo" – słyszy od komisarz prowadzącej sprawę. Kobieta zwraca się do niej…po angielsku.

 "W drodze zapytałam panią tłumacz, dlaczego policjantka zwróciła się do mnie w taki sposób? Pani tłumacz powiedziała tylko, że jej praca polega na tłumaczeniu i ona nie wie, o co chodzi" – dodaje W.

W szpitalu lekarz sprawdza, czy W. doznała jakiegokolwiek urazu. Stwierdza, że rzeczywiście pochwa jest zaczerwieniona i obrażenia są. W. pyta czy będzie test DNA? Dostaje odpowiedź, że nie, a zresztą… i tak by nic nie wykazał. To znaczy może, oczywiście, ale znów: na własną rękę. Wracają na komendę do Nessebaru z wynikami obdukcji.

Zobacz także

"Przyszła wtedy pani komisarz, bardzo niezadowolona. Zaczyna mówić coś do tłumaczki, a ja zwracam się do niej po angielsku. Pytam, co będzie dalej, jak będzie wyglądać śledztwo? Czy zostanie w ogóle wszczęte? Policjantka odpowiada, że na razie czekamy tylko na wyniki testów. Pytam ponownie, czy ten mężczyzna będzie przesłuchany? Nikt mnie o niczym nie informuje" – relacjonuje W. W czwartek 24 września ma pojawić się w Nessebarze, aby rozpoznać sprawcę. "Dobrze się składa" – myśli – "od razu odbiorę dokumenty z przesłuchania".

"Wtedy komisarz stwierdziła, że nie dostanę żadnego zaświadczania, bo bułgarskie prawo pozwala na to dopiero po zakończeniu śledztwa. Jak to, pytam? Przecież zaledwie kilkanaście godzin temu zapewniała mnie pani, że otrzymam takie dokumenty, że wręcz muszę je odebrać osobiście" – przypomina W.

Pani komisarz nie wytrzymuje. "To był masaż erotyczny! Przecież wiedziała Pani, na co się zapisuje!" – zarzuca kobiecie.

Wybuchnęłam płaczem. Zapytałam, czy tak samo powiedziałaby swojej córce, gdyby spotkało ją to co mnie? Że to był ‘erotic massage’ i że ma nie przesadzać? I że to nie jest przestępstwo?

W.

W. na próżno tłumaczy, że to kłamstwo, że nie było mowy o żadnym "erotycznym masażu". Nikt zdaje się jednak tego nie słyszeć.

Ostatkami sił wraca do hotelu. Wówczas dostaje informację od Konsul Honorowej: sprawa najprawdopodobniej trafi do sądu. Wchodząc do lobby – mimo wyczerpania - natychmiast prosi o spotkanie z główną menadżer hotelu. Pani, owszem wydaje się być bardzo przejęta sprawą, okazuje współczucie. Ale poczekajmy na wyniki badań, stwierdza, i wtedy okaże się, czy W. mówi prawdę. Masażysta został na czas wyjaśnienia sprawy zawieszony i nie przychodzi do pracy. Nie stało się to jednak od razu. Hotel zareagował dopiero po licznych naciskach ze strony W., po jej kontakcie z policją i polską ambasadą. Jak przyznaje, gdyby nie jej starania, nikt z zarządu nie chciałby się z nią nawet spotkać.

Gdyby nie to, że byłam taka uparta i domagałam się swoich praw – co samo w sobie jest absurdem – nic by się nie wydarzyło. Doznałam krzywdy, a wszyscy wokół mi tylko sugerują, że kłamię. Nikt sam z siebie nie udzielił mi żadnej pomocy, nie powiedział: przepraszam, przykro nam. Czy czegoś pani potrzebuje? Czułam jakbym zgłosiła fakt, że kelner był niemiły

W.

W. pyta również panią komisarz o to, czy mężczyzna będzie dalej pracował w hotelu. "Jest niewinny. Ma pełne prawo do wykonywania zawodu" – słyszy.

Polski konsulat interweniuje

W. kontaktuje się z biurem podróży TUI – organizatorem wyjazdu. "TUI przekazało mi, że w tym roku nie mają rezydentów, więc nikt od nich nie może się tam pojawić. Powiedzieli, że zajmą się sprawą i będą ją ‘monitorować’. I że jedyne, co mogą zrobić, to skontaktować się z hotelem i dowiedzieć się, jakie jest ich stanowisko w tej sprawie. Tylko tyle. Jeszcze pani zdążyła mi przekazać, że hotel nie odbiera telefonów i nie reaguje na żadne prośby" – zaznacza W.

Jej sprawą zajął się też polski konsulat. "Pani W. dwa razy została dowieziona do Burgas w celu pobrania próbek do badań. Teraz oczekujemy na ich wyniki. Przeciwko mężczyźnie – który podejrzany jest o dokonanie tego czynu – zostało wszczęte postępowanie” – mówi Lidia Pietrzyk-Wangełowa, Konsul Honorowy w Nesebarze. Dodaje również, że sąd pozostanie w kontakcie z W., gdy ta wróci do Polski.

Pani W. będzie informowana o przebiegu śledztwa, jego wynikach i zakończeniu sprawy

Lidia Pietrzyk-Wangełowa, Konsul Honorowy w Nesebarze

Na pytanie o przeszkody, które stawiała przed W. policja – początkową odmowę przewiezienia na testy, opóźnianie przesłuchania – konsul odpowiada: - policja przeprowadzała wywiad, to jest normalne. Zadawała pytania, które zawsze są zadawane w takiej sytuacji. W każdym razie, sprawa będzie toczyć się dalej.

Kilka razy pod rząd  usiłowałam dodzwonić się do hotelu. Nikt nie odebrał telefonu. Na wiadomość z pytaniami i prośbę o zajęcie stanowiska w tej sprawie na razie nie otrzymałam odpowiedzi - wciąż na nią czekamy. Jakiś czas później W. informuje mnie, że hotel nie odniesie się do zdarzenia dopóki sprawa nie znajdzie swojego finału w sądzie – zgodnie z bułgarskim prawem, dopiero wtedy wydadzą oświadczenie. Pytania zostały wysłane również do biura podróży TUI – na razie bez odzewu.

W środę 23 września po godzinie 20.00 – kiedy kończę tekst – przychodzi wiadomość na Messengerze.

"Dostałam informację, że pani konsul jutro o 14.00 będzie w hotelu razem z policją i będzie towarzyszyć mi podczas wizyty na komendzie. To chyba dzięki Pani interwencji. Ogromnie dziękuję. Wiadomość o jej obecności chociaż trochę dodaje mi otuchy" – czytam.

RadioZET.pl