Rekrutacja do szkół średnich. 130 chętnych na 30 miejsc. "Już mam o 150 uczniów za dużo"
Za uczniami już pierwsze etapy rekrutacji do szkół średnich. Przed nimi walka o wymarzone klasy, w których nieraz na 30 miejsc jest prawie 130 chętnych. Jeśli uda im się przejść przez sito naboru, w którym bierze udział 1,5 rocznika, czeka na nich nauka do godz. 18, w niespełna 40-osobowych klasach, w salach - z racji wielkości - nazywanych dziuplami i dziurami. Tak wygląda edukacja w XXI wieku.
"Każdy uczeń do ukończenia 18. roku życia ma zapewnione miejsce w publicznej szkole ponadpodstawowej" - zapewniło w czerwcu Ministerstwo Edukacji i Nauki, publikując zasady rekrutacji. Rekrutacji wyjątkowej, bo po raz kolejny do liceów, techników i branżówek idzie 1,5 rocznika – ponad pół miliona absolwentów podstawówek (zwykle w rekrutacji bierze udział ok. 350 tys. uczniów). To efekt nałożenia się na siebie dwóch reform edukacji: obniżenia wieku szkolnego z siedmiu do sześciu lat (reforma rządu PO-PSL) i likwidacji gimnazjów (PiS).
Liczbowo wszystko wydaje się zgadzać. Np. w tegorocznej rekrutacji do szkół średnich w Lublinie wzięło udział 7004 uczniów. W klasach pierwszych przygotowano dla nich 7807 miejsc. Czyli nawet więcej niż chętnych.
W tegorocznym naborze do gdańskich liceów czy techników prowadzonych przez samorząd wzięło udział 6950 osób. W pierwszych klasach utworzono 6,2 tys. miejsc. Patryk Rosiński z Urzędu Miejskiego w Gdańsku zaznacza od razu, że miasto jest przygotowane na zwiększenie liczby miejsc w szkołach. - Ostateczne decyzje zostaną podjęte po 19 lipca, kiedy to opublikowane zostaną listy kandydatów zakwalifikowanych i niezakwalifikowanych – tłumaczy.
Poznań przygotował 12153 miejsca.Tu składanie wniosków o przyjęcie do wybranej klasy zakończy się dopiero 10 lipca, ale już widać, że miejsc jest sporo, biorąc pod uwagę, że tutejsze podstawówki skończyło 7,4 tys. uczniów. Nawet jeśli dojdzie młodzież z okolicznych gmin, miejsc powinno wystarczyć dla wszystkich.
Podobnie jest w Warszawie, gdzie sytuacja wydawała się najtrudniejsza. Stolica przygotowała ponad 30,4 tys. miejsc. Absolwentów wszystkich warszawskich szkół (publicznych i niepublicznych) jest ok. 24 tys. W makroskali tegoroczna rekrutacja wygląda więc na spokojną i przyjemną. Gdy spojrzymy na poszczególne szkoły, klasy i uczniów, jest jednak zupełnie inaczej.
Rekrutacja do liceów i techników. Szkoła będzie, ale nie ta wymarzona
Wiktor, który właśnie zdaje do szkoły średniej, postąpił odwrotnie niż większość uczniów. Ci z małych miejscowości zazwyczaj szukają miejsc w szkołach w pobliskim dużym mieście. Wiktor mieszka w Łodzi, ale wybrał technikum w Aleksandrowie Łódzkim. - Mieszkamy tak naprawdę bliżej tej szkoły niż innych łódzkich, więc bezpośrednim autobusem syn spokojnie do niej dojedzie – podaje jeden z argumentów Tomek, tata Wiktora. Po drugie dla Wiktora ważna była atmosfera w szkole, a od znajomych uczniów i nauczycieli wie, że w wybranym technikum jest ona wyjątkowo dobra. Po trzecie od dawna chciał uczyć się logistyki i tam taką klasę znalazł.
- Powinno iść więc wszystko gładko. Mała miejscowość, szkoła nie z czołówek rankingów, a i tak nie wiadomo, czy się dostanie. Rok temu bylibyśmy pewni, a teraz trudno coś przewidzieć, do czegoś się odnieść - nie ukrywa Tomek. Zwłaszcza, że stres dał o sobie znać na egzaminach ósmoklasisty, które brane są pod uwagę przy rekrutacji. Wiktorowi nie poszła część matematyczna, chociaż z przedmiotów ścisłych zawsze był dobry.
Rodzice Wiktora sytuację przeżywają zresztą po raz kolejny, bo ich starszy syn zdawał do szkoły średniej w feralnym 2019 roku. Wtedy mieliśmy do czynienia z pierwszą kumulacją. Do szkół średnich szli ostatni gimnazjaliści i pierwsi ósmoklasiści. - Starszemu synowi udało się dostać do wymarzonej klasy. Mam nadzieję, że z młodszym też tak będzie. Nastawił się już na to technikum – nie ukrywa Tomek.
Resort co prawda zapewnia, że gdy absolwent podstawówki nie znajdzie miejsca w postępowaniu rekrutacyjnym i uzupełniającym, będzie przyjmowany do szkoły, w której pozostały wolne miejsca. Ale nie będzie to ta wymarzona i tylko przez to, że dziecko urodziło się w danym roku. - Poza tym dojeżdżać do innej szkoły 50 minut? - mówi tata Tomka. Dla niektórych może wydawać się to błahostką, ale dla ucznia, który w szkole i tak spędza siedem, osiem lekcji, dwie dodatkowe godziny na dojazd są cenne.
O 150 uczniów za dużo
Zwłaszcza, że plany lekcji w przepełnionych liceach i technikach mogą znów niezbyt ciekawie wyglądać. - Zajęcia zaczynały się u nas o 7.45 i trwały do godz. 18. Podejrzewam, że teraz będzie to samo, bo również będzie sześć klas pierwszych – mówi Małgorzata Pucułek, dyrektorka LXV LO w Warszawie. Nie ukrywa, że miasto prosiło o utworzenie jeszcze jednej klasy pierwszej, ale nie zgodziła się. LXV LO jest szkołą integracyjną. Uczy się tu wiele dzieci z orzeczeniami, niepełnosprawnościami. W tym wypadku szczególnie ważne jest bezpieczeństwo, cisza i liczba uczniów w budynku.
- Żeby wszystko było sensownie ułożone w szkole, to powinnam mieć o 150 osób mniej – szacuje dyrektorka liceum. - Pracuję prawie 20 lat, a tak trudnego roku nie pamiętam. Najbliższy nie zapowiada się lepiej – podsumowuje. Przed dyrektorką najbardziej karkołomne zadanie, czyli szukanie kadry dla większego rocznika. - W tym roku niektórzy nauczyciele, jak polonista, matematyk, mieli po 35 godzin, bo nie byłam w stanie nikogo znaleźć przez tyle miesięcy – opowiada. Teraz oprócz polonisty i dwóch matematyków, szuka jeszcze geografa i historyka.
Z tego samego względu XXVI LO w Łodzi plany lekcji poda dopiero pod koniec wakacji. Nie wiadomo, ile osób ostatecznie uda się zatrudnić na etat, bo chętnych jest niewielu. Sporo osób będzie przyjeżdżać tylko na pojedyncze godziny np. z macierzystych szkół. Przy takim układzie i siedmiu klasach pierwszych (rok temu było sześć) ułożenie planu lekcji to nie lada wyczyn. Stąd szkoła może jedynie zapewnić, że „będzie starała się utrzymać jednozmianowość”. Czy się uda? Nie wiadomo.
Które liceum najbardziej oblegane?
Wiadomo, że wyremontować już nic się nie da. - Wszystko co mogło być, jest wykorzystane. Korytarzy przecież nie możemy zabudować – słyszymy w liceum. Szkoły co mogły, to wyremontowały już przed pierwszą kumulacją roczników. Sale lekcyjne organizowano w bibliotekach, biblioteki w kuchniach, a dodatkowe łazienki np. w radiowęzłach. - Nic nie ma. Wszystkie dziury przerobione są na "prestiżowe" sale lekcyjne nazywane przez uczniów dziuplami albo akwariami – nie kryje ironii Grzegorz Lech, dyrektor III LO im. Unii Lubelskiej w Lublinie.
Szkoła od lat stara się o dodatkowy budynek po Wojewódzkim Ośrodku Kultury. W tym roku wyjątkowo by jej się przydał. III LO otwiera sześć klas pierwszych (było pięć). Na 192 miejsca ma 260 kandydatów. I są to tylko te osoby, które wskazały "Unię" w pierwszej preferencji, czyli najbardziej chcą się do niej dostać. Nie bierzemy tu pod uwagę podań z drugiej, trzeciej i kolejnej preferencji.
- Rok temu i tak mieliśmy o ponad 100 kandydatów więcej – przyznaje dyrektor. To również jest spowodowane kumulacją większego rocznika. Uczniowie bojąc się konkurencji o miejsca w najlepszych liceach czy technikach, woleli wskazać te spoza czołówki. W efekcie właśnie do takich może być trudniej się dostać.
W Lublinie najpopularniejszą szkołą ponadpodstawową w tegorocznym naborze jest XXX LO im. Twardowskiego. Szkoła przygotowała 224 miejsca. - Liczba chętnych z pierwszej preferencji z pozytywnie rozpatrzonymi wnioskami to 493 – podaje Izolda Boguta z lubelskiego ratusza. To oznacza, że o jedno miejsce ubiegają się tu ponad dwie osoby. Pod tym względem wysoko jest też Zespół Szkół nr 1 im. Grabskiego z 288 miejscami w klasach i 567 osobami, które wskazały tę placówkę jako najbardziej preferowaną. To prawie dwie osoby na miejsce. Trzecie w tym zestawieniu jest IX LO im. Kopernika, gdzie przygotowano 192 miejsca, a 370 kandydatów wskazało tę szkołę jako swój pierwszy wybór (1,9 osoby na miejsce).
Jeszcze trudniej będzie się dostać do niektórych liceów w Gdańsku. Rekord należy tu do Uniwersyteckiego LO im. Adamowicza, które przygotowało 140 miejsc, a chętnych z pierwszej preferencji jest aż 447 (to 3 osoby na miejsce). Najbardziej oblegana jest klasa biologiczno-chemiczna. Chętnych jest 109, miejsc – tylko 28.
II LO w pierwszej preferencji wskazało 453 uczniów. Szkoła może przyjąć 180 chętnych (to 2,5 osoby na miejsce). Znów największa konkurencja jest na profilu medycznym – o 30 miejsc ubiega się 128 kandydatów. Podobnie wygląda rekrutacja do XIX LO – liceum oferuje 176 miejsc. Kandydatów jest prawie 2,5 razy więcej, bo 436. Najbardziej popularny jest tu profil artystyczny (grupa plastyczna) – o 14 miejsc walczy 86 osób.
W Warszawie uczniowie mogą jeszcze przenosić dokumenty i zmieniać decyzje, ale już widać, że ze wszystkich szkół średnich najbardziej oblegane są licea. Te oferują dokładnie 19938 miejsc. Tymczasem ponad 25,7 tys. osób wskazało te placówki w pierwszej preferencji i ma już zatwierdzone wnioski. Kolejnych 800 czeka na poprawki (np. ze względu na źle wprowadzone dane) i ponowne zatwierdzenie.
32 krzesła i więcej się nie zmieści
Wiadomo, że szkoły wszystkich chętnych nie przyjmą. Jedyne co mogą zrobić to zwiększyć liczbę osób w klasie. Co już systematycznie na wniosek samorządów robią. W Łodzi w ubiegłym roku dyrektorzy liceów, czy techników mieli przyjmować po 33 osoby do klas. - Ostatecznie i tak w niemal wszystkich mamy po 35 osób – mówią w 26 LO w Łodzi. Rok wcześniej najpierw limit wynosił po 30 osób, a potem zwiększano go do 32. W Warszawie klasy liczące 35 osób to standard. Wyjątkiem nie są też 40-osobowe oddziały.
„Na siłę można wepchnąć do klasy nawet 38-40 uczniów. Jeśli dzieci będą siedzieć nieruchomo, nic się nie stanie. Pokażcie mi jednak nastolatka, który w takim ścisku wytrzyma godzinę” – komentuje na swoim blogu Dariusz Chętkowski, polonista z łódzkiego liceum. Największa klasa, którą uczył, liczyła 38 osób. Chętni, którym bardzo zależało, zostali więc przyjęci, tylko co z tego gdy potem, żeby zabrać głos na lekcji, musieli ustawiać się wręcz w kolejkę. Tak samo jak po oceny z klasówek.
Nie mówiąc już o ciszy i bezpieczeństwie. "Dyrektorzy powinni pamiętać, że jeśli przyjmą za dużo osób do klasy – bo tak władza kazała – i coś się z tego powodu stanie, prokurator dobierze się do skóry dyrektorowi danej placówki, a nie władzom miasta” – przypomina Chętkowski. Dyrektorzy szkół nie mają wątpliwości, że chodzi tu o pieniądze. Mimo wszystko taniej jest do każdej klasy dołożyć po dwoje, troje uczniów niż otwierać kolejny oddział i zatrudniać kolejnych nauczycieli.
Tylko nie zawsze się to da zrobić. A to dlatego, że sale, które były przeznaczone do zajęć w grupach, np. przerobiono na nieco większe tak, żeby zmieściły się tam całe klasy. Czyli standardowe 32 uczniów. Dodatkowe nawet dwie skromne ławki w wielu pomieszczeniach już się nie zmieszczą.
Tego w zasadach rekrutacji nie przeczytamy. MEiN jedynie oświadcza w nich, że minister edukacji nie może wpływać na wynik postępowania rekrutacyjnego ani postępowania uzupełniającego. Podobnie "nie ma wpływu na przygotowywaną w szkołach ponadpodstawowych liczbę miejsc w oddziałach klas I szkół ponadpodstawowych”.
RadioZET.pl
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET