Były szef Straży Granicznej nie zostawia suchej nitki na służbach. "Jak mogli nie wiedzieć?"
To nie był przypadek, oni wykonywali zadanie - tak dla Wirtualnej Polski incydent z białoruskimi helikopterami komentuje były szef Straży Granicznej gen. Dominik Tracz. Dodaje, że przy takiej koncentracji służb i sprzętu przy granicy z Białorusią polska strona od razu musiała wiedzieć, co się dzieje.
Nie milkną echa wtorkowego incydentu z okolic Białowieży, gdzie na krótko dwa białoruskie helikoptery znalazły się na terytorium Polski. Dopiero po kilkunastu godzinach resort obrony przyznał, że doszło do wtargnięcia, choć początkowo temu zaprzeczano. Według analityków z projektu Białoruski Hajun śmigłowce mogły należeć do ochrony dyktatora Alaksandra Łukaszenki, który przeniósł się ostatnio do rezydencji niedaleko polskiej granicy.
- Jak można dowiadywać się od mieszkańców o pojawieniu się białoruskich śmigłowców? Szczególnie że wymiana informacji między Strażą Graniczną a Dowództwem Operacyjnym Rodzajów Sił Zbrojnych, w tym z obroną przeciwlotniczą, była zawsze bardzo dobrze poukładana. Przy tym nasyceniu ludzi i sprzętu procedury musiały zadziałać. Chociażby są oznaczenia GPS, na podstawie których można kontrolować, gdzie dany obiekt aktualnie się znajduje – mówi w rozmowie z Wirtualną Polską gen. Dominik Tracz.
Białoruskie helikoptery w Polsce. "To nie był incydent"
W ocenie eksperta polscy pogranicznicy i wojskowi powinni od razu wychwycić incydent, choćby za pomocą obserwacji na wieżach obok granicy. - Straż Graniczna widzi do 500 metrów w górę, co nadlatuje. Śmigłowiec ma jedną cechę: maszyna nie jest bezszelestna. Zbliżanie się jej można wyłapać z poziomu już 3-4 kilometrów - dodaje.
Zdaniem byłego szefa Straży Granicznej wtorkowe wydarzenia to raczej prowokacja, niż incydent. - Problem polega na tym, że jeśli białoruscy piloci wlecieli na głębokość 2-3 kilometrów w głąb Polski i przebywali w powietrzu kilkanaście minut, to nie jest incydent. A oni wykonywali zlecone im zadania. Jakie? Tego nie wiemy. Gorzej, że uprzedzali polskie służby o tym, że się pojawią w ramach ćwiczeń. A jeśli uprzedzali, to przecież już wcześniej wiedzieliśmy, że mogą testować, co my z tym zrobimy. A nie zrobiliśmy nic - wyjaśnia.
Gen. Tracz dodaje, że do naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej z Białorusi doszło pomimo dużych nakładów finansowych na ochronę granicy, również ze środków unijnych. - Ktoś zaufał nam, że pieniądze zostały dobrze wydane, a my kupiliśmy masę dobrego sprzętu i urządzeń. I uwierzył, że robimy to na tyle dobrze, że można być spokojnym. Okazuje się, że nie można - podsumowuje były szef Straży Granicznej.
RadioZET.pl/Wirtualna Polska
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET