Zamknij
Magdalena Adamowicz
Podczas wywiadu z Magdaleną Adamowicz
fot: Biuro poselskie Magdaleny Adamowicz
3 LATA PO TRAGEDII W GDAŃSKU

Magdalena Adamowicz: Nie lubię słowa "wdowa". Wciąż czuję się żoną Pawła

Mikołaj Pietraszewski
Mikołaj Pietraszewski Redaktor Radia Zet
07.01.2022 00:15
07.01.2022 00:15

To, co mnie spotkało i co przeszłam, było tak straszne, tak okrutne, że chyba już nic gorszego nie może mi się przydarzyć. Dlatego ja już tak naprawdę niczego się nie boję i nic mnie nie wystraszy - mówi w rozmowie z portalem RadioZET.pl Magdalena Adamowicz, europosłanka i żona zamordowanego przed trzema laty prezydenta Gdańska. 

Paweł Adamowicz zmarł 14 stycznia 2019 roku, dzień po tym, jak został zaatakowany nożem podczas finału WOŚP na Targu Węglowym w Gdańsku. Śmierć samorządowca, który od 1998 roku sprawował urząd prezydenta miasta, wstrząsnęła nie tylko Trójmiastem, ale i całą Polską. 

10 grudnia do Sądu Okręgowego w Gdańsku trafił akt oskarżenia przeciw Stefanowi W. - zabójcy Adamowicza. Mężczyzna po prawie trzech latach od popełnienia zbrodni został uznany za poczytalnego i będzie odpowiadał za swój czyn przed sądem. Grozi mu dożywocie. 

Magdalena Adamowicz w szczerym wywiadzie opowiedziała o uczuciach, które towarzyszą jej trzy lata po tragedii, która zabrała jej męża. O procesie jego zabójcy. O działalności w Europarlamencie, który z początku stanowiła terapię, a dziś nadzieję na lepsze jutro. I o rodzinie, która nieustannie wspiera i daje jej siłę. 

Spotykamy się w biurze poselskim mojej rozmówczyni w gdańskiej dzielnicy Wrzeszcz. W pokoju, w którym się znajdujemy, jedną ze ścian w całości zajmują regały, a każdy z nich wypełniony jest książkami i czasopismami. Wszystkie są dokładnie ponumerowane, jak w czytelni. 

Imponująca biblioteka.

To prywatne zbiory moje i Pawła. Jak pan widzi, wszystko jest tu skatalogowane, pomogły nam studentki polonistyki. Gdy już minie pandemia, to chcielibyśmy, żeby ludzie mogli z tych książek korzystać. Zwłaszcza, jeśli ktoś interesuje się tym, co inspirowało mojego męża. Jest tu dużo pozycji socjologicznych, politycznych, ale też o rozwoju miast.

Paweł Adamowicz z książką w ręce – takim go pani zapamiętała?

Paweł uwielbiał książki, był nimi otoczony, zawsze były obecne w naszym domu. Zwykle miał w ręce książkę albo chociaż gazetę. Nie palił przy tym, nie nadużywał, choć czasem widywałam go z książką i szklaneczką whisky (śmiech). Bardzo cenił sobie np. Benjamina Barbera [amerykański politolog – przyp. red] i jego publikacje o zarządzaniu miastami. Prawie płakał po jego śmierci.

Jakaś konkretna pozycja literacka, która się pani z nim kojarzy?

Widzi pan to małe wydanie? „O tyranii” Timothy’ego Snydera. Kupił bardzo dużo egzemplarzy i rozdawał ją szefom miejskich spółek, dyrektorom szkół. Jako ostrzeżenie, ku przestrodze, że władza to też odpowiedzialność.

W których momentach najbardziej go pani brakuje?

To jest tak, że człowiek nigdy nie przyzwyczai się do takiej straty. Szczególnie, jeśli był to ktoś bliski, kogo się kochało i kto wspierał. Widzę to nawet w codziennych czynnościach, w których Paweł zwykle nie uczestniczył, bo zwyczajnie nie miał na to czasu. Bardzo długo łapałam się na tym, że np. podczas zakupów wkładałam do koszyka rzeczy, które kupowałam tylko dla niego, produkty, które tylko on jadł itp.

To jest tak, że człowiek nigdy nie przyzwyczai się do takiej straty. Szczególnie, jeśli był to ktoś bliski, kogo się kochało i kto wspierał

Brakuje mi też tej bliskości drugiego człowieka. Byliśmy bardzo dobrym małżeństwem.

Czas nie leczy ran?

Na pewno sprawia, że jest nieco łatwiej, ale żeby tak do końca uleczyć, to nie. Chociaż sama jestem świadectwem dla moich znajomych, których mężowie odeszli po Pawle – choć oczywiście nie w tak tragicznych okolicznościach. Wiem, że one cenią sobie rozmowę ze mną, bo ja już przez to przeszłam. Chcą wiedzieć, jak długo to trwa.

Magdalena Adamowicz podczas odsłonięcia muralu Pawła Adamowicza w Gdańsku
fot. Wojciech Stróżyk/REPORTER

Istnieje jakiś uniwersalny wzorzec przeżywania żałoby i radzenia sobie ze stratą?

To są sprawy bardzo indywidualne. Na pewno warto skorzystać z pomocy specjalistów. To pomaga ułożyć sobie w głowie pewne rzeczy, przepracować je. Ale mimo, że te rany troszeczkę się zabliźniły, to za chwilę rozpocznie się proces. Wszystko wróci na nowo, będzie omawiane, analizowane. Rany znów będą rozrywane. To coś, co wolałabym już mieć za sobą.

Jak pani zareagowała na informację, że Stefan W., zabójca pani męża, został jednak uznany za poczytalnego i stanie przed sądem?

Przede wszystkim chciałabym dowiedzieć się prawdy. Wszyscy wiemy, kto to zrobił, jak, kiedy, czym i komu. Nie wiemy tylko, dlaczego. Co go zmotywowało? Czy był sam, czy ktoś nim kierował? To są dla mnie sprawy fundamentalne. Chciałabym, żeby zostały wyjaśnione przed sądem.

Proces powinien mieć charakter publiczny?

Tak, powinien być jawny.

Nie boi się pani rozdrapywania tych ran na nowo?

Nawet gdyby ten proces nie był publiczny, i tak by mnie dotknął, bo będę w nim uczestniczyć. Ale jeśli będzie utajniony, to nikt poza stronami nie pozna jego przebiegu. Uważam, że nie tylko rodzina i przyjaciele Pawła, ale też mieszkańcy Gdańska i w ogóle wszyscy Polacy, którzy przecież śledzili i przeżywali tę sprawę, mają prawo poznać prawdę.

To mogło być morderstwo na tle politycznym?

Liczę, że sąd w rzetelnym postępowaniu zbada wszystkie poszlaki i przesłanki. Że po prostu to wyjaśni.

W jednym z niedawnych wywiadów wspomniała pani, że otrzymała od Stefana W. list z przeprosinami.

Wszystko, co powiedziałam w tamtym wywiadzie….Myślę, że już nie ma sensu nadawać temu biegu. Informacja o liście z przeprosinami pojawiła się zresztą w briefie prokuratury. Jeśli oni tak to interpretują, to mamy chyba trochę inne rozumienie słowa „przepraszam”.

Jeden z lokalnych portali opublikował również list otwarty matki Stefana W., która zarzuca pani ujawnienie treści tego listu oraz upolitycznienie sprawy. Czytała go pani?

Czytałam, ale przyznam, że nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Nie chcę tego nawet komentować. Może tej drugiej stronie chodzi właśnie o to, żeby pojawiały się jakieś kolejne komentarze

Wolałaby pani nie dolewać oliwy do ognia?

Nie jest to w ogóle tego warte. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz. Ani ja, ani moja rodzina nigdy nie powiedzieliśmy o tej kobiecie nic złego, nie mieliśmy żadnych pretensji, co do tego, jak wychowała syna. Mało tego: wykazywaliśmy współczucie i zrozumienie, moja teściowa się nawet za nią modliła. Mówiła: „straciłam syna, ale wierzę, że jemu gdzieś tam jest już tylko lepiej”. Modliła się za kobietę, która do końca będzie żyć z brzemieniem, że jej syn zrobił coś takiego. Nie czuję do niego nienawiści, tym bardziej nie żywię jakichkolwiek negatywnych uczuć do jego matki. Po prostu dziwią mnie jej komentarze i listy otwarte, bo ten nie był pierwszy. Nie chcę tego oceniać, w końcu jest matką, która broni swojego syna.

Twierdzi, że jej syn jest chory.

Może właśnie na tym jej zależy – żeby w każdym wystąpieniu to podkreślać i budować całą narrację wokół choroby. Nie jestem specjalistką. Są eksperci, lekarze, sąd – oni to wszystko muszą zbadać i ocenić.

Wiosną 2019 roku, cztery miesiące po śmierci męża, wystartowała pani w wyborach do Parlamentu Europejskiego, ostatecznie zdobywając mandat. Zaangażowałaby się pani tak aktywnie i bezpośrednio w politykę, gdyby nie ta tragedia?

Na pewno nie.

Impuls?

Trochę impuls, trochę wewnętrzny imperatyw, które pchnął mnie do przekonania, że nie mogę tego tak zostawić. Że należy tę tragedię przekuć w coś dobrego i sprawić, by takie sytuacje nigdy więcej się nie powtarzały.

Co jeszcze panią motywowało?

Uznałam, że trzeba zacząć obnażać mechanizmy, którymi kierują się autorytarne i populistyczne rządy: posługiwanie się manipulacją, dezinformacją, mową nienawiści, osaczaniem polityków, dziennikarzy, aktywistów, którzy są niewygodni, bo próbują coś zmienić i udowodnić, że pewne rzeczy w danym państwie nie działają. Mamy zresztą w różnych krajach przykłady uciszania dziennikarzy czy polityków, a nawet morderstw…

Choćby Słowacja, gdzie zamordowano Jana Kuciaka i jego narzeczoną.

Słowacja, Malta… Paweł i nasza rodzina byliśmy i nadal jesteśmy przedmiotem systemowej, państwowej – bo media publiczne są państwowe – mowy nienawiści i zaszczuwania. Dlatego stwierdziłam, że trudno mi będzie z tym walczyć w zaciszu domowym. A Europarlament – arena międzynarodowa – daje jednak większe możliwości. Mimo, że nigdy nie byłam politykiem i wciąż jakoś bardzo się nim nie czuję.

Chwalą panią?

Czasem słyszę dobre słowa, że jak na 2,5 roku pracy w PE, czyli właściwie początek, takie polityczne „raczkowanie”, to osiągnęłam już dużo. Ale ja się też nie wzięłam znikąd. Mam stosowne wykształcenie, doświadczenie w działalności publicznej, choć może bardziej o charakterze charytatywnym czy lokalno-aktywistycznym.

Czyli przeskok do twardej polityki nie był aż bolesny i trudny?

A nie no, był trochę trudny, bo to jednak całkowita zmiana, jeśli chodzi o życie, ale też stricte charakter pracy. Ale np. to, że od lat jestem wykładowcą, pozwala mi dobrze przygotować się do przemówień, wystąpień. Być może lepiej niż gdybym wcześniej zajmowała się czym innym. Choć nie chciałabym tu oczywiście obrażać innych zawodów (śmiech).

Jestem prawniczką, znam prawo polskie i europejskie, obce języki, do tego pewne mechanizmy polityczne, które co prawda obserwowałam z poziomu polityki lokalnej, ale to też mi na pewno pomogło. Tak samo jak obserwowanie przez wiele lat pracy Pawła, rozmowy z nim, pomaganie mu w różnych inicjatywach.

Spotkała się pani z taką opinią, że robi karierę dzięki nazwisku zmarłego męża?

Były takie głosy, m.in. Krystyny Pawłowicz [b. posłanka PiS, obecna sędzia Trybunału Konstytucyjnego - przyp. red.], która zastanawiała na Twitterze, jakie mam kompetencje i kto mi dał prawo startować. Wytłumaczyłam jej, że los mi napisał taki scenariusz. A kompetencje akurat mam jak najlepsze, patrząc też na niektórych moich kolegów w Europarlamencie. Choć może nie jestem tak doświadczona politycznie, jak np. wielu byłych premierów czy ministrów z naszej delegacji.

Czyli hejt wciąż jest?

Jakieś wpisy w nieprzychylnych mediach pewnie się pojawiają, ale staram się po prostu tego nie czytać, nie przejmować się tym, co gdzieś ktoś o mnie mówi czy pisze.

Myślę, że czekanie przez kolejne pięć lat nie byłoby dobrym rozwiązaniem. Czułam potrzebę, wręcz obowiązek, działania tu i teraz

Poza tym los tak zdecydował, że Paweł został zamordowany, a kalendarz wyborczy rządzi się swoimi prawami i cztery miesiące później były wybory. Myślę, że czekanie przez kolejne pięć lat nie byłoby dobrym rozwiązaniem. Czułam potrzebę, wręcz obowiązek, działania tu i teraz. Choć oczywiście, na początku wydawało mi się, że to może trochę za wcześnie.

Kampania, a później Europarlament, były dla pani pewnym rodzajem terapii?

Tak, i to bardzo dobrą. Wejście w wir pracy spowodowało, że łatwiej było mi znosić ból i cierpienie związane z odejściem Pawła. Czułam, że tę energię pożytkuję na coś, co może przynieść pozytywne skutki.

Wspominała pani, że po całym dniu kampanijnym bywała tak zmęczona, że nie miała już nawet siły rozmyślać o tym, co wydarzyło się w styczniu.

Kampania to taki trudny, wyjątkowy czas. Były dni, gdy regularnie wychodziłam z domu o 7, wracałam o 23. Przejechaliśmy mnóstwo kilometrów, bo jednak trzeba było zjechać całe województwo pomorskie.

Poruszyłem wątek hejtu także dlatego, że walka z tym zjawiskiem to chyba jedna z podstaw pani działalności w Brukseli i Strasburgu.

Faktycznie, moja działalność w komisji LIBE [Komisja Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych – przyp. red] dotyczy m.in. walki z hejtem i mową nienawiści. Do której dochodzi zresztą także poprzez inne działania – dezinformację, fake newsy, manipulację. Ale również przez to, co jeszcze parę lat temu wydawało się teorią spiskową, czyli wpływ państw trzecich czy ich służb na wyniki wyborów w państwach demokratycznych, które powodowały diametralną zmianę systemu politycznego.

Pani największe dotychczasowe osiągnięcie?

W pierwszym półroczu mojego pobytu w PE - to się rzadko zdarza w przypadku tak „świeżego” posła - zostałam liderem projektu dotyczącego wspierania dziennikarzy niezależnych i wolnych mediów. Po prawie rocznych pracach z różnymi grupami politycznymi przygotowaliśmy raport, w którym zawarliśmy wskazówki do działania. To wszystko odbyło się we współpracy z Verą Jourovą i Didierem Reyndersem, czyli komisarzami odpowiadającymi za obszar praworządności i sprawiedliwości. Na podstawie mojego raportu Parlament przyjął rezolucję – i co ważne przytłaczającą większością. Nawet posłowie PiS nie głosowali przeciw tylko wstrzymali się od głosu. Ta rezolucja wyznacza kierunki do dalszego działania dla całej UE.

Magdalena Adamowicz w Parlamencie Europejskiem
fot. Biuro poselskie Magdaleny Adamowicz

Jestem też tzw. shadow reporterem, przedstawicielem mojej grupy w Europarlamencie, czyli Europejskiej Partii Ludowej, w ramach raportu, którego celem jest wypracowanie dyrektywy antyslappowej [slapp eng. „strategiczna akcja prawna przeciw udziałowi w życiu publicznym”], broniącej aktywistów i dziennikarzy przed zamykaniem im ust, cenzurowaniem, ograniczaniem możliwości pracy. By nie było efektu mrożącego, że nagle Orlen czy inne spółki pozywają wszystkich, którzy próbują pisać na ich temat. W Stanach i Kanadzie obowiązują już takie regulacje, teraz chodzi o to, by uporządkować tę kwestię w Europie. Bo w prawie każdym kraju są podobne problemy.

Jak bardzo zaawansowane są prace nad tą dyrektywą?

Jest szansa, że zostanie przyjęta jeszcze w tej kadencji i że kraje Unii będą mogły wkrótce potem implementować te przepisy. Chcemy też zapewnić fizyczne bezpieczeństwo zastraszanym dziennikarzom, a także powołać - o czym mówiła m.in. szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, podchwytując to z naszego raportu – niezależny fundusz. Oczywiście, nie po to, by opłacać z niego dziennikarzy, ale by wesprzeć ich finansowo w sytuacjach procesowych czy zagwarantować sieć wyspecjalizowanych prawników.

Bo kiedyś było tak, że pozywani byli i dziennikarz, i gazeta czy w ogóle medium, w którym dana osoba pracowała. A teraz coraz częściej dziennikarze są niezależni, pracują jako freelancerzy, więc gazeta czy portal mówi: „to nie mój pracownik”.

Tylko współpracownik.

Tak, i medium broni się, że tylko kupiło od niego tekst. Wtedy taki dziennikarz zostaje sam.

Nie mówiąc już o tym, że bez stałego zatrudnienia ma nieregularne wynagrodzenie.

Przez co z kolei traci czas i energię na walkę o swoje dobre imię, zamiast tworzyć. Ale z drugiej strony nie możemy wylać dziecka z kąpielą. Żeby nie było tak, że każdy, kto będzie się uważał za dziennikarza, będzie mógł pisać czy mówić nieprawdę szkalując kogoś bez konsekwencji. Tak samo cienka jest linia między wolnością słowa a mową nienawiści. Nie ma jednej definicji, każdy przypadek jest inny, indywidualny. Wszystko trzeba zbalansować w ramach prawnych.

Tak samo cienka jest linia między wolnością słowa a mową nienawiści. Nie ma jednej definicji, każdy przypadek jest inny, indywidualny

Dla mnie ważne jest przede wszystkim to, żeby edukować ludzi od małego – czym jest prawda, jak weryfikować zasłyszane informacje, jak krytycznie je analizować, jak sprawdzać źródła. Jak działają wspomniane już przeze mnie dezinformacja czy manipulacja. Jak dalece tragiczne skutki może mieć mowa nienawiści, czego dowodem jest morderstwo mojego męża - czyli, że słowo naprawdę potrafi zabić. Jesteśmy na samym początku tego procesu, ale wierzę, że czas, spowoduje pewne zmiany już w kolejnym pokoleniu.

Ma pani w sobie dużo entuzjazmu. Ktoś by powiedział, że idealizmu, ktoś, że nadziei – że swoją działalnością może pani coś zmienić.

Nie tylko ja. Wielu jest takich zaangażowanych ludzi. Podam przykład: pamiętam, że gdy byłam w szkole średniej, mówiło się o „ochronie środowiska”. Następnie zaczęto mówić o ekologii, a dopiero po latach, że mamy do czynienia ze zmianami klimatycznymi czy – tak, jak dziś - z katastrofą klimatyczna. Tyle lat minęło!

Przez ten czas więcej zrobili ludzie oddolnie niż państwa i rządy.

Dokładnie. My w biurze, ja w domu, podejrzewam, że pan też, segregujemy śmieci, osobno butelki, papier czy nakrętki. Tak samo tłumaczę moim córkom, że każda nowa bluzka to nie jest tylko wydatek 15 złotych, stać nas na to, tylko ileś ściętych drzew. W czasach wielkiego konsumpcjonizmu niełatwo coś zamrozić, przerobić, nie wyrzucać, ale ważne, by w miarę możliwości starać się żyć w trybie „no waste”.

Oczywiście, najbardziej zatruwają nas przemysł czy przemysłowa hodowla zwierząt. Ale do czego zmierzam? Że ja widzę te zmiany! Nam mówiono już o tym, jak miałam 15-20 lat i człowiek tego słuchał, jakby to był jakiś wymysł Zachodu. Nikt nie sądził, że te zwyczaje kiedykolwiek się u nas przyjmą. Mówimy o czasach, gdy na rynek wchodziły plastikowe reklamówki i szczytem szpanu było chodzić z taką torbą z logo zagranicznego sklepu.

Magdalena Adamowicz na sali plenarnej w Strasburgu
fot. Biuro poselskie Magdaleny Adamowicz

A ta nowa generacja, wychowywana inaczej już od najmłodszych lat, naprawdę myśli ekologicznie. Wielopoziomowa edukacja, od przedszkola, spowodowała, że są bardziej świadomi. Dlatego jeśli mocno zaangażujemy się w edukację dobrego słowa, próbę zmiany dyskursu politycznego, to tutaj też może się udać i za jakiś czas przyjdzie pokolenie, które będzie już myślało inaczej także i w tej kwestii.

Skąd pani czerpie tę siłę?

Nie wiem, chyba tak mnie życie obdarowało (uśmiech).

Ktoś mógłby pomyśleć, że po takim ciosie to nic, tylko się załamać.

Pochodzę z rodziny silnych kobiet. Taka jest moja mama, takie były babcia i prababcia, które przeżyły Oświęcim, a z którymi byłam bardzo związana. Wiem, że w życiu nic nie jest dane raz na zawsze ani za darmo. Na wszystko trzeba sobie zapracować. I nie poddawać się, gdy los rozdaje ciosy, które powalają z nóg. Wstań i idź dalej – tego nauczyła mnie ukochana babcia.

Kto najbardziej panią wspiera w tym momencie?

Duży wsparciem są dla mnie rodzice, a także moje córki. Wiem, że jestem im potrzebna i muszę mieć tę siłę dla nich. Gdybym ich przy sobie nie miała, być może bym się załamała. Prawdę mówiąc to, co mnie spotkało i co przeszłam, było tak straszne, tak okrutne, że chyba już nic gorszego nie może mi się przydarzyć. Dlatego ja już tak naprawdę niczego się nie boję i nic mnie nie wystraszy.

Czego w takim razie życzyć pani w 2022 roku?

Więcej snu, bo ja bardzo mało śpię. Żeby mi się chociaż udawało chodzić wcześniej spać (śmiech).

W życiu polityka i rodzica dorastających dzieci to chyba trudne.

Mi wychodzi średnio 5 godzin z kawałkiem. A jednak fajnie byłoby czasem wyspać się te 7-8 godzin, by dobrze się czuć i dobrze wyglądać.

A dziś ile pani spała?

Zasnęłam ok. 2, wstałam o 7:30.

Czyli faktycznie ta średnia.

Tak (śmiech).

Przyznam, że obawiałem się tego wywiadu. Że będę kolejnym dziennikarzem, który przyjeżdża, naprasza się i zmusza panią do opowiadania o tym, co wydarzyło się trzy lata temu. Zastanawiam się, czy przyjdzie taki moment, że powie pani: „dajcie mi spokój, nie chcę o tym już rozmawiać”.

Wie pan, na początku to rzeczywiście było dla mnie jak terapia. Coś takiego, że człowiek może wszystko z siebie wyrzucić, powiedzieć głośno, co czuje. W sytuacji, gdy Paweł był osobą publiczną, ja również się nią stałam, więc trudno było o tym nie mówić. Dla mnie oczywiście nie było to łatwe. Wiele razy już zresztą o tym mówiłam - kto chce, ten może sobie znaleźć i przeczytać.

Ale przyznam, że nie chciałabym już po raz kolejny wchodzić w szczegóły tego, co dokładnie się działo trzy lata temu, jak zareagowałam. To mało ciekawe dla ludzi.

Bardzo nie chciałem, żeby ta rozmowa potoczyła się w tym kierunku.

To nie jest tak, że ja chcę o tym zapomnieć, bo o takich rzeczach się nie zapomina, one zostają z człowiekiem całe życie. Ale chciałabym patrzeć teraz już bardziej do przodu, optymistyczniej.

„Wdowa” – wiem, że nie lubi pani tego określenia.

Nie lubię. Wolę, jak się mówi, że byłam żoną Pawła Adamowicza. Wciąż czuję się jego żoną.

Przypomniał mi się na koniec jeszcze jeden wywiad, w którym cytowała pani swoją młodszą córkę. Zapytała: „Mamo, czy to znaczy, że my już nigdy nie będziemy szczęśliwe?” Pani stara się przekonać swoje dzieci, że to nieprawda.

Tak, staram się je przekonać, że mamy prawo do szczęścia. Że możemy się cieszyć latem, wakacjami, a nawet z tego, że ubieramy choinkę. Takimi drobnymi, codziennymi rzeczami. Tragedia, która nas spotkała, nie przekreśla całego naszego przyszłego życia. Ona zawsze gdzieś tam będzie z nami, ale staramy się patrzeć na świat pozytywnie.

Magdalena Adamowicz (ur. 1973) - polska prawniczka, działaczka polityczna i społeczna, doktor nauk prawnych, wykładowczyni Uniwersytetu Gdańskiego, specjalizująca się w prawie morskim. W 2019 roku uzyskała mandat deputowanej do Parlamentu Europejskiego z pomorskiej listy Koalicji Europejskiej, zdobywając prawie 200 tysięcy głosów. Była żoną Pawła Adamowicza, wieloletniego prezydenta Gdańska, zamordowanego podczas gdańskiego finału WOŚP w styczniu 2019 roku. Z tego związku ma dwie córki: Antoninę (ur. 2003) i Teresę (ur. 2010).

Mikołaj Pietraszewski
Mikołaj Pietraszewski

Poznaniak na emigracji w stolicy. Absolwent kulturoznawstwa na UAM w Poznaniu oraz Uniwersytecie Warszawskim. Dziennikarz, specjalizujący się w wywiadach. Fanatyk piłki nożnej, polskiej polityki, filmów Stanleya Kubricka oraz muzyki post-punk i synthpop (oraz bardzo wielu innych gatunków, może poza noise'em). W wolnych chwilach wsiada na rower lub pochłania literaturę faktu. Kocha Włochy, Wielką Brytanię i rodzinną Wielkopolskę. Nade wszystko nienawidzi buraków i orzechowej wódki.

Kontakt: mikolaj.pietraszewski@eurozet.pl

Instagram:  hejpietrach