`

Po 10 latach odszedł z kapłaństwa. „Modlę się, żeby polski Kościół w końcu upadł”

11 min. czytania
11.08.2023 07:50
Obserwuj nas na Google

Pierwszy proboszcz lubił sobie wypić. I strasznie klął. Wyzywał nas. Drugi żył z kobietą, szczególnie nie kryjąc się z tym. Kolejny zrzucał na nas całą robotę. A ja? Zaciskałem zęby i brałem coraz więcej leków na uspokojenie – opowiada w rozmowie z RadioZET.pl Paweł, były ksiądz z woj. mazowieckiego.

Ksiądz
fot. Karol Porwich/East News

Aleksandra Pucułek: - Wierzysz?

Paweł: - Wierzę, ale z Kościołem jestem na bakier. W święta chodzę, bo lubię świąteczną liturgię. Zaglądam czasem do kościoła jak nie ma mszy, żebym nie patrzył na to wszystko.

Na co?

- Jedno mówią, drugie robią.

Kiedy odszedłeś?

- Równy rok temu. Na początku sierpnia. Po 10 latach.

Dlaczego wybrałeś seminarium?

- W liceum trafiłem na fajnego katechetę. Spytał, czy bym nie wystartował w olimpiadzie teologicznej. Robił awans zawodowy, więc potrzebował wykazać aktywność uczniów. Wszyscy go lubili, więc zgodziłem się. Zająłem drugie miejsce w diecezji. Rok później – pierwsze. Pomyślałem: tematyka mnie interesuje, ksiądz fajny, czemu nie seminarium?

Redakcja poleca

Katecheta nie odradzał?

- Nie, nawet zawiózł mnie na egzaminy. Chociaż dostałem się też na prawo, tak jak wcześniej planowałem.

Ale wybrałeś seminarium. Jak je wspominasz?

- O godz. 21 były modlitwy, godzinę później gaszenie świateł. A ja poszedłem wziąć prysznic. Nagle słyszę: "co ty kurwa, która godzina!?" Starszy seminarzysta, opiekun naszego roku, skutecznie wytłumaczył mi regulamin. Za karę dostałem sprzątanie. Tak wyglądał mój początek w seminarium. Przez całą naukę byłem w kontrze do wielu rzeczy.

Na przykład?

- Brak komórki. Chociaż i tak 90 proc. seminarzystów chowało telefony w łóżkach, więc nie rozumiem tego przepisu. Albo wpisywanie się na listę palaczy. Na drugim czy trzecim roku trzeba było rzucić, ale i tak wychodziło się potajemnie palić za budynek. Z komputerów można było korzystać tylko na wspólnej sali. Nie potrafiłem tak pracować, więc zabierałem laptopa do pokoju.

Albo w 2010 roku kazali nam jechać na pogrzeb Kaczyńskich. Kto nie jechał, musiał oglądać w sali kinowej. Z kolegą zostałem w pokoju. Wpadł przełożony, kazał nam dołączyć do wszystkich. Odpowiedziałem, że nawet jeśli to prezydent to nie mamy kultu jednostki i nie wolno nikogo zmuszać do bycia na pogrzebie. Wylądowałem u rektora. Wysłuchałem po raz kolejny, że jestem jak zgniłe jabłko wśród dojrzałych owoców.

Po raz kolejny?

- Zawsze wprost mówiłem, co myślę np. o donoszeniu.

Na co?

- Inni seminarzyści donosili, że mam laptopa w pokoju, że nie zachowuję ciszy po 21. Jestem nocny markiem. Lubię np. czytać książki w nocy, a tam kontrolowali, czy jest zgaszone światło. Podsłuchiwali, czy nie gadamy. Najbardziej jednak nie zgadzałem się z przydzielaniem prac. W pewnym momencie przy przenoszeniu siedziby biskupa było tyle pracy, że już nie miałem kogo wyznaczać, bo niestety, mnie przypadła ta funkcja. Jednocześnie trzeba było pracować w polu, w ogrodzie.

W połowie piątego roku rektor dał mi ultimatum: rok urlopu na „przemyślenie posłuszeństwa wobec przełożonych” i praca w Caritasie, albo odchodzę z seminarium. Z uśmiechem odpowiedziałem, że mogę iść do fundacji, ale nie czuję, żebym zawinił. Wiedziałem, co to za praca, bo mój kolega wcześniej dostał podobną propozycję. On już nie wrócił. Poznał tam dziewczynę, niedawno byłem na ich ślubie.

Nie miałeś zawahań, czy wracać po urlopie do seminarium?

- Miałem, bo nie chciało mi się znowu patrzeć na tę hipokryzję, ale pomyślałem, ja wam pokażę, nie zniechęcicie mnie. Z 30 osób na roku wyświęcono około 11 księży. Po święceniach w zakrystii gdy dostałem swój przydział do parafii, ksiądz z kurii szepnął mi tylko: „powodzenia”.

Redakcja poleca

Do jakiej parafii trafiłeś?

- Proboszcz lubił sobie wypić. I strasznie klął. Mówił, że go tego nie oduczę. Potrafił nawet przy innych księżach wyzywać wikarych: „wy chuje, skurwysyny, mówiłem wam w niedzielę, że trzeba wywiesić baner na rekolekcje, a nie jest wywieszony”. To jedna z sytuacji. Obok siedział ksiądz rekolekcjonista i słuchał.

Wszystko mu przeszkadzało: z młodzieżą się witam na „cześć” – źle, wyjeżdżam z uczniami na obozy - nie wolno, jeździmy z klasami do McDonalda - nie tak. A na wycieczki z parafii młodzież się garnęła, przychodziła na dyżury do kościoła, pomagała. Ale i tak źle, bo „oni na pewno nic przeze mnie nie umieją”. Na plebanii zakazał też wizyt. Kiedyś przyjechali do mnie znajomi z liceum. Posiedzieliśmy do północy. Rano słyszę: „jakieś kurwy zapraszasz na plebanię, co to za kurwienie?” Wtedy zacząłem brać leki na uspokojenie.

W tej parafii byłeś cztery lata. Potem?

- Trafiłem na drugi kraniec diecezji do parafii, która słynęła z tego, że ludzie raczej nie chodzą do kościoła. Proboszcz miał cennik, wszystko rozpisane na kartkach, msza z intencją 50 zł, wydanie dokumentów – 100 zł, pogrzeb – tysiąc złotych. Gdy po raz pierwszy chodziłem tam po kolędzie, nie oddawałem kopert po każdym dniu. Planowałem na końcu tak jak zwykle. Po trzecim dniu proboszcz puka do mnie i woła: „gdzie są pieniądze, proszę oddawać”.

Nie dopuszczał mnie do żadnych rachunków, wszystko chował. Ciągle tylko słyszałem, że nie ma pieniędzy na nowe ławki, ogrzewanie, remont. Zastanawiałem się, gdzie są te pieniądze, bo kolędy było sporo, ludzie robili przelewy. Potem przyszedł ksiądz, któremu kuria kazała zająć się finansami i na wszystko było. Zresztą w kurii kiedyś pytali mnie o finanse, o Panią. Znaczy o gospodynię.

Gospodynię? Co w tym dziwnego?

- W pierwszej parafii też była gospodyni, ale nie mieszkała na plebani i nie była w zażyłości z proboszczem.

Skąd takie podejrzenia?

- Kiedyś poszedłem do niego do mieszkania, żeby spytać, czy mogę wcześniej wyjechać na wakacje. Rozmawiamy w korytarzu, a z ich mieszkania wybiega Pani w samych majtkach. Raz dzwoni do mnie, żebym poszedł do ich łazienki, bo nie wie, czy lokówkę wyłączyła, a wyjechali na weekend. Normalne mieszkanie pary. Na święta przyjeżdżała do nich rodzina. Robili wigilię na dole, ja siedziałem sam na górze w pokoju. Nie mogłem pojechać do rodziców, bo pasterka.

Ale jak tak można? Co z dodatkowym miejscem dla niespodziewanego gościa, o którym nieraz słyszymy na pasterce?

- Ani nie zaprosili, ani nie spytali. Nieraz Pani opalała się w ogródku przy plebanii. Miała specjalne krzesło w kościele pod konfesjonałem. Dla żartu kiedyś schowaliśmy je z kościelnym. Przed mszą proboszcz biegał z krzesłem przez cały kościół, żeby Pani mogła usiąść na swoim miejscu.

Parafianie nie widzieli tego? Nie wierzę.

- Oczywiście, że widzieli i wiedzieli. Przychodzili i opowiadali, że np. słyszeli, jak proboszcz z Panią się kłócą. Zresztą sam też nieraz słyszałem.

A biskup?

- Przyjeżdżał na bierzmowania, na wizytacje. Pewnie wiedział doskonale, o co chodzi, ale może nie miał ostatecznego dowodu.

A ty jak się z tym czułeś?

- Brałem coraz więcej leków na uspokojenie. Na początku posługi w tej parafii ważyłem 117 kg, pod koniec 80. Zjadły mnie nerwy. W końcu wylądowałem w szpitalu. Miałem tragiczne wyniki, enzymy podwyższone, spadek leukocytów. Zapalenie żołądka, trzustki od leków. Chcieli, żebym został w szpitalu, ale proboszcza nie było, a miałem pogrzeb następnego dnia. Jeden z moich uczniów przyjechał i odwiózł mnie do domu.

Trzymała mnie tam tylko młodzież ze szkoły, w której uczyłem. Do tej pory mamy kontakt. Odwiedzają mnie, zapraszają na śluby. Po lekcjach chodziłem z nimi na bilard, do kina. W szkole też spotkałem ekstra nauczycieli. Jak odchodziłem, to dostałem od nich zegarek i muszkę. Chyba mieli przeczucie, co się stanie, bo księdzu muszka nie potrzebna. Żeby nie zgłupieć na plebanii, często jeździłem do domu rodzinnego albo chodziłem do parafian. I tak nic do roboty nie było. Scholi nie mogłem prowadzić, bo za głośno, Panią boli głowa, ministrantów praktycznie nie było. Chyba wtedy pojawiły się pierwsze myśli o odejściu. Nie chciałem na to patrzeć.

Redakcja poleca

Ale jeszcze nie odszedłeś.

- Nie. Proboszcz naskarżył na mnie do kurii, że za często chodzę do parafian, że spotykam się  z młodzieżą po lekcjach, więc zaproponowali mi zmianę parafii. I tak najdłużej ze wszystkich wikarych wytrzymałem. Liczyłem, że w końcu będzie normalnie.

Ale?

- Wiejska parafia, wszyscy się znają i plotkują, co ksiądz robi, co ksiądz ma w koszyku. Raz parafianie zaprosili mnie na Sylwestra. Na stole wódka, a tu ksiądz. Ktoś opublikował zdjęcie, zaczęły się plotki, że mam problem z alkoholem. Musiałem się tłumaczyć, że nie jestem jeleniem. Proboszcz nie stanął w mojej obronie.

W szkole też nie było kolorowo. Wstawiłem uwagę za złe zachowanie synowi nauczycielki. Przyszła do mnie, żebym to zmienił, bo syn nie będzie miał wzorowego zachowania. Kolejna chciała, żebym podwyższył jej synowi ocenę. Przyszedłem z dużej szkoły z miasta, pracowałem na innych zasadach, nie zgodziłem się. Na koniec wakacji zorganizowałem ognisko dla młodzieży ze swoich pieniędzy. Na dzień dziecka, na zakończenie roku zabierałem każdą klasę do cukierni. To usłyszałem, że zbyt rozpieszczam uczniów. W końcu w pokoju nauczycielskim odzywała się tylko do mnie dyrektorka, więc siedziałem z woźnymi.

W pandemię chłopaki ze szkoły nie mieli jak grać w turniejach piłkarskich, więc sam postanowiłem zorganizować im zawody nad morzem. Proboszcz nie chciał się dołożyć, więc chodziłem po firmach, szukałem sponsorów. Udało się, 20 dzieci miało super wyjazd. Nikt z rodziców nie podziękował. Dopadło mnie wypalenie i zmęczenie. Zdrowie posypało się już totalnie, ale nie było jak pójść do lekarza, bo trzeba msze odprawić, do szkoły pójść, a byłem jedynym katechetą. Brałem więc jeszcze więcej antydepresantów i leków na uspokojenie.

Skąd je miałeś?

- Lekarka rodzinna mi przepisywała. W pewnym momencie dała mi leki antypadaczkowe, bo czułem, jak stoję przy ołtarzu i cały się trzęsę z nerwów. Pomogły na chwilę.

Kiedy podjąłeś ostateczną decyzję o odejściu?

- Proboszcz zostawił mnie sam, tuż przed wystawianiem stopni, z 28 godzinami w szkole, całą parafią i remontem kościoła. Pojechał do sanatorium, nie uprzedził. Nie wytrzymałem. W sobotę wszystko poukładałem w kancelarii, zrobiłem statystyki, spisałem księgi, zadzwoniłem do znajomego księdza, żeby odprawił msze w niedzielę i wyjechałem. Następnego dnia zadzwoniłem do niego, że nie wracam. Przejął się, przyjechał do mnie. Prosił, żebym przemyślał, wziął urlop. Przekonał mnie, żebym został chociaż do końca roku szkolnego. Szkoda mi było dzieciaków. W czerwcu proboszcz powiedział, żebym jeszcze trochę został, bo on chce wyjechać na urlop na początku wakacji.

Nie widział, w jakim jesteś stanie?

- Widział, ale co z tego. W połowie lipca był odpust w parafii. Nie chciałem robić afery, więc zostałem jeszcze na lipiec. Na trzy dni wyjechałem nad morze, żeby jeszcze raz wszystko przemyśleć. Wróciłem, spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy i wyjechałem do rodziców.

Nic jeszcze nie wiedzieli?

- Nie, przyjechałem do nich, rozpłakałem się. Nerwy puściły. Powiedziałem, że nie wracam. Mama była zdziwiona, ale obiecała, że pojedziemy razem po resztę rzeczy. Zresztą gdy szedłem do seminarium, była na nie. Tata nie wyraził zdania. Proboszcz chciał jeszcze ze mną porozmawiać na żywo, ale jak przyjechałem, to go nie było. Zadzwoniłem, powiedział, że zapomniał, więc już nie porozmawialiśmy. Potem tylko przyspieszał mnie z wyprowadzką, bo nowy wikary chciał się wprowadzić. Zostawiłem książki religijne, brewiarze i sutannę. Może nowy wikary skorzysta.

Jak przyjaciele, znajomi zareagowali?

- Do najbliższych napisałem, żeby nie dowiadywali się z plotek. Nauczyciele z mojej poprzedniej szkoły pytali, jak się trzymam. Niektórzy gratulowali decyzji. Ze znajomych z dzieciństwa nikt się nie odezwał. Teraz mieszkamy obok siebie, bo wróciłem do rodzinnego miasta, ale zero kontaktu. Może nie wiedzą, jak się zachować. Wciąż mam kontakt z dwójką księży, których poznałem w seminarium, ale trochę słabszy.

Proceduralnie jak to wygląda?

- Nie wiem, bo żadnej procedury nie przechodziłem. Proboszcz na pewno to zgłosił, bo przyszedł nowy wikary. Powinienem dostać dokument od biskupa, że jestem suspendowany. Czyli mam zakaz odprawiania mszy, chodzenia w sutannie, ale nic takiego nie dostałem.

Zabrałeś najpotrzebniejsze rzeczy, zostawiłeś sutannę i co dalej?

- Zacząłem się w końcu leczyć, poszedłem na psychoterapię. Jednocześnie musiałem się tłumaczyć w urzędach, że już nie jestem księdzem. Wrzesień, październik były najgorsze. Musiałem zarejestrować się jako bezrobotny. W skarbówce potrzebowali dokumentu, że już nie jestem księdzem. Urzędniczka dzwoniła do naczelnika, pytała, jak to zrobić. Ale okazało się, że już mieli takie przypadki. Wystarczyło moje pisemne oświadczenie. W ZUS-ie i w urzędzie pracy to samo.

Potem wpadłem w wir podróży. Wyjechałem do Indii, USA. Głowa musiała odpocząć. Przez chwilę chciałem wyjechać na stałe, żeby miejsca nie przypominały mi o ostatnich latach, żeby nie być kojarzonym. Byli księża często tak robią, ale jestem uparty, chciałem to przezwyciężyć.

Z czego żyłeś?

- Z zasiłku i oszczędności. Gdy byłem księdzem, nie wydawałem na markowe ciuchy, auta, wakacje spędzałem u rodziców na wsi. Tyle co na uczniów.

Jak się teraz czujesz?

- Dobrze. Kilka miesięcy temu robiłem kontrolne badania i wyniki w normie. Cudowne ozdrowienie. Wziąłem się za szukanie pracy, ale było trudno. Zacząłem studiować psychologię. Docelowo chciałbym pracować w szkole z młodzieżą jako psycholog.

Religii już nie możesz uczyć?

- Według procedur nie. Złożyłem CV do urzędu. Byłem na rozmowie, ale pracy nie dostałem.

Padło pytanie o księdza?

- Tak, chociaż w CV wpisałem po prostu, że byłem nauczycielem. Spytano mnie, czego uczyłem. Odpowiedziałem, że religii. Wyjaśniłem, że byłem księdzem.

Zaskoczenie?

- Duże. Pytano, jakim księdzem, dlaczego odszedłem. Gdy wyjaśniłem, że ze względów doktrynalnych, powiedzieli, że nie mają pewności, czy od nich też nie odejdę, bo coś mi nie będzie odpowiadało. Potem starałem się o pracę kierowcy busa. W seminarium, w Caritasie często jeździłem autem dostawczym, ale nie mogłem tego wykazać, więc też się nie udało. W końcu dostałem pracę jako doradca finansowy. Gdy pytali o poprzednie prace, przyznałem, że nie tylko uczyłem religii, ale byłem też księdzem. Nie było to dla nich problemem. Wielu księży załapuje się na takie stanowisko po odejściu. Mamy doświadczenie w finansach.

Z uśmiechem do tego podchodzisz.

- Uśmiech jest tylko na wierzchu.

Plotki do ciebie dochodzą?

- Że odszedł z kobietą, z chłopakiem, że ma dziecko, bo pił, bo śmiertelnie chory. Ale niektórzy piszą, że żałują, bo brakuje im spowiedzi u mnie, rozmowy, że kazania były fajne.

Nie żałujesz?

- Nie.

Że poszedłeś do seminarium?

- Dwutorowo. Zmarnowałem jednak spory kawałek życia.

Trafiłeś na kiepskich ludzi, czy chodzi o instytucję?

- Gdybym trafił na innych proboszczów, to być może dalej byłbym księdzem. Nie wypaliłbym się tak szybko, bo są przecież normalni księża i parafie. Ale ryba psuje się od głowy. Najgorsza była hipokryzja. Wszyscy widzą, nikt nie powie. Sam święty nie byłem, nie mam zamiaru się wybielać. Po prostu byłem młodym człowiekiem z pewnymi ideałami. Chciałem być kimś pomocnym dla innych, mentorem. Te idee zostały zabite.

Wystąpiłem, bo już miałem dość zakłamania, także powoli swojego. A wystąpienie nie jest najkrótszą i najprostszą drogą. Jest najcięższą i wielu by ją podjęło, ale jednak wolą zostać w czymś, co jest dla nich bezpieczne: dobra posada, pewne pieniądze, mało roboty.

Ale też nie jestem jedyny. Z jednej mojej parafii starszy o kilka lat ode mnie ksiądz też odszedł. Zajrzałem nawet w księgi parafialne. Napisali mu, że wykreślony decyzją kongregacji, zwolniony z obowiązków kapłańskich. Wziął ślub kościelny z dziewczyną, którą poznał w parafii. Ma dwoje dzieci. Inny ksiądz był doktorem psychologii, ale nie mógł pracować jako psycholog, bo biskup mu nie pozwalał, więc odszedł. Kolejny zrezygnował po 10 miesiącach. Jeszcze inny odszedł z nauczycielką, razem uczyli w szkole.

Nie próbowałeś komuś powiedzieć, co się z tobą działo, jak jest źle?

- Ale komu to opowiesz? Na parafii nie opowiem, bo zaczną się plotki, poza tym i tak wszyscy wiedzieli. Przyjaciele mają swoje życie, nie do końca rozumieją problemy księży. A inni księża mają to samo. W naszej paczce spotykaliśmy się, żaliliśmy się, pośmialiśmy się, a potem i tak wracasz do domu i znów jesteś sam w czterech ścianach.

A rodzina?

- Siostra stwierdziła, że już dawno temu trzeba było odejść. Mama raczej nie chce, żebym jej opowiadał, co się działo, bo chce jeszcze chodzić do Kościoła.

A ja modlę się o to, żeby polski Kościół, bo tak trzeba mówić o wersji w naszym kraju, w końcu upadł. Żeby to wszystko wróciło do korzeni, do małych wspólnot, gdzie każdy każdego szanuje, gdzie zamiast plotkowania będzie prawdziwa rozmowa. Gdzie ksiądz nie będzie wyrocznią i bóstwem tylko tym, który przynosi Jezusa do człowieka w czasie mszy. I nic więcej. Uważam, że księża powinni mieć wybór, jeśli chodzi o celibat. Powinni podejmować normalną pracę. Inaczej nie zrozumieją swoich wiernych.

*Niektóre dane na prośbę rozmówcy zostały zmienione.

RadioZET.pl

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET