Zamknij

Pandemia, strach i żądza władzy. Dokąd prowadzą nas wybory kopertowe?

15.04.2020 20:20
Jarosław Kaczyński
fot. ANDRZEJ IWANCZUK /REPORTER

Na Nowogrodzkiej wszyscy doskonale rozumieją, że trzeba kuć żelazo, póki gorące, a epidemia koronawirusa to idealna okazja, aby przeprowadzić w kraju wszystkie te zmiany, które w normalnych warunkach wiązałyby się z wyjściem ludzi na ulice.

Chcesz wiedzieć wszystko pierwszy? Dołącz do grupy Newsy Radia ZET na Facebooku

Gdyby Naomi Klein pisała dzisiaj swoją „Doktrynę Szoku”, to kto wie, czy aktualne wydarzenia nad Wisłą nie posłużyłyby jej nie tylko jako kolejny, obszerny wątek, a nawet jako osobny rozdział i przyczynek do redefinicji całej szokowej teorii. We wspomnianej książce, wydanej we wrześniu 2007 roku, Klein udowadnia na podstawie licznych przykładów z najnowszej historii, w jaki sposób kryzysy społeczne, konflikty zbrojne, czy klęski żywiołowe, wykorzystywane są przez szeroko rozumiane elity władzy do przeprowadzania drastycznych, neoliberalnych reform gospodarczych. Tytułowy szok, w jakim znajduje się pogrążone w kryzysie społeczeństwo, służy decydentom jako okoliczność sprzyjająca przeprowadzeniu szybkich, niepopularnych i bolesnych zmian, które w normalnych warunkach byłyby bardzo trudne, czy wręcz niemożliwe do wcielenia w życie. W dobie poważnego kryzysu zainteresowanie polityką i opór społeczny wobec władzy ustępują bowiem trosce o sprawy absolutnie fundamentalne jak życie, zdrowie, czy dach nad głową. W swojej znakomitej książce Naomi Klein koncentruje się jednak na ekonomicznych konsekwencjach rozmaitych kryzysów, niewiele miejsca poświęcając zagadnieniu koncentracji władzy jako celu samego w sobie. Historia wojskowego puczu Pinocheta z 1973 jest oczywiście doskonałym przykładem brutalnego przejęcia, umocnienia i radykalizacji władzy, jednakże warto pamiętać o jego potężnych ekonomicznych konsekwencjach, które w ocenie autorki „Doktryny Szoku”, były w całej tej operacji kluczowe.

Zobacz także

Bieg wydarzeń politycznych w Polsce w dobie pandemii koronawirusa dowodzi, że doktryna szoku może mieć znacznie szersze zastosowanie, wykraczając poza kategorie czysto ekonomiczne. Niewiele bowiem wskazuje na to, aby panowie Kaczyński i Morawiecki planowali zaserwować nam tu lada chwila szokową terapię gospodarczą, likwidując transfery socjalne, prywatyzując spółki Skarbu Państwa, czy radykalnie obniżając podatki najlepiej zarabiającym. Zachowując zdrowy rozsądek i daleko idącą ostrożność w ocenie poczynań obecnego rządu, tego akurat możemy być niemalże pewni. 

Na naszych oczach toczy się zupełnie inna rozgrywka – być może ostateczna batalia o koncentrację władzy.

Większość z nas zgodzi się, że w czasach ekstremalnej walki z niewidocznym, śmiercionośnym wrogiem, wszystkie bieżące spory polityczne powinny zostać skierowane do poczekalni, ustępując miejsca sprawom najważniejszym, dotykającym naszego zdrowia i życia. W niedawnym sondażu Pollster dla „Super Expressu”, 78 proc. badanych opowiedziało się za przełożeniem wyborów prezydenckich na inny termin, a aż 64 proc. powiedziało „nie” formule głosowania korespondencyjnego. Skąd zatem determinacja rządzących, aby za wszelką cenę wybory prezydenckie organizować właśnie teraz, w środku epidemii, w dodatku wbrew woli suwerena? Z odpowiedzią przychodzi nam przywoływana tu już wiele razy doktryna szoku. Stan epidemii i powszechnej izolacji ma być w tej sytuacji, wspomnianą wcześniej okolicznością sprzyjającą. Tylko teraz, kiedy większość Polaków zajęta jest troską o swoje zdrowie i bezpieczeństwo najbliższych i kiedy nikomu nie przychodzi do głowy, aby demonstracyjnie wychodzić na ulicę i protestować przeciwko władzy, nadarza się jedyna okazja, aby przeprowadzić to, co w normalnych warunkach wiązałoby się ze zbyt dużym ryzykiem – neutralizację ostatnich ośrodków politycznej niezależności. Pierwszym krokiem będą wybory prezydenckie.

Zobacz także

Wybory kopertowe albo śmierć

W szokowej strategii rządzących wybory prezydenckie mają teraz kluczowy charakter. Wzmocnienie władzy PiS będzie możliwe tylko wtedy, gdy Andrzej Duda ponownie obejmie urząd głowy państwa. Ta kolejność ma tutaj fundamentalne znaczenie. Na Nowogrodzkiej wszyscy mają świadomość, że wybory trzeba wygrać już w pierwszej turze, bo w drugiej sytuacja mogłaby się niespodziewanie wymknąć spod kontroli. W naszej najnowszej historii politycznej widzieliśmy to już nie jeden i nie dwa razy. Wszyscy wiedzą też, że trzeba kuć żelazo, póki gorące. Za pół roku, czy rok, notowania Dudy pod wpływem rozmaitych czynników mogłyby polecieć w dół, a obecne sondaże wskazują na jego murowane zwycięstwo. To m.in. dlatego PiS nie dopuszcza możliwości przesunięcia wyborów prezydenckich na inny termin niż majowy. Rządzący są gotowi przeprowadzić je nawet kosztem obowiązującego prawa. Jak przekonują bowiem wybitni polscy konstytucjonaliści, formuła wyborów korespondencyjnych zaproponowana przez PiS w sposób jednoznaczny sprzeczna jest z konstytucją, podobnie jak i okoliczności zmiany reguł gry na kilka tygodni przed datą wyborów. Wybory kopertowe będzie można zatem podważać z otwartą przyłbicą.

ZOBACZ TAKŻE: Zakazy i obostrzenia nie dotyczą PiS? Internauci: gdzie jest policja? [FOTO]

W forsowanych przez PiS wyborach majowych nie chodzi jednak tylko o ich korzystny termin, gwarantujący utrzymanie wysokich notowań ubiegającego się o reelekcję prezydenta. Powodów jest tutaj co najmniej kilka. Po pierwsze, epidemia koronawirusa zatrzymała dopiero rozkręcającą się kampanię wyborczą i stan ten niemal na pewno do wyborów nie ulegnie zmianie. Oznacza to, że tegoroczne wybory odbędą się de facto bez kampanii, a zatem w formule nieznanej w demokratycznym świecie. 

Wykorzystując stan epidemii, PiS wymusza na politycznej konkurencji oddanie wyborów walkowerem, nie dając jej nawet szansy przystąpienia do rozgrywki.

Po drugie to korzyści płynące z trwających zakazów i obostrzeń. Organizując wybory za kilka miesięcy, PiS musiałby się liczyć nie tylko z ewentualnym spadkiem notowań Andrzeja Dudy, ale i możliwością społecznej mobilizacji, protestami, czy prowokacjami. Podczas powszechnej izolacji takiego ryzyka nie ma. Wszystko odbędzie się w atmosferze absolutnej ciszy. Po trzecie, pewne jest też to, że wiele osób zwyczajnie nie zgodzi się na taką formę przeprowadzania wyborów i ostatecznie nie skorzysta z możliwości głosowania kopertowego, co z kolei wpłynie na najniższą w historii frekwencję. A jak doskonale wiemy, mała frekwencja będzie sprzyjać tylko Andrzejowi Dudzie. Nie zapominajmy też o finansach. To po czwarte. Rezygnacja z kampanii wyborczej to dla partyjnej kasy spora oszczędność. W 2015 roku kampania Dudy kosztowała PiS ok. 13 mln zł. Teraz wydatki te będą śladowe. Krótko mówiąc, wybory w czasach epidemii to z punktu widzenia PiS długa lista pozytywów.

Stan nadzwyczajny nie zając

Wybiegnijmy jednak kilka tygodni w przyszłość. Zgodnie z przewidywaniami Andrzej Duda odnosi miażdżące zwycięstwo nad kontrkandydatami, którym już na starcie odebrano możliwość realnego uczestnictwa w wyborczym wyścigu. Niezły wynik osiągnął Władysław Kosiniak-Kamysz, ale przewaga nowego/starego prezydenta jest niekwestionowana. Frekwencja była tym razem najniższa w historii i nie przekroczyła 20 proc. Obóz dobrej zmiany, mający świadomość ekstremalnych warunków w jakich przyszło nam wybierać głowę państwa, ogłasza koniec rozdziału pt. wybory prezydenckie i przechodzi do kolejnego etapu walki z epidemią koronawirusa. O końcu rozdziału nie ma jednak mowy. Wybory korespondencyjne, nieuznawane przez opozycję i szereg organizacji międzynarodowych, rozpoczynają być może największy kryzys polityczny w Polsce po roku ’89. Political-fiction? W żadnym wypadku.

Trudno jest znaleźć w najnowszej historii chociaż jeden przypadek demokratycznego państwa, w którym po przeprowadzeniu niekonstytucyjnych wyborów społeczeństwo przeszło do porządku dziennego.

Roi się natomiast od przypadków odwrotnych, kiedy majstrowanie przy uczciwym przebiegu wyborów prowadziło do gigantycznych demonstracji, rewolucji, a nawet krwawych przewrotów. Na przełomie 2004 i 2005 doświadczyli tego chociażby Ukraińcy. Czy jednak w Polsce możliwy jest podobny scenariusz? Strategia opozycji wydaje się oczywista. Po wyborach korespondencyjnych w terminie majowym żadna z demokratycznych formacji nie uzna legalności wyborów ani ich wyniku. Będzie to rodziło potężne skutki polityczno-prawne dla państwa, chociażby w nieustannym podważaniu każdego procesu legislacyjnego, czy każdej decyzji kadrowej Andrzeja Dudy. Nie ma też wątpliwości, że kontestowane przez opozycję wybory korespondencyjne prędzej czy później znajdą się w centrum zainteresowania Unii Europejskiej i innych organizacji międzynarodowych. Już teraz amerykański magazyn „Vice” umieścił Polskę w niechlubnym rankingu 30 rządów, które wykorzystują walkę z epidemią koronawirusa do umacniania swojej władzy. Obok naszego kraju w zestawieniu znalazły się m.in. Rosja, Wenezuela, Iran, Białoruś, Turkmenistan czy Bangladesz. Kryzys państwa wydaje się scenariuszem nieuniknionym, ale wielkich protestów nie będzie. Trwa w końcu epidemia.

Zobacz także

W politycznych kuluarach od dłuższego czasu mówi się o tajnej broni rządu Prawa i Sprawiedliwości. Zgodnie z krążącą plotką, formacja Kaczyńskiego najpierw przeprowadzi wybory korespondencyjne w maju, a następnie, gdy sytuacja w kraju dojrzeje, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, zdecyduje się na wprowadzenie stanu klęski żywiołowej. Argumentów będzie wiele. Od groźby nadejścia drugiej fali epidemii po niedostateczne sukcesy w walce z koronawirusem dotychczasowymi środkami. Padnie też argument, że takiego rozwiązania domagała się od samego początku parlamentarna opozycja. W ten sposób zgodnie z szokową teorią, uda się wygasić w kraju powyborczą gorączkę, uspokoić antyrządowe nastroje, a mając już swojego człowieka w Pałacu, będzie można spokojnie przejść do neutralizowania resztki niezależnych ośrodków władzy w Polsce, koncentrując ją ostatecznie w jednych rękach. Pytanie na jak długo?

RadioZET.pl