`

Niespełna 200 nowych księży w tym roku. Były kleryk: "Tych niewygodnych eliminuje się"

8 min. czytania
15.06.2023 09:04
Obserwuj nas na Google

- Gdy słyszę, że nie ma powołań, myślę: jak się dba, tak się ma – mówi Rafał, który w seminarium spędził ponad cztery lata. Plotki i obłuda. To bolało go najbardziej. Gdy buntował się, słyszał, że „księża są jak samoloty. O tych, które upadają, jest głośno, a nikt nie patrzy, ile ich lata”. Z drugiej strony po seminarium krążyło powiedzenie, że najlepszy kleryk to BMW. Bierny, mierny, ale wierny.

Święcenia kapłańskie
fot. LUKASZ SOLSKI/East News

- Pierwszy to raz, pierwszy od wielu, wielu lat, że przez nałożenie rąk biskupa, jak uczy Kościół i przez modlitwę święceń, zostaje udzielony dar Ducha Świętego do pełnienia urzędu posługi prezbiterów tutaj w naszej katedrze tylko jednemu diakonowi – mówił pod koniec maja w Gnieźnie abp Wojciech Polak. Moment symboliczny, bo to najstarsza archidiecezja w kraju.

Miesiąc wcześniej arcybiskup poinformował, że tu, w kolebce polskiego chrześcijaństwa, nie będą się uczyli nowi księża. Z powodu małej liczby chętnych przeniosą się do Poznania. Tam zresztą są już seminarzyści z diecezji bydgoskiej, kaliskiej i archidiecezji poznańskiej. Podobna sytuacja jest w Łowiczu, z którego klerycy przenoszą się do Warszawy. We wrocławskim seminarium już kolejny rok uczą się alumni z diecezji legnickiej, świdnickiej i archidiecezji wrocławskiej.

Jeszcze mniej księży niż rok temu

Nawet w połączonych seminariach trudno uzbierać większe grupy. Jeśli już ktoś się zgłosi, to w trakcie nauki nieraz połowa rezygnuje. W tym roku oprócz Gniezna jeden diakon dotrwał do końca np. w Łodzi. W łowickim seminarium w ogóle nie będzie święceń. W większości diecezji liczba nowych księży jest jednocyfrowa. Wyjątkiem jest seminarium we Wrocławiu (10 nowych księży), Tarnowie (11) i metropolitalne seminarium w Warszawie (12).

W niektórych diecezjach święcenia dopiero się odbędą, ale jak się dowiedzieliśmy, w tym roku Kościół Katolicki w Polsce zyska najprawdopodobniej jedynie 190 nowych księży diecezjalnych (nie wliczamy tutaj duchownych po seminariach misyjnych i zakonnych). To jeszcze mniej niż rok temu, kiedy święcenia przyjęło 217 osób. Już wtedy mówiło się o dużym tąpnięciu.

Redakcja poleca

- Gdy słyszę, że nie ma powołań, święceń, to myślę: jak się dba, tak się ma – komentuje Rafał. W seminarium spędził ponad cztery lata. Kilka tygodni temu na portalu RadioZET.pl opublikowaliśmy rozmowę z klerykiem, który po niespełna pół roku zawiedziony atmosferą i postępowaniem wielu duchownych wyszedł z seminarium. Po tym wywiadzie odezwały się do nas kolejne osoby, które miały za sobą podobne doświadczenia, m.in. Rafał. - Typowy beton – tak określa najkrócej naukę w seminarium.

O dar rozumu

- Wszyscy musieli być starannie ogoleni. Kilkudniowy zarost nie przechodził. Z ubioru w grę wchodziły długie spodnie, najlepiej ciemne buty. Czepiano się wizerunkowo-wizualnych pierdół – to było jego pierwsze zderzenie z seminaryjną rzeczywistością. Przebolał to. Tak samo jak to, że z kleryków robiono tanią siłą roboczą. Zamiatanie liści, zwożenie darów z okolicznych wiosek, robienie za kelnerów na imprezach diecezjalnych jak ingres czy jubileusze biskupów – tym wszystkim zajmował się w seminarium. - Plotki. To było najgorsze – mówi.

Najczęściej w przerwach między wykładami, na stołówce. Na każdym roku znalazł się kozioł ofiarny, o którym plotkowano najwięcej. W pewnym momencie padło na Rafała. - Bo z tym księdzem się kumpluję, więc mi coś załatwia. Albo w czasie modlitwy wiernych wrzucano intencję o dar rozumu dla mnie. To były zresztą częste zagrania w innych rocznikach – opowiada. Prosił o pomoc przełożonych, ale ci albo to ignorowali, albo podziały wręcz podsycali. - Dzięki plotkom mieli informacje i kontrole – uważa Rafał.

Gdy zwrócił się z tym do rektora, usłyszał słowa, które pamięta do dziś. - Przełożeni nie reagują, bo seminarzyści odbierają rzeczywistość tak, jak ją postrzegają i mają do tego prawo. Tak mi powiedział. Teraz jak biskupi biadolą, że źle mówi się o Kościele, księżach, to od razu im w duchu odpowiadam, że ludzie odbierają rzeczywistość tak jak ją postrzegają. Też mają do tego prawo – stwierdza. Na te same aspekty - plotki, brak wspólnoty - zwracał uwagę nasz poprzedni rozmówca.

Mimo wszystko Rafał zacisnął zęby. Tłumaczył sobie, że jest to tego warte, że da radę. Wychowywał się w środowisku katolickim. Służył jako ministrant. Trafił na proboszcza, który był autorytetem. Decyzja o pójściu do seminarium była w pewnym sensie dla niego naturalna. Wierzył w powołanie. - Gdy pojawiały się trudności, zwątpienie, to opiekunowie mówili nam, że szatan atakuje. A tak naprawdę ludzie między sobą się zwalczali – mówi.

Jedno mówią, drugie robią

W trakcie nauki w seminarium klerycy mają obowiązek pójścia na pielgrzymkę, pojechania na oazę i praktyki w parafii. - Po pielgrzymce usłyszałem, że zachowywałem się jak świecki student i dostałem negatywną opinię. Nie było wytłumaczenia, o co dokładnie chodziło. Nie miałem wglądu do opinii, możliwości ustosunkowania się do niej – opowiada. Podobnie było z praktykami. - Przydzielono mi parafię, w której proboszcz – mówiąc współczesnym językiem – stosował mobbing. Krzyczał przy ludziach na wikarych, wyżywał się na nich – mówi.

Dziś uważa, że taki przydział był celowy, by niewygodnych kleryków, którzy nie dali się zmanierować, wyeliminować. On do takich należał. - Pamiętam jak ksiądz, który szczycił się tym, że potrafi wyrzucić każdego kleryka z seminarium, głosił rekolekcje. Mówił, żeby nieść pokój, miłość. Miałem ochotę wtedy wyjść z kościoła – wspomina.

Redakcja poleca

Głośno nie zgadzał się z taką obłudą. W odpowiedzi od przełożonych słyszał, że „zbyt racjonalizuje problem”, albo że problemu w ogóle nie ma. - Księża są jak samoloty. O tych, które upadają, jest głośno, a nikt nie patrzy na to, ile ich lata bez zarzutu. Tak mi to tłumaczono – mówi. Z drugiej strony po seminarium krążyło powiedzenie, że najlepszy kleryk to BMW. Bierny, mierny, ale wierny.

Prawie pięć lat w seminarium

Po negatywnych opiniach rektor zaproponował mu zamiast posługi w parafii dziekankę i wolontariat w fundacji zajmującej się niepełnosprawnymi. Druga opcja? Odejście z seminarium. Takie propozycje w jego seminarium były już wcześniej praktykowane.- Gdyby któremuś podopiecznemu coś się stało przeze mnie? Nie kształciłem się na opiekuna medycznego tylko na księdza. Nie miałem odpowiedniej wiedzy. Nikt nie wymagał od nas badań, przeszkolenia – tłumaczy.

Po tygodniu miał oznajmić rektorowi swoją ostateczną decyzję. Ale rektora nie było. - Rozjeżdżaliśmy się na 1 listopada do domów, więc zostawiłem pismo, że odchodzę – wspomina. Jednym dokumentem skończył naukę w seminarium. Był wtedy na piątym roku. - Miałem żal, że tyle lat dawano mi nadzieję. Żałuję, że tak mocno uwierzyłem. Ale nie w Boga. Tylko że zaufałem i zawierzyłem swoje życie tym wszystkim ludziom – mówi.

Jego rok na początku liczył 20 osób. Skończyło sześć. W czasie nauki obserwował jak do seminarium przychodziły coraz mniejsze roczniki. - A duchowni dalej upierają się, że to wina rodziny, mediów, lewactwa. Są księża, którzy wprost mówią, że gdyby mieli drugi raz przejść przez seminarium, to by nie poszli – mówi. Jedyną receptą według niego na poprawę sytuacji jest przeoranie systemu, ale wątpi, że to się stanie. 

Zmiana musi iść od dołu

Dr hab. ks. Alfred Wierzbicki, etyk, który przez 30 lat wykładał w lubelskim seminarium, tłumaczy, że seminaria są wzorowane na wspólnotach zakonnych. A tam obowiązuje podział prac. - Pełnienie roli kelnerów jest mniej akceptowalne. Biskup nie powinien rościć sobie do tego prawa, ale na rzecz wspólnoty seminaryjnej trzeba wykonywać prace. Czasem odbywa się to z udziałem samych wychowawców i przełożonych – odnosi się do pierwszych wspomnień kleryków. Jak wyjaśnia, chodzi o to, żeby zrozumieć prozę życia, nie być wyalienowanym, co często zarzuca się duchownym.

- Jedną z wad pewnego typu kandydatów do kapłaństwa jest przerost idealizmu w myśleniu o wspólnocie – obserwował przez lata w seminarium. Posłuszeństwo w Kościele również według niego jest wyolbrzymiane. Przez posłuszeństwo rozumie jednak lojalność i zdolność do podejmowania zadań zespołowych. - Proszę sobie wyobrazić orkiestrę, w której skrzypek grałby po swojemu, a oboista po swojemu. Po to jest dyrygent – mówi. - Oczywiście zdarzają się sytuacje patologiczne. Nie trzeba filmu „Kler”, żeby zdawać sobie z tego sprawę - dodaje. Dlatego popiera to, że klerycy zwracali uwagę na hipokryzję wśród duchownych.

Przez ostatnie lata wykładania w seminarium zauważył, że kolejni klerycy byli mniej otwarci na współczesność. - Skutkowało oddziaływanie takich ośrodków jak Radio Maryja. Nasi alumni byli też np. stałymi czytelnikami „Frondy”. Zachęcałem ich do innych tytułów, bo widziałem rodzaj fundamentalizmu w myśleniu – opowiada. Według księdza Wierzbickiego w ostatnim czasie zmieniło się też samo seminarium. Ale na plus. Np. relacje ze względu na mniejszą liczbę słuchaczy stały się bardziej bezpośrednie. Choć wiele wyzwań, jak chociażby zanurzenie młodych ludzi w nowych technologiach, pozostaje.

- Do seminarium często przychodzą ludzie, którzy mają fałszywe wyobrażenia o kapłaństwie, albo ci, którzy szukają ucieczki. Niektórzy sami odchodzą i dobrze, a niektórym radzi się, czy wręcz poleca, odejście. Seminarium jest po to, żeby rozeznać powołanie. To nie oznacza, że każdy, kto przychodzi, je ma – przyznaje ks. Wierzbicki.

Co powinno się zmienić w seminariach? Zdaniem etyka wspólnota. Przełożeni powinni więcej słuchać kleryków. Spytać, czego oni oczekują, a nie narzucać regulaminu, który – co prawda po modyfikacjach - ale pochodzi z XVII wieku. - W jednym seminarium życie nie musi wyglądać jak w innym. Zmiana musi iść od dołu, nie od góry – mówi.

Księża z Afryki i Indii

Sytuacja w seminariach to jedno. Ale spadająca z roku na rok liczba chętnych do nich to drugie. - Kryzys powołań jest odzwierciedleniem sekularyzacji, upadku autorytetu księdza i kryzysu Kościoła, który jest ewidentny – mówi duchowny. Jego zdaniem długo tak jeszcze będzie. Co więcej uważa, że już nigdy nie powrócimy do sytuacji, gdy seminarzystów i księży było wręcz za dużo. Coś zmieni się dopiero, gdy wytworzy się nowy model Kościoła synodalnego. W niektórych ośrodkach kapłan będzie tylko sezonowo.

- To żaden dramat. Trzeba uważnie przeczytać adhortację papieża o Amazonii, gdzie czasem duchowny dociera raz na kilka lat. Ksiądz do tej pory był kreowany na lidera, osobę od wszystkiego. Teraz jego rola musi się zmienić – mówi etyk. Przewiduje, że Kościół będzie musiał funkcjonować dzięki współpracy i coraz większej aktywności osób świeckich. Obecna sytuacja kryzysowa może być więc ozdrowieńczą, bo problem najgłębiej tkwi w klerykalizacji Kościoła. - Kościół to nie księża – podkreśla.

Najpierw jednak musimy przejść przez doświadczenia Kościoła, w którym brakuje księży. - Zachodnie wspólnoty sprowadzały duchownych z Afryki czy Indii. Być może w Polsce będzie taki przejściowy okres, że msze będą odprawiać czarnoskórzy księża. Ciekawe jak przyjmą to polscy wierni. Zwłaszcza, że mamy duży procent odpływu z Kościoła ludzi bardziej otwartych. Zostają twardzi nacjonaliści, którzy wierzą, że Matka Boska była Polką, a nie Żydówką – mówi ks. Wierzbicki.

Rafałowi wciąż trudno iść do Kościoła. Po wyjściu z seminarium potrzebował kilku miesięcy, by dojść do siebie. Jak mówi, głowa parowała mu kadzidłem. Zaocznie dokończył studia teologiczne. Przez semestr uczył religii w szkole, ale to nie było dla niego. Pracuje teraz w szpitalu. - Też pomagam ludziom, ale w sposób racjonalny – mówi. Seminarium wraca do niego w snach. Wydaje mu się, że chce stamtąd uciec i pyta kogoś, jak to zrobić. Albo śni mu się, że wyrzuca sutannę przez okno.

RadioZET.pl

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET